Zezłoszczona wydatkami na jedzenie rzędu 60 zł. dziennie (3 dorosłe osoby plus trzylatek, jedzący nie mniej niż jego siedemnastoletnia siostra), wprowadziłam we wrześniu dyscyplinę w tej materii. Na dzień dzisiejszy stan wydatków na jedzenie na dzień 43 zł., co daje ponad pięć stów miesięcznie uratowanych

Przy czym zaznaczam - dyscyplina nie polega na obniżeniu jakości - nie obroniły się niestety choćby soki z Biedronki, co z tego że produkowane przez Hortex, ale jednak czuć sporą różnicę w porównaniu z tymi opatrzonymi ich logo (mniej "owocowe" w smaku, za to dużo słodsze), nadal kupuję sery powyżej 25 zł/kg i wędlinę nie tańszą niż 25-28 zł./kg.
Za to:
- wykasowałam z listy produktów colę - ostatnio jakoś sporo tego szajsu piliśmy, umowa jest taka, że cola jest przy okazjach wyjść kulinarnych, typu pizza
- zamieniłam mleko UHT za 2,8 za litr na pasteryzowane, za 2,09 za litr
- nie kupuję jogurtów naturalnych do bieżącego jedzenia, robię je w domu
- nie robię zakupów w markecie na zasadzie: "o, tego już nie ma w domu", tylko na zasadzie:"o, muszę kupić sos do spaghetti, bo w tym tygodniu będę chciała ugotować", wbrew pozorom chyba do tego punktu było mi się najtrudniej przystosować

- i przede wszystkim PATRZĘ bardzo uważnie robiąc zakupy, przeliczam wszystko i nawet nie sądziłam, jak bardzo można zaoszczędzić sprawdzając ofertę sklepów.
Tak czy siak, ponad pięć stów w tym miesiącu mam uratowane i baaaardzo się z tego cieszę. Aż musiałam się pochwalić