Zdarza sie czasem singlowi zachorować. Idziesz dolekarza, dostajesz L-4 i
kładziesz się dołóżka. No i można tak sobie leżeć aż do... pierwszego posiłku.
Lodówka pusta, a zakupy same sie nie zrobią... Rachunki też same się nie
zapłacą (dobrze mieć przelewy przez internet), a i mieszkanie sie samo nie
posprząta. Wiec niby jesteś chory, a poza tym, zę do przcy nie chodzisz,
musisz robić to samo, co robisz jak jesteś zdrowy i wychodzić z domu, chociaż
nie masz siły. Więc stwierziłem kiedyś, że nie ma sensu w ogóle iść ma
zwolnienie, bo to i tak niewiele zmienia i dopóki nie padnę na twarz i mogę
dotrwać do weekendu, to nie idę do lekarza.
No ale w końcu mi sie przytrafiło po dwóch latach - wsadzili mi noge do gipsu
i szlag mnie trafia: sił mi nie brakuje, a wyjść w zasadzie nie mogę, a
właściwie to przez tydzień nie było po co, bo dostałem po świętach tyle
jedzenia, że starczyło prawie do dziś, tylko raz musiałem coś dokupić. No i
tak człowiek siedzi w domu i kompletnie nic nie robi...

/
Byle do poniedziałku...