janulodz
25.01.09, 16:18
Podobnej treści post zamieściłem na Strefie, ale w innym wątku i innym kontekście.
" Dość wcześnie utraciłem kontrolę nad wypijanym alkoholem, lubiłem siedzieć dotąd dopóki coś było do wypicia. Często dochodziło do "urwania" filmu. Jakoś zawsze mi to uchodziło na sucho. Ktoś się mną zaopiekował, odprowadził, pomógł wsiąść do taksówki. Potem takim opiekunem była żona. Coś tam sobie przemyśliwałem, robiłem przerwy "żeby udowodnić". Odstawiałem kieliszek, ale i tak wracałem. Pamiętam, jak znalazłem się po jakimś potężnym kacu u lekarza, ten po wywiadzie na który odpowiedziłem dość szczerze bez namysłu wpisał mi do karty chorobowej "alkoholizm". To był mądry lekarz, tylko ja byłem głupi, ale tak potrafiłem tę sytuację przedstawić , że wszyscy, którym ją opowiadałem, zarykiwali się ze śmiechu. Po jakimś czasie , korzystając ze sprzyjających okoliczności wyrwałem tę kartkę z mojej karty chorobowej . Zatarłem ślady. Zlekceważyłem ten znak. Potem wielokrotnie w stanie niemalże zapaści poalkoholowej zgłaszałem się do różnych lekarzy, a ci bez zmrużenia oka wystawiali mi zwolnienia, dawali leki, kierowali na dalsze badania, ale żaden z nich nie powiedział mi:
- "facet masz problem, weź się za siebie.
Tolerancyjne społeczeństwo, tolerancyjni (bądź niedouczeni) lekarze, w sumie tolerancyjni ci najbliżsi. Zero świadomości.
Nigdy nie byłem po alkoholu agresywny, za to szczery do bólu, wylewny, gadatliwy, lubiłem nawijki o niczym, jak spotkałem bratnią duszę to mogliśmy do rana " mordo ty moja kochana".
Żona też jakby raz zła, kiedy indziej pogodzona, zawsze udobruchana, nieraz gniewna, nieraz ustępliwa, a bo dziecko, a bo sąsiedzi, a bo po co inni mają to wiedzieć, niech zostanie w tym domu. Nie lubiła sie skarżyć. W drastycznych sytuacjach umiała sie posłuzyć innymi argumentami, a raczej narzędziami.
W pracy wszyscy "rozumieli", bo większość miała tak samo.
Wiele razy, trzeźwiejąc, wysłuchując narzekań, ponosząc konsekwencje, zastanawiałem się nad zaprzestaniem picia, ale tak właściwie nie miałem żadnej motywacji. Lubiłem to , było mi dobrze, miałem parasol ochronny. Było super.
Oczywiście potem przyszło to najgorsze. Picie kasacyjne, na umór, w samotności, powolne konanie, strach, zwierzęcy, paniczny, straszliwe poczucie winy, autodestrukcja, obłęd.
Mój kryzys nastąpił w styczniu 2003. Już o tym pisałem. Od tego czasu nie pije. Można powiedzieć samo przyszło, samo poszło . Wola życia , instynkt samozachowawczy, świadomość nadchodzącej śmierci, ostatnia możliwość wyboru, miłość własna ?
6 pełnych lat. Dokładnie za parę dni. Ale ja już rocznic nie obchodzę, choć o nich pamiętam.
Cieszy fakt, że świadomość społeczeństwa dotycząca uzależnień wzrasta. Że wiele osób już w bardzo wczesnym okresie dostrzega u siebie ten problem, że nie ma już zgody na ponoszenie skutków nadużywania, choć z tym też można by dyskutować. Są jeszcze takie enklawy, gdzie nic nie dociera. Rozwinął się system, powstały pewne struktury: PARPA, Komisje dSRPA, Błękitne Linie, ustawy o wychowaniu w trzeźwosći, finansowane przez państwo lecznictwo, terapie, lecznictwo prywatne , grupy samopomocowe, wydawnictwa naukowe, wreszcie internet
Mamy koniec pierwszej dekady XXI wieku, świadomość dużo większą, sposoby leczenia na pewno lepsze, ale czy doskonałe?