mama_dorota
18.09.09, 11:37
Chodzi mi to po głowie od 2 lat chyba, że niepotrzebnie wpadłam w jakiś owczy
pęd, aby dzieci uczyły się angielskiego jak najwcześniej. W bardzo trudnym dla
nas finansowo okresie, gdy żyliśmy w małych dochodów samego męża postawiłam na
swoim i nasz 3-letni syn zaczął naukę angielskiego, którą kontynuuje do teraz,
gdy jest już w IV klasie. 2 lata prywatnie, w grupie dzieci, potem 2 lata w
przedszkolu (programowy + dodatkowy), od I klasy w szkole 2 x w tygodniu,
teraz w IV klasie 3 X w tygodniu.
Moje wątpliwości pojawiły się w momencie, gdy postanowiłam zadbać i o siebie i
zamiast wiecznie żałować, że za krótko i w złym czasie zaczęłam naukę języka
sama zapisałam się na kurs. Podeszłam do sprawy z ogromnym zapałem i
wykorzystywałam mnóstwo okazji, żeby uczyć się poza kursem, obóz językowy,
dzięki czemu przeskoczyłam jeden poziom. Nauczyłam się bardzo dużo i jestem
dość blisko swojego celu, a syn? Odkąd poszedł do szkoły stwierdzam, że cały
ten wcześniejszy pośpiech nie miał szczególnego sensu. Z wcześniejszej
edukacji pamięta tylko kolory. Stopnie ma bardzo dobre (nie wszystkie dzieci w
klasie mają 5, tylko niektóre), ale to pewnie dzięki temu, że pilnuję, aby
pracował systematycznie, powtórki robi dzięki płytom z podręcznika, przeglądam
mu zeszyty i każę poprawiać błędy. Córka sąsiadów zaczęła naukę w szkole
dopiero i wyniki ma takie same. Syn tępy nie jest, w poradni p-p stwierdzono
ostatnio nawet, że jest wybitnie zdolny.
Nie myślcie, że czegoś dziecku żałuję, ale mam wrażenie, że nauka metodą
szkolną nie da dużych rezultatów dzięki temu, że dziecko zaczęło wcześniej.
Byliśmy w tym roku w Anglii i dochodzę do wniosku, że dzieci rzeczywiście
chłoną język jak gąbka, ale w warunkach naturalnych, otoczone językiem, a nie
2x w tygodniu.
Obserwuję rodziców, którzy posyłają dzieci na dodatkowe lekcje myśląc, że w
ten sposób dbają o edukację swoich dzieci, a nie mają czasu zajrzeć do
zeszytów szkolnych. Im dziecko starsze, tym większą motywację jest w stanie
mieć do nauki, młodszemu tak nie zależy. Młodsze lepiej posłać na obóz
językowy w wakacje, żeby miały codzienny wielogodzinny kontakt z językiem niż
na zajęcia popołudniowe.
Co o tym myślicie? Wiem, że to co piszę jest pod prąd, ale może mamy wszyscy
klapki na oczach, żeby szkoły językowe kasę klepały...