Witajcie,
forum czytam od kilku lat, piszę pierwszy raz.
Rzecz jest o kredycie hipotecznym i wynajmowaniu - czyli odwieczny problem

Zawsze wydawało mi się, że jak kredyt hipoteczny, to na 30 lat i całe życie w cieniu tego kredytu. Dlatego też nei brałam tego jakoś pod uwagę, takie zobowiązanie wydawało mi się straszne. Dodam jeszcze, że mąż jest zupełnym przeciwnikiem wszelkich kredytów. Ale kilka dni temu coś mnie tknęło i co nieco policzyłam. W ciągu roku, odkładając 30% pensji, naskładalibyśmy na wkład własny (dodając do tego jeszcze trochę z oszczędności, byłaby ~1/4 mieszkania). Na pozstałą kwotę trzeby byłoby wziąć kredyt. I znów - policzyłam to tak, zeby na ratę szło 30% pensji. Taki kredyt spłacilibyśmy w ~7 lat. A to już brzmi zdecydowanie lepiej, niż 30. Co wiecej, mieszkając dalej w wynajmowanym przez 7 lat, wydamy na to wiecej, niż wyniosłyby koszty ww. kredytu. W związku z tym wszystkim, opcja z kredytem za rok wydaje mi sie idealna. Problem jest tylko jeden: mąż przeciwnik kredytów.

Jak go przekonać do tego rozwiązania? Przecież to lepsze, niż kolejne lata wynajmu i odkładanie, odkładanie, odkładanie... i płacenie za wynajem kilkanaście tysięcy rocznie