kot_w_zimie
05.07.08, 12:23
wyborcza.pl/1,76498,5404819.html
"Moja mama wychowała się na filmach hollywoodzkich. Jej ikonami były Catherine
Hepburn, Carol Lombard, Lauren Bacall, Barbara Stanwyck, Bette Davis, Joanna
Crawford, Ava Gardner, Marilyn Monroe i wiele innych. Kiedy dziś oglądam te
filmy, zdumiewa mnie to, że postaci męskie i żeńskie są równoprawne, przede
wszystkim dlatego, że rozmawiają jak równoprawne i inteligentne ludzkie
istoty. Kiedy przywołuję z pamięci wymowne, dowcipne dialogi prowadzone przez
Catherine Hepburn i Spencera Tracy'ego, a także Cary Granta, w osłupienie
wprawia mnie to, że dzisiejsze wyemancypowane żeńskie postaci głównie milczą.
Milczą, bo najwyraźniej nie mają nic do powiedzenia. Listy dialogowe do
niegdysiejszych filmów hollywoodzkich i seriali telewizyjnych pisali zazwyczaj
mężczyźni. Stosunki między mężczyznami a kobietami były w nich wyidealizowane,
jednocześnie jednak ustanawiały idealny standard zachowania między nimi.
Nieobecność dialogów we współczesnych filmach to dowód na porażający brak
potrzeby dialogu"
Tak się zastanawiam, czy to prawda. Nie znam się dobrze na kinie, ale wydaje
mi się, że takie wytwornie konwersujące i przerzucające się ciętymi ripostami
pary występują nadal - głównie w komediach romantycznych. Tylko czy to jest
tak naprawdę dialog, czy raczej stroszenie piórek?