Dodaj do ulubionych

Jeśli szkoła publiczna to jaka?

26.05.09, 19:21
Podstawowa, gimnazjum, liceum, technikum czy zawodowa?

Ja pracuję w podstawowej i nawet sobie chwalę. Im mniejsze dzieci, tym cięższa
praca, ale też widoczne efekty. Im starsze dzieci tym rodzice mniej pilnują, a
one same są coraz leniwsze. Zawsze w klasie znajdzie się jednak garstka
ambitnych uczniów, dzięki którym jeszcze ciągle jestem nauczycielem :) Ja
pracuję w wiejskiej podstawówce i nie mam najmniejszych problemów z
dyscypliną. W miejskiej podstawówce bywa różnie, a rodzice są też bardziej
roszczeniowi.

W gimnazjum - bałabym się tej grupy wiekowej, coraz bardziej widać tu
patologie, które zapewne nasilają się w zawodówce. Nie, dziękuję. (Chociaż
dwie moje bliskie koleżanki pracują z gimnazjum i sobie chwalą)

Liceum? Bardziej ambitna młodzież, chociaż i z tym jest coraz gorzej... Ale
czemu nie :) Mogłoby być fajnie :)

Obserwuj wątek
    • yoka1 SP 27.05.09, 08:55
      może ja spróbuję wyrazić swoją (być może całkiem subiektywną) opinię.

      Pracowałam w SP, ale jeszcze przed reformą z 2000r. Miło to wspominam, bo szkoła była fajna i dzieci też, ale teraz po ponad 13 -letniej przerwie nie podjęłabym się pracy w SP, chyba, że miałabym nóż na gardle (tak jak teraz mam, więc kto wie?).
      1. Praca ta jest bardzo absorbująca,
      2. zajmuje mnóstwo czasu w domu, aby przygotować zajęcia zapełnione na całe 45 minut, bo inaczej nudzące się dzieci rozniosą klasę,
      3. zwłaszcza teraz, jak prawie że w żadnej klasie nie ma podziału na grupy, bo klasy liczą poniżej - to kolejny minus,
      4. przygotowywanie występów, teatrzyków, lekcji pokazowych dla rodziców - nigdy tego nie mogłam znieść ani zrozumieć, po co to - sama mam dziecko i nie czuję potrzeby chodzenia na takie lekcje, które niczego nie pokazują tak naprawdę
      5. rok szkolny trwa od września do 20 czerwca (plus minus)
      6. straszna papierologia w porównaniu ze szkołami ponadgimnazjalnymi
      7. wychowawstwo strasznie dużo czasu zajmuje - ciągle musisz być na bieżąco, stale w kontakcie z rodzicami, bo jak dziecko przestaje sięuczyć lub robi się niegrzeczne, to jakimś dziwnym zrządzeniem losu to nauczyciel jest winny, a nie rodzic, bo ten nie ma czasu i w domu dziecko jest aniołkiem
      8. ciągle są jakieś rady, szkolenia itp pierdoły (mówię w porównaniu ze szkołami ponagimnazjalnymi)

      Wg mnie najgorszy szczebel szkoły do pracy jako anglista
    • yoka1 Gimnazjum 27.05.09, 09:03
      pracowałam 1 rok szkolny i miałam zastępstwo na jeden semestr - czyli 1,5 roku szkolnego łącznie.

      Były to dobre gimnazja, gdzie klasy rejonowe "ciężkie" i często patologiczne stanowiły mniejszość (były to góra 2 klasy na danym poziomie) i miały niemiecki, więc nie uczyłam.
      1. głównie uwaga nauczyciela na początku r. szk. polega na "ustawieniu" klasy i pokazxaniu, kto tu rządzi. Potem dopiero zaczyna się nauczanie
      2. Nauczanie trochę polega na walce z wiatrakami- Ty chcesz i się starasz ich nauczyć, oni starają się, aby jak najmniej czasu poświęconego było nauce i aby lekcja jak najszybciej minęła.
      3. Większość rodziców obarcza ciebie i całe grono pedagogiczne wszelkimi problemami, jakie pojawią się u dziecka "bo w podstawówce on/a się tak nie zachowywał/a" i zapewne ty za mało się starasz, aby dziecko dobrze się poczuło i zaaklimatyzowało w nowej szkole
      4. pojawił się egzamin obowiązkowy z ang na koniec i tu będą problemy i angliści będą wysłuchiwali, tak jak teraz poloniści, czemu dzieci nie umiały czegoś napisać - nikt nie pomyśli, że to dzieci nie czytają książek i nie robią ćwiczeń mimo, że nauczyciel kazał. To pedagog jest winny
      5. straszna papierologia, wszystko pisane i "dokumentowane" tysiąc razy
      6. co 2-3 tygodnie rady trwające po 2-4 godzin - dla mnie to było nie do wytrzymania, często o radzie człowiek dowiadywał się w tym samym dniu o 8ej rano, że jest np. o 15ej.

      Moja opinia - lepsze od SP
    • yoka1 LO 27.05.09, 09:09
      najlepsza opcja.
      Praca z młodymi ludźmi, którzy wiedzą, co wypada a co nie, jeśli źle się zachowują, robią to celowo i zazwyczaj coś się za tym kryje - np. to, że nie lubią nauczyciela i/lub przedmiotu.
      Na tym poziomie coraz rzadziej trafiają się grupy początkujące, więc można trochę poszaleć i zrobić ciekawe lekcje, dużo ćwiczeń na mówienie, co jest też plusem dla anglisty.
      Mało lub prawie zero papierologii w porównaniu z SP i gimnazjum.
      Od maja zaczynają się matury - o wiele mniej lekcji, bo klasy maturalne odeszły, luźny plan.

      Ale
      uczniowie są często roszczeniowi, "lepiej" wiedzą od nauczyciela jak lekcja powinna wyglądać, często idą do dyrekcji prosić o zmianę nauczyciela, bo słyszą od innych klas, że ten belfer lepszy ,a ten gorszy.
      Rodzice podobnie - szczególnie w dobrych liceach nie przyjmują do wiadomości, że dziecko ma dst ocenę, skoro panie od koerpetycji mówi, że on taki geniusz.
      Dużo czasu zajmuje przygotowanie lekcji - wyszukanie dodatkowych materiałów, znalezienie cieawych ćwiczeń, itp.

      Mimo tego - wg mnie opcja najlepsza
    • yoka1 Technikum 27.05.09, 09:10
      zasadniczo to samo, co gimnazjum

      Plus łopatologiczne wkładanie wiedzy, bo po 4 latach muszą zdawać maturę
    • elen.ce Re: Jeśli szkoła publiczna to jaka? 29.05.09, 20:34
      Hmmm, miałam nieprzyjemnośc uczyc 3 lata w gimnazjum i do tej pory
      nie wiem dlaczego nie rzuciłam tego w cholerę już po pierwszym roku.
      Dla mnie gimnazjum to hardcore i wolałabym robic wszystko tylko nie
      uczyc tam. No, ewentualnie gdyby było elitarne i prowadzone przez
      wymagające zakonnice ;) .
      Ale ja uczyłam w jednym z wielkich gimnazjów na osiedlu cieszącym
      się raczej złą sławą, więc może dlatego mam takie zdanie. Oczywiście
      zdarzały się klasy fajne, uczniowie chętni do pracy, z którymi z
      przyjemnością się prowadziło lekcje. Niestety, wielu, naprawdę wielu
      było chamskich, wrednych gówniarzy, którzy nie bali się niczego i
      nikogo. Pamiętam, jak wdrażano program do przeciwdziałania wagarom i
      jaka byłam z tego powodu niepocieszona, bo jak jeden z drugim
      wagarował i nie przychodził na co drugą lekcję to przynajmniej
      miałam spokój. Dyrektorka przymykała oko na wszystko, byle tylko nie
      stawic czoła prawdzie...
      Potem zatrudniłam sie w podstawówce i doznałam szoku. Pierwszym było
      to, że były kwiatki na korytarzach w szkole. Jak to kwiatki,
      niemożliwe, przecież od razu na pierwszej przerwie wylądują na
      czyjejś głowie, w czyimś plecaku, albo za oknem. Tak, tak, nie
      mogłam uwierzyc, że dzieciom nie przychodziły takie pomysły do
      głowy. Gdy dostałam przydział klas, to wychowawczynie zwracały mi
      uwagę na uczniów, którzy sprawiali problemy wychowawcze, mówili, by
      na nich uważac. Okazało się, że w porównaniu z gimnazjum,
      te 'problemy wychowawcze' to nie problemy, tylko śmiech na sali. W
      podstawówce spędziłąm 2 lata i odżyłam, dzieci chętne do nauki,
      nawet jak niesforne, to łatwo daja się spacyfikowac, chętne do zadań
      dodatkowych, stresu związanego z nauczaniem praktycznie zero. Jedyne
      czego nie lubiłam to zajęc z klasami 1-3, bo nie były dzielone na
      grupy, a w klasie i 29 osób było. Takie dzieci zainteresowac to jest
      wyzwanie. I to ciągłe pytanie o wszystko, proszę panią, a mogę temat
      podkreślic zielonym długopisem?, proszę panią, a ładnie napisałam?,
      proszę panią a czy mogę pisac ołowkiem?
      miałam jeszcze epizod w liceum, pół roku, uczniowie dojrzalsi, już
      cokolwiek umieją, potrafią pracowac bardziej samodzielnie i w ogóle
      na fajnych trafiłam.
      Ogólnie rzecz biorac gdybym miała wybierac gdzie uczyc to chyba
      wybrałabym wiejską podstawówkę, żeby miec święty spokój i się nie
      stresowac. Ewentualnie fajne liceum.
      Z technikum i zawodwką doświadczeń nie mam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka