Gość: tad
IP: *.krosno.cvx.ppp.tpnet.pl
04.12.02, 12:54
Ponieważ ostatnio dają się zauważyć u bywających tu pań pewne oznaki
znudzenia, chciałbym zaprezentować im - dla pobudzenia - pewne rozwiązanie
problemu "niższych płac" dla kobiet. Rozwiązanie i tak funkcjonuje "na
dziko", i warto się zastanowić, czy nie byłoby dobrze go może nie tyle
zalegalizować, co zaakceptować jako sprawiedliwego i naturalnego
TEOREMATY
1. mężczyźni NIE zachodzą w ciążę.
2. kobiety ZACHODZĄ W CIĄŻĘ
3. ciąża MA WPŁYW na wydajność pracy kobiety.
Z przedstawionych powyżej teorematów (które wydają mi się niepodważalne)
wynika, że pracownicy - kobiety z racji swojej płci są dla
pracodawców "pracownikami obarczonymi ryzykiem" w stopniu większym, niż
pracownicy - mężczyźni. Trudno byłoby bowiem znaleźć u mężczyzn wpływający na
ich wydajność czynnik powiązany z męskością w sposób, w jaki ciąża powiązana
jest z kobiecością (wszystko to są truizmy, ale feministki zdają się tego nie
dostrzegać). Oczekiwanie, że pracodawcy nie będą brać tej róznicy pod uwagę
kierując się miłością bliźniego jest naiwne. Postrzeganie opisanego wyżej
różnicy w kategoriach "sprawiedliwe", "niesprawiedliwe" niewiele wnosi, bo
jest to wynikająca z biologii różnica przypadłościowa, i jako taka nie
podlega ocenom moralnym (mówiąc inaczej "podlega" w takim samym stopniu jak
stwierdzenie: "to niesprawiedliwe, że w zimie jest zimno"). Ocenie podlegają
za to działania podejmowane w związku z tą różnicą przez ludzi (analogia z
zimą: ktoś np. odmówił schronienia człowiekowi w czasie mrozów). Opisana
różnica sprawia, że sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby gorsza niż sytuacja
mężczyzn, nawet jeśli przestałyby istnieć wszelkie inne czynniki pogarszające
ich pozycję (dalej różnica określana będzie jako "czynnik C"). By czynnik C
przestał być brany przez pracodawców pod uwagę kobieta musi posiadać "wartość
dodatkową" wyrównującą przewagę mężczyzn. (Innym rozwiązaniem jest oczywiście
próba ZMUSZENIA pracodawców by zamknęli oczy zatrudniając pracowników. To
właśnie rozwiązanie proponują feministki. Ja - jako przyjaciel wolności -
nie będę się tym rozwiązaniem tutaj zajmował). Co może być taką "wartością"?
Mogą nią być nią oczywiście wysokie kompetencje - wyższe, niż u ewentualnych
kandydatów - mężczyzn. Dlatego opisywana przez feministki ze zgrozą
sytuacja: "kobieta by się wybić musi być 2 razy lepsza niż mężczyzna" jest
zupełnie zrozumiała. Taka sytuacja to jednak żadkość, bo niewiele jest kobiet
na tyle dobrych, by nie można było znaleźć równie dobrego mężczyzny. Mówiąc
inaczej kobieta nie jest najczęsciej NIEZASTĘPOWALNA - przynajmniej na
początku kariery (potem dochodzi czynnik doświadczenia), a o sytuacji
początku kariery tu mowa. Innym rozwiązanie jest kompensowanie "czynnika C"
przez "państwo" (czyli z naszych podatków). Nie będę się nad tym rozwiązaniem
rozwodził, bo i tak jest nie do wprowadzenie w sytuacji kryzysu. Trzeciem -
jak się wydaje najlepszym - jest zaakceptowanie RÓŻNICY W ZAROBKACH pomiędzy
kobietami i mężczyznami. Kobieta może niwelować "czynnik C" zgadzając się na
niższą płacę. Niższe zarobki byłyby w tym ujęciu rodzajem składki
ubezpieczeniowej którą pokrywa za pracodawcę pracowniczka, do czasu, aż
wzrost jej wartości jako pracowniczki (pojawienie się elementu
niezastępowalności, czy nieopłacalności zastąpienia) zrównoważy ryzyko
ponoszone przez pracodawcę (w związku z "czynnikiem C"), jaki podiął
zatrudniając ją a nie "bezpiecznego pracownika" - czyli mężczyznę.
Rozwiązanie wydaje się sprawiedliwe. "CZYNNIK C" ISTNIEJE i obarczanie
pracodawcy wyłącznym kosztem ponoszenia tego ryzyka wydaje się niemoralne,
podobnie obarczanie wyłącznie "społeczeństwa". Najsprawiedliwsze wydaje się
włączenie do procesu niwelacji samych kobiet. I tak istotnie się dzieje, ale
tego akurat feministki nie mogą zrozumieć i znieść.
Proszę o uwagi.