jsm3
26.12.06, 23:51
Mijają kolejne cholerne święta. To dobrze. Dla ludzi takich jak ja to co
najmniej nieprzyjemny czas. Te wszystkie starania, aby dać zadość familijnym
rytuałom, gdy i tak wiadomo, że komedia służy przede wszystkim zamaskowaniu
tego co istotne – chlaniu. Wyobraźcie sobie: prawie niepijany nestor, który
stara się przerzedzone grono wigilijnych biesiadników zabawiać seksistowskimi
dowcipami i wychwalać "kulinarne zalety" pani domu. To nic, że troszkę
śmierdzi, bo od wielu dni nie robił prania; przecież to nie ważne, że dowcipy
irytują a nie bawią. I tak wszyscy wiedzą dlaczego tak często wychwala
domową, świąteczną nalewkę – jest jej tylko pół litra i on powinien mieć w
niej swój nestorski udział. Udajemy, że doskonale rozumiemy dlaczego seniorka
rodu nie przyszła na Wigilię. Syn alkoholik nadto jej dopiekł i nie chciała
go oglądać (codzienne dowożenie mu zupek i dawanie dwóch złotych
na "papierosy" to przecież zupełnie inna sprawa). Co prawda syn nie przyszedł
bo był zbyt pijany, nie przyszła też jego partnerka, bo chciała doczekać
chwili iluminacji, w której będzie on na tyle przytomny, żeby podzielić się
opłatkiem i poużalać się nad okropnościami choroby alkoholowej. Nie ma co się
smucić, wszystkiego dwie godziny wspólnego komediowania i kilka prezentów
zostało na kolejny roku.
Sam nie wiem po co o tym piszę, przecież nic się nie stało. Jednak smutno.
Może ktoś coś też napisze.