eloach
25.03.10, 14:19
Witajcie!
Chciałbym Wam powiedzieć jak się potoczyły moje sprawy.
Mijają dwa lata od kiedy wydał się mój romans. To co przeszedłem było
największym koszmarem a także ogromną szkołą życia.
Pierwszy etap to rozdarcie uczuciowe. Nie umiałem zrezygnować z rodziny i nie
umiałem zrezygnować z kochanki. Z jednej strony kilkanaście lat życia w
stabilnej, choć nudnej rzeczywistości, a z drugiej rok intensywnych uczuć,
wzlotów dodających skrzydeł i oczekiwań za upragnioną kobietą.
Nie wiedziałem, co robić.
Spojrzenie na rzeczywistość bardzo mnie otrzeźwiło. Zdałem sobie sprawę, że
ten romans to iluzja, która nigdy nie była zakłócona żadnymi problemami.
Przecież nie prowadziłem gospodarstwa domowego z kochanką, nie musiała mi prać
ani gotować, nie musiała przejmować się chorobą dziecka, nie było kłopotów
finansowych itp.
Kochanka zawsze zadbana, czekająca na mnie z uśmiechem, radością i dysponująca
wolnym czasem i chęcią na spędzanie go ze mną.
Żona zwykle zmęczona, z pretensjami, że za mało kasy, że nie pomagam... Brak
ochoty na seks... Ciągłe problemy.
Przyszedł czas wyboru między uczuciami a odpowiedzialnością.
Wiedziałem, że jeśli rozpocznę nowe życie z kochanką, zaczną się jeszcze
większe problemy niż w dotychczasowym małżeństwie i zbyt wiele osób na tym
ucierpi.
Wybrałem odpowiedzialność.
Chciałem zerwać z kochanką, lecz ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Dla
niej życie beze mnie straciło sens. Groziła samobójstwem. Ciągle słyszałem
lament i widziałem łzy. Czułem, jak bardzo mnie kocha i jak jest jej trudno.
Postanowiłem dać jej trochę czasu na oswojenie się z tą sytuacją. Chciałem,
żeby wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć.
W tym czasie wiele rozmawiałem z żoną o naszych problemach. Zrobiliśmy
dokładny przegląd naszego małżeństwa. Mówiliśmy o przyczynach i skutkach
naszego oddalenia. Wszystko byłoby ok, gdyby nie emocje.
Gdy żona dowiedziała się o jakiejkolwiek pomocy, której udzieliłem kochance,
rodziła się w niej złość i poczucie porażki. Czułem się znów odpychany i
ignorowany przez nią. To doprowadzało do tego, że wolałem ten czas spędzić z
kochanką na zwykłej choćby rozmowie. Założyłem sobie, że nie doprowadzę do
żadnych zbliżeń między nami. Jej czułość była jednak powalająca i wiele
kosztowało mnie, by nie ulec chwili słabości.
Gdy zaś kochanka zauważała większe zainteresowanie żoną, to ona robiła mi
wymówki i znów widziałem jej łzy cierpienia.
Cały ten okres był czasem huśtawek emocjonalnych. Nie wiedziałem kogo kocham i
z kim mam być. Czułem się jak piłeczka pingpongowa. Raz jedna dobra, potem
druga. Raz jedna zła, potem druga.
Emocje jednak zaczęły z wolna opadać. Oczywiście nie wygasły, ale można było
bardziej racjonalnie spojrzeć na rzeczywistość. Powoli do kochanki zaczęło
docierać, że to wszystko jest nierealne. Na horyzoncie pojawił się mężczyzna,
który w jakiś sposób mógłby wypełnić pustkę po mnie. Tym bardziej, że stałem
się oschły w stosunku do niej. Było to trochę wymuszone, ale była to jedyna
droga, by mogła się otworzyć na innego człowieka.
Jeśli chodzi o żonę, to też zaczyna się jakoś układać i mam nadzieję, że
zbudujemy lepszy i mocniejszy związek.
Chciałbym powiedzieć, że czasami warto jest wybaczyć zdradę. Nie należy tak od
razu skreślać drugiego człowieka.
Najgorsze jest kierowanie się "honorem", wybuchaniem złości, odgrywanie się,
obrażanie się i uleganie złym emocjom.
To prawda, że należałoby się urodzić mędrcem, by wiedzieć jak postępować i być
zawsze opanowanym, ale warto pracować nad sobą, bo tylko miłością i mądrością
można zmieniać świat.
Przede mną jeszcze ciężka droga, ale jestem bardziej świadomym człowiekiem i
sądzę, że łatwiej będzie mi pokonywać niektóre przeszkody.
Po tym doświadczeniu wiem, że nie warto wchodzić w taki układ. Za chwile
szczęścia (mojego) musiałem srogo zapłacić i ucierpiały przez to najbliższe mi
osoby.