Witajcie,
też tak macie, że w pewnym momencie ogarnia taka totalna,
obezwładniająca bezsilność? I wydaje się, że nic nie można zdziałać?
Pozostaje tylko usiąść i płakać...albo ubić gnoja - ale co to da?
pójdę siedzieć i tyle...co wtedy z dzieckiem? Ale czy wytrzymam? Czy
po raz kolejny znajdę siły, żeby rano obudzić się, wstać, zacisnąć
zęby, przyozdobić twarz w usmiech i udawać, że panuję nad sytuacją i
sobą? Tylko jak to zrobić skutecznie po kilku godzinach gorzkiego
szlochu i przespanych raptem dwóch godzinach? Jak opanować drżenie
rąk i głosu? Boshhhh niech juz ten pozew przyjdzie do niego, niech
już odbędzie się rozprawa. Skąd wziąść siły żeby dotrwać i nie stać
się kłębkiem nerwów? Mówią - wytrzymasz dla dziecka. Wiem, ze muszę.
Ale skąd brać wciąż siły? No skąd?