Koniec świata nie nastąpił, co mnie osobiście z lekka sfrustrowało, żeby więc nie zepsuć rodzinie nadchodzących Świąt muszę się lekko odwentylować.
Będę marudził, ale wybaczam sobie - starzy kawalerowie mieszkający z kotem mają pełne prawo marudzić. To taka nasza społeczna rola, żeby nie rzec - krzyż, który z godnością musimy dźwigać.
Rzecz o wirtualnych znajomościach.
Nie tak dawno otrzymałem zaproszenie do dołączenia do grona znajomych od jakiegoś kolesia. Jego nick mi nic nie mówił, z meandrów pamięci nie wygrzebałem jakiegokolwiek kontaktu z tym człowiekiem. Zrobiłem więc rzecz najnormalniejszą (chyba?) na świecie i zapytałem rzeczonego człowieka czy kiedyś mieliśmy okazję zamienić choć zdanie i o przyczyny, dla których wysłał mi zaproszenie. Zakładałem bowiem, że skoro wysłał, to zapewne miał ku temu powód. Może jakiś banalny, może jakiś głębszy, różni są ludzie i różne są ich motywacje. W odpowiedzi dostałem porażającą głębią wiadomość "nie znamy się, nie musisz akceptować zaproszenia". No jasne, że nie muszę, nie mam za plecami komanda terrorystów, którzy grożąc wysadzeniem w powietrze wszystkiego, co jest mi drogie, domagając się, bym zaakceptował zaproszenie jakiegoś internetowego anonima nie wiadomo skąd. Uzyskana - nie do końca wyczerpująca i pozostawiająca lekkie poczucie niedosytu - odpowiedź skłoniła mnie do podrążenia tematu. Grzecznie ponowiłem zapytanie o przyczyny, dla których zostałem uznany za godnego podniesienia do rangi znajomego przez owego nieznajomego, sugerując, że zapewne miał jakiś powód, by zrobić to, co zrobił. Odpowiedź: "ok spoko, nie trzeba." I emotikonka "uśmieszek".
Zaproszenia oczywiście nie zaakceptowałem, nie zwykłem bowiem z własnej i nie przymuszonej woli zadawać się z półgłówkami. A już osobliwie z takimi, którzy się ze swoją dysfunkcją obnoszą.
Zostawiłbym rzecz całą, ale to nie był pierwszy taki przypadek. W ciągu ostatnich kilku miesięcy moje różne sieciowe wcielenia obecne na forach Gazety otrzymały więcej zaproszeń tego rodzaju od rozmaitych osób, z którymi nie dane mi było - niezależnie od wcielenia - zamienić słowa. Dociekania o powód, dla którego ów czy owa tak bardzo pragnie mnie mieć wśród znajomych zawsze kończyły się podobnie, jak powyżej, choć (co w sumie dość budujące), większość zapraszających choć trochę się starała, w odróżnieniu od opisanego powyżej ciołka.
O co kurna chodzi?
Po siusiaka komuś taki całkowicie nieznajomy "znajomy"? Do kolekcji, żeby pochwalić się na długiej przerwie w szkole? Jakimż tłukiem trzeba być, żeby robić sobie takie idiotyczne zbiory? A może rozpisano jakiś konkurs z cennymi nagrodami, przyznawanymi za jak największą liczbę wirtualnych znajomych? To by wyjaśniało, przynajmniej po części, całą historię. Jeśli jednak takowego konkursu nie ma, to sorry, ale ten świat naprawdę durnieje coraz bardziej. Może to jakieś starcze zgredzenie przeze mnie przemawia, ale zawsze wydawało mi się, że znajomy, to ktoś kogo - uwaga, niespodzianka! - się zna. Choć trochę.
No, już mi lepiej.
A, byłbym zapomniał: wesołych Świąt. Dużo zdrowia przede wszystkim, bo z NFZ-em jeszcze nikt nie wygrał