Zakładam ten wątek, aby się oficjalnie przedstawić
Podczytuję to forum od dość dawna, chociaż nigdy nie byłam mężatką (i nie zamierzam). Podczytywałam je, bo wywodzę się z rozwodniczej rodziny - rozwiedzeni rodzice, którzy następnie weszli w związki z rozwodnikami (z dziećmi), mój tata nawet dwa razy. Dzieci ich partnerów też rozwodnicze, dziadkowie też porozwodzeni - no, wręcz choroba rodowa
Z tego właśnie powodu nigdy sama nie myślałam poważnie o małżeństwie, chociaz mam na koncie już jeden "rozwód" - z byłym partnerem, po czterech latach życia razem. Z obecnym jestem ponad pięć lat, i niestety chyba znów się kroi powielanie rodzinnych wzorców. Bardzo, bardzo niestety. O ile wyjście z pierwszego mojego związku było najlepszą rzeczą, jaką mogłam zrobić, bo facet był po prostu sadystycznym psychopatą, o tyle związek obecny był niemal idealny. Mój partner jest uczciwy, uważny, serdeczny, spokojny. Nigdy żadnych kłótni, wszelkie konflikty rozwiązywaliśmy pokojowo. Jest inteligentny, zabawny, pracowity, można na nim polegać w potrzebie. Ale ma jedną wadę - nie chce mieć dzieci. A ja tak.
Było to być może błędem, że nie porozumieliśmy się w tej sprawie bardziej konkretnie o wiele wcześniej. Ale to było tak, że on nigdy nie mówił, że na pewno nie, tylko że raczej nie, ja miałam momenty, w których myślałam, że skoro jest to taki dobry związek, to może lepiej w nim zostać bezdzietną niż bez tak wspaniałej osoby, którą kocham. Obydwoje braliśmy rzecz na przeczekanie. Ale ostatnio pojawiły się okoliczności, które nas zmusiły do zmierzenia się z faktami. Było parę rozmów, jest chwilowe zawieszenie, czas do namysłu dla niego, czas na wykończenie paru ważnych spraw zawodowych dla mnie, ale naprawdę trudno mi jest myśleć optymistycznie i jestem w zasadzie przekonana, że za te parę miesięcy, które sobie daliśmy, trzeba będzie się rozstać.
Jest mi ciężko na duchu, ale daję sobie radę. Tylko nie mogę się pozbyć plączących się po głowie myśli: czy ja jestem skazana na związkowe niewypały? Czy naprawdę nie można wyzwolić się od rodowej klątwy?

Kiedyś wydawało mi się, że jeśli za mąż nie wyjdę, to i nie ryzykuję rozwodu - no i tak, rozwieść nigdy się nie rozwiodłam, ale jakoś specjalnie nie czuję, żebym dała radę uniknąć rodzinnych wzorców