Witajcie
Albo dzisiaj mam doła i widzę wszystko w czarnych kolorach albo rzeczywiście moja sytuacja nie jest zbyt różowa.
Mam 23 lata. Zaraz po szkole średniej poszłam na studia(państwowy uniwersytet),ale po 2 latach przerwałam je z przyczyn zdrowotnych i problemów osobistych. Pół roku po ostatecznym przerwaniu studiów(po drodze miałam urlop zdrowotny) podjęłam naukę w szkole policealnej aby zdobyć tytuł technika.
W tym roku rozpoczęłam studia prywatne(filologia). Do tego ciągnę dwa kierunku w szkole policealnej(ostatni semestr kierunku 1 i pierwszy semestr kierunku 2-pierwszy kierunek robię dziennie, drugi zaocznie). W tygodniu popołudniami udzielam korepetycji, więc mój dochód oscyluje mniej więcej około 1400 złotych miesięcznie.
opłacam(a raczej opłaciłam bo udało mi się zaoszczedzić na pierwszy rok) studia, kupuję sobie bilet miesięczny, kartę do telefonu, kosmetyki+ wydatki typu ksero.
Moi rodzice nie są super bogaci, aczkolwiek udało im się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy aby sfinansować mi mieszkanie, którego koszt nie przekroczy 150 tys. Jestem im za to bardzo wdzięczna.
Co miesiąc odkładam pieniądze. Czasem jest to 800 złotych, czasem 1000 złotych. Poniżej 750 staram się nie schodzić. Jestem w związku z chłopakiem, który miesięcznie oszczędza 500 złotych(zarabia 2100 złotych, mieszka z matką).
Na czym polega mój problem?
ano na tym,że super-udaje mi się oszczedzać, ale kosztem...
praktycznie niczego sobie nie kupuję-ciuchy tylko w lumpeksach, kosmetyki-najtańsze.
dużymi wydatkami są dla mnie książki na studia czy do szkoły.
z jednej strony cieszę się z tego oszczędzania bo wiem,że każda złotówka to kolejny kroczek do zakupu kanapy/stołu czy innego mebla.
z drugiej zaś strony czasem jestem tym zmęczona.
w wakacje ''pofolgowałam'' sobie bo poszłam na kurs językowy,który kosztował 400 złotych.
wiem,że prezent w postaci mieszkania to ogromna pomoc, ale też wiem,że nawet jeśli uzbieramy 20 tys do momentu wspólnego zamieszkania(realne) to i tak nie będzie to oszałamiająca kwota.
a za tymi 20 tys. idą naprawdę poważne(jak dla mnie) wyrzeczenia.
czy ja przesadzam?
a może nie potrafię docenić tego, co mam?