maly.ksiaze
05.09.04, 04:39
W czwartki zdarza mi się spędzić jakąś godzinkę w przyksięgarnianej kawiarni.
Zamawiam tam czasami wariację na temat kawy w języku starbucksowym
zwaną 'coffe mocca'. W przełożeniu na język potocznym jest to expresso
zmieszane z kakao, przyozdobione z wierzchu bitą śmietaną, posypane kakaowym
proszkiem. Prawdziwym cymesem tego zestawu jest ta śmietana, którą należy
wyjadać łyżeczką, delikatnie, z warstewki tuż nad powierzchnią płynu.
Gorzkość kawy i kakao miesza się z kremową słodyczą, ciepłe z zimnym... Sam
akt tego 'wyjadania' wręcz domaga się etykiety 'prosta przyjemność'.
W ostatnich tygodniach miałem do czynienia z dużą dawką twórczości Milana
Kundery. Odświeżałem sobie - tym razem po angielsku. Bo Kundera to jeden z
moich ulubieńców. Wprost kocham jego metodę rozbioru atomowych, zdawało się,
pojęć, nożykiem prostej narracji. Nikt też, tak jak on, nie owija prostych
aktów i postaw włóczką zależności i zaszłości. Właśnie: nie 'odwija'
a 'owija'. Nie okleja ich kolażem dodatkowych znaczeń. Tych, które on
wymyślił, czy też które ja wymyśliłem...
Kundera spotkał kawę ze Starbucks w chwili, gdy zacząłem się zastanawiać nad
opisem doznania. Nad tym, co warta jest moja prosta przyjemność z wyjadania
bitej śmietany (przypominam: tuż znad kawy!), gdy nie otulam tego aktu
kokolnem dodatkowych znaczeń. Gdy łyżeczka nie staje się odnośnikiem do
czegoś tam odleglejszego, niż kawa.
Czy można przekroczyć granicę śmieszności po prostu myśląc zbyt dużo?
Pozdrawiam,
mk.