the_man
06.06.02, 00:49
Na forum, tak samo jak w życiu, roi się od rozszalałych, zsrustrowanych
feministek, które wbrew logice i naturalnemu porządkowi ubzdurały sobie, że
mają prawo daomagać się realizacji swoich fanaberii. Roszczenia tych babiszonów
są tym samym, co postulaty robotniczych zwiążków zawodowch, chorych
psychicznie, upośledzonych i innych grup, których pozycja społęczna z natury
rzeczy jest słaba, a mając słabą pozycję w negocjacjach obierają drogę
pokrzykiwań i brania na litość. Śmieszą mnie te bzdurne farmazony o
partnerstwie w małżeństwie, równych prawach, które nie mają końca i przybierają
tak karykaturalne formy, jak żądania równości płac, czy równości miejsc w
rząrzie RP. Facet, który przymuje się fantazjami o partnerstwie swojej kobiety
to godny pogardy pantofel, przecież ona nie ma żadnej możliwości wyegzekwowania
tego i wystarczyłoby, aby postawił sprawę jasno i baba musiałaby zamilknąć. Nie
twierdzę, że trzeba bić kobietę, ego nawet nie wypada robić, jednak mężczyzna
zaangażowany w prace domowe i wychowanie dzieci to zwykła oferma, która powinna
podlegać powszechnemu potępieniu. Tak już jest ten świat poukładany, że życie
polega na wzajemnej wymianie, kto ma więcej do zaoferowania może sobie pozwolić
na więcej i żadna stuknięta feministka tego nie zmieni. Facet wnosi do
małżeństwa: status, pieniądze, prestiż, pozycję społeczną, zapawnia rodzinie
przetrwanie i decyduje o poziomie zycia, natomiast całym kapitałem kobiety jest
jej ciało, służące do wydania na świat potomka, ciało jest jedynym wymiernym
dobrem, którym kobieta może handlować. Dopóki obydwoje są młodzi kobieta, jeśli
jest bardzo atrakcyjna ma nawet lepszą pozycję przetwrgową, niż facet i to jest
ten moment, kiedy ma ona szansę znaleźć mężą, który zapewni jej i jej potomstwu
opiekę. Z czasem ta zależność się odwraca, a datą graniczną jest tutaj 30 rok
zycia, kiedy krzywe atrakcyjność gwałtownie zaczynają rozchodzić się w
przeciwnych kierunkach - spadek atrakcyjności kobiety jest wprost
proporcjonalny do wzrostu atrakcyjnośći mężczyzny. Dzieje się tak dlatego, że
daoro jakim dysponuje kobieta (ciało) wraz z czasem traci na wartości, a dobro
jakim dysponuje mężczyzna (intelekt i zdolności)z czasem rozkwita i przynosi
wymierne korzyści. Tak więc w małżeństwie pozycja mężczyzny zawsze jest
silniejsza i to ON może postawić ulitimatum: "jeśli się nie podporządkujesz
odchodzę", ponieważ to ON ZAWSZE będzie miał dokąd odejść (znajdzie sobie
młodszą i ładniejszą), poza tym to ON jest posiadaczem środków materialnych,
kobiecie po rozwodzie (jeśli sąd okaże litość i łaskę) zostaną najwyżej
skoromne alimenty. Zupełnie zrozumiałe jest, że kobiety w tej sytuacji chwytają
się podrzędnych prac za śmieszne pieniądze, jak tonący brzytwy, wysilejąc sie
na piruety między pracą a domem. Posiadanie jakiegokolwiek zatrudnienia, a
perspektywie emerytury na starość, daje im złudzenie niezależności i faktycznie
w niewielkim stopniu poprawia ich pozycję przetargową. Wystarczy jednak
spojrzeć na opłakane skutki społeczne takich zachowań - dzieci niedopilnowane,
dom zaniedbany, mąż niezadowolony, zawalone terminy w pracy, ciągłe zwolnienia
(bo dziecko chore, bo to tamto), podatnik obciążony kosztami urlopów i zwolnień
lekarskich, czysta strata. W dodatku jeszcze bezrobocie - wprost trudno się
nadziwić, że kraj w którym jest 20% bezrobotnych zatrudnia
niepełnowartościowych pracowników,jakimi są kobiety! Jestem menadżerem i
zachodzę w głowę, kiedy widzę że po firmie kręci się jakaś nowa pannica, jak to
się dzieje - myślę, skoro o stanowisko stara się kilkaset osób, w tym wielu
mężczyzn, pozostaje tylko zastanowić się nad tym z iloma się przespała i chyba
tak faktycznie jest - te młode lale są całkiem atrakcyjne. Nie twierdzę, że
należy kobietom odebrać prawo do pracy, ale na miłość boską niech to będą stare
panny i wdowy na pomocniczych stanowiskach, a nie matki i żony obarczone
obowiązkami w dodatku posiadające odpowiedzialną pracę - one zwyczajnie nie
dają rady; ciążą, poród, karmienie naturalne i opieka nad dzieckiem to
wystarczająco dużo obowiązków. Mamy teraz w Polsce taki moment dziejowy, że
moglibyśmy wrócić do normalności, właśnie poprzez walkę z bezrobociem przez
zwalnianie kobiet i zatrudnianie mężczyzn. Może zrozumiałyby wreszci, że nie da
się przeskoczyć biologicznych uwarunkowań i zajęły się tym, do czego się
nadają. Nie ma też powodu by marnować pieniądze podatnika na kształcenie
kobiet, zważywszy na fakt, że wiedza na temat np. układó scalonych ie jest
potrzebna do gotowania, anie karmienia piersią. Niech sobie studiują jeśli
chcą, ale niech płacą za studia, niektórym może to sie nawet opłacić, gdyż
jakiś dziwak, intelektualista lub artysta może woleć wyedukowaną żonę. Państwo
powinno gwarantowac edukację kobietom na poziomie szkoły średniej, dalej która
chce niech płaci. Ja nie jestem żade rasista i nie postuluję wprowadzenia
segregacji, ani sztucznych nakazów, wręcz przeciwnie - uważam, że trzeba znieść
chore bariery administracyjne, walczyć ze stereotypami rozpowszechnianymi przez
feministki i dążyć do przywrócenia naturalnej równowagi. Taka równowaga nie
zamyka kobietom całkowicie drogi do kariery, każe im jednak zająć jasne
stanowisko w sprawie swojej płci i zdecydować, czy chca być kobietami, czy
robić karierę, albowiem te dwie rzeczy się wykluczają - kariera jest atrybutem
mężczyny - zdobywcy, a podporządkowanie jest atrybutem kobiety - zdobywanej.
Uważam, że kobiety decydujące się na karierę nie powinny prowadzić życia
społecznego i zrozumieć wreszcie, że biologia jest biologią i nie można tak,
jak chcą feministki mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzeba jasno powiedzieć, pże
kariera tak na prawde tylko osłabia pozycję prztargową kobiety skazując ją na
katusze bezdzietności i staropanieństwa.