xy2
14.04.05, 12:35
Mówiono o nim: King w mieście Świętej Wieży,
Pamiętam z podstawówki, jak całował się z papieżem,
Przejeżdżał też sekretarz, gdy przecinano wstęgę,
Kingi poszedł na wagary, pomarzyć o czymś innym.
Był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był,
W szkole nikt nie wiedział, czym King naprawdę żył.
To było trochę później już miał przyjaciółkę Ewę,
Mieszkali więc bez ślubu i klepali słodką biedę,
Dawali czasem czadu, bo lubili lekkie dragi,
Znajomych było wielu wieczory i poranki.
Uważaj na sąsiadów swych, bo lubią dawać cynk,
Ty wiesz kto rządzi w mieście tu - biskup z komisarzem, King.
Tak mówił mu przyjaciel, długi, chudy Olo,
Kiedy wyszli na ulicę zapalić splifa z colą,
Mam dosyć tego miasta, czerwono-czarnej mafii,
Czy mnie rozumiesz Olo, czy wiesz co mnie trapi?
Tymczasem blada Ewa wytłumaczyć pragnie wszystko,
Bo komisarz wszedł przez okno, a z pod łóżka wylazł biskup.
Co masz w kieszeni King? - komisarz spytał w drzwiach -
Wy palicie wciąż to świństwo? Mieliśmy wiele skarg.
A biskup łypie z boku, to na Kinga, to na Ewę -
Wy żyjecie tu bezbożnie, myślicie, że nic nie wiem?
Za posiadanie zielska ty dostaniesz dziesięć latek,
Za nielegalny związek z nią - następnych parę kratek.
Dziś Kingi siedzi w celi i wspomina dawne dni,
Napisał do papieża bardzo długi list,
Świąteczną wysłał kartkę do samego prezydenta,
Lecz nikt o nim nie mówi, nikt o nim nie pamięta.
Był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był,
Właściwie nikt nie wiedział, czym King naprawdę żył.