Gość: anita
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
04.10.04, 22:13
moze zanim zacznie mnie tu ktos obrzucac wyzwiskami i innymi takimi napisze
kilka slow...
pracowalam w dziale z 2 kobietami i 3 mezczyznami. Super atmosfera.
Zaprzyjaznieni. Jeden czasem podrzucal mnie do domu, bo mial po drodze (z
reszta inna koleznaka jezdzila z pracy z innym kolega)...czasem wszyscy
wypadalismy razem na pwiko, pizze...
Az jeden kolega ktoregos dnia wyznal mi milosc, ze juz sie meczy tak dlugo.
Ja nic nie podejrzewalam..byly czasem jakies zarty mesko-damskie, ale tak w
grupie i to tylko zarty (mnie sie tak zdawalo).
Zaskoczyl mnie totalnie. Nie mogla przyjac jego uczuc, bo jest
zonaty...Wysluchalam w milczeniu gdy on mowil placzac, rzucilam
tylko "Przykro mi", "nie martw sie przeniose sie". Przenioslam sie do innego
dzialu (na szczescie w inna czesc miasta)....bylo kilka smsow ale zgaslo, bo
tlumaczylam, ze ja z nim byc nie moge...
To bylo ok. rok temu. Teraz slysze (od wspolnego kolegi), ze on jest juz po
rozwodzie i ponoc nadal mnie kocha...
Ja mam swoje zycie uczuciowe ulozone i nic nie zmienie. ALe mam straszne
wyrzuty, jesli to stalo sie przeze mnie...
On jest zonaty i postanowil sie rozwiesc.