Temat jak sądzę dość delikatny i w naszej niewielkiej i jak mieliśmy
się okazję przekonać zacofanej

miejscowości pewnie ciężko będzie
o sensowną dyskusję. O co mi chodzi?
Często przysłuchuję się różnym dyskusjom młodzieży i tak ostatnio
usłyszałam jak dzieci kombinują czy opłaca się na ową religię
chodzić czy nie. "Opłaca się" w sensie, czy sobie podwyższę średnią
na świadectwie czy wprost przeciwnie. Strasznie to smutne, że
religia staje się taka odarta z duchowości, mistyczności i tej
atmosfery jaka towarzyszyła tym lekcjom, kiedy były jeszcze
prowadzone w salkach katechetycznych. Tylko jak wytłumaczyć to
dzieciom/młodzieży które nie znają tamtego klimatu?
Jak wytłumaczyć to nastolatkowi, skoro zmieniły się kryteria
oceniania na religii i teraz liczy się sucha wiedza i jest to teraz
po prostu jeden ze szkolnych przedmiotów. Niedawno rozmawiałam ze
znajomym wykładowcą UKSW (Uniwersytet Kardynała Stefana
Wyszyńskiego), który sam przyznał że to nie prowadzi do niczego
dobrego. Kiedyś na religii przy czytaniu listy mówiło się
jestem/byłam/mam. Pamiętacie?

Teraz już nikt nie pyta o to czy
chodzisz do kościoła, czy byłeś u spowiedzi. Ważne tylko czy znasz
paciorek, a Pismo św. to teraz po prostu podręcznik. Oczywiście jak
zwykle przejaskrawiam ale z tego co obserwuję to tak właśnie ten
przedmiot traktuje bardzo wiele dzieci/młodzieży.
Jeśli ma to być praktycznie w tej chwili świecki przedmiot, to czy
nie lepiej gdyby zamiast religii było to religioznawstwo? O ileż
więcej by to młodzieży dawało: otworzenie się na drugiego człowieka,
tolerancja w stosunku do innych wyznań i wreszcie możliwość
uczestniczenia w tych lekcjach dla wszystkich dzieci, także z rodzin
niewierzących.
Co o tym sądzicie?