Oprócz tego,że obydwoje bardzo mocno odczuliśmy kryzys (mąż w tej
chwili w ogóle już nie ma pracy),to jeszcze obydwoje mamy dość
poważne kłopoty zdrowotne (mnie np. czeka poważna,skomplikowana
operacja,po której ok. roku nie będę mogła pracować-rehabilitacja, a
że od lat pracuję na czarno-nic mi się nie należy).
Sytuacja jest więc dosyć ponura i nijak nie sprzyja rozwodowi,który
nastąpić musi. Żyjemy teraz razem na 50m2 i co chwila wybuchają
awantury,żadne z nas nie ma dokąd pójść a myślę,że każdemu by się to
bardzo przydało. Rodziny praktycznie nie mamy a Ci nieliczni nie
mają warunków do przyjęcia kogoś z nas. Po rozwodzie będzie tak
samo,nie wiadomo jak długo i psychicznie jest to nie do wytrzymania.
Wiem,można powiedzieć,żeby nie wchodzić sobie w drogę,nawet czasami
to wychodzi,ale między nami jest tyle negatywnych emocji,wspomnień
bardzo złych wydarzeń,że wcześniej czy później któreś wychodzi z
jakimiś pretensjami. A i życie codzienne na małej przestrzeni
przysparza kłopotów,wszystko wspólne a my osobno...
Jakieś słowa otuchy a może rady przydałyby mi się teraz.
Pozdrawiam rozwodników