cold.wind.blows
27.11.09, 22:30
Nie pisałem tu ostatnio, bo nie miałem za bardzo o czym. Trochę
poprzejsciowa rutyna mnie dopada, jeśli jest coś takiego. 2 tygodnie
temu sprawa, bez orzekania, 15 minut, wszystko mozna powiedzieć z
klasą. Wyszedłem otępiały, nawet upić mi się nie chciało. Ale ja nie
o tym. Zaczyna mnie uderzać to, jak bardzo sie zmieniłem przez te
miesiące od rozstania. Gdy widzę siebie sprzed roku, czy pół, widzę
prawie obcego mężczyznę. Jak bardzo byłem niedojrzały,
nieodpowiedzialny, brakowało mi empatii, jak potrafiłem zranić.
Zgorzkniały typ. Szlag mnie trafia, jak pomyślę, że to byłem ja.
Jaki byłem mądry, pouczałem, manipulowałem, wyrażałem kategoryczne
sądy. I to wszystko albo nieświadomie, albo w dobrej wierze (no moze
nie zawsze). Teraz przewartosciowuję swoje priorytety życiowe,
staram się ulepszać siebie, by być lepszym człowiekiem, pracować nad
sobą, tylko że nie mam już dla kogo. Wbrew wszystkiemu odzyskałem
poczucie wartości i to większe niż kiedykolwiek. Robię to tylko dla
siebie. Dojrzałem trochę, złagodniałem, jest mi lepiej ze sobą.
Tylko czy musieliśmy się tak poranić, zdemolować nasz związek, żebym
mógł dojść do tego wszystkiego. Nie pozbędę się piętna przeszłości,
ale będę szedł do przodu. Gdzie mnie to zaprowadzi? Nie wiem, nie
chcę teraz wiedzieć. Uczę się cieszyć codziennością, doceniać, to co
mam.
Zadaję sobie czasem pytanie: czy te zmiany, które się
zapoczątkowały, są warte tej ceny? Nie wiem, czy mogło być inaczej.
Może mogło, ale zabrakło dystnsu, refleksji nad sobą. Teraz jest
tylko to, co jest teraz. Tylko to mam, refleksję nad sobą