violadamore
30.10.11, 13:30
Mam 35 lat, dwojke malych dzieci i dwa miesiace temu podjelam decyzje o rozstaniu z mezem. Powod: brak pozycia seksualnego, problemy wlasciwie juz od poczatku. Pobralismy sie mimo tego, wierzac naiwnie, ze milosc, ktora nas zreszta do dzisiaj jakos laczy, jest w stanie rozwiazac kazdy problem. Nie umialam z wlasnym mezem pojsc do lozka, a on z milosci do mnie dzielnie i cierpliwie to znosil. Walczylam 10 lat, podejmowalam rozne terapie w przekonaniu, ze cos jest ze mna nie tak. Ucieklam w macierzynstwo majac nadzieje, ze przy dzieciach nie bede tesknic za namietnoscia. Kiedy sie rok temu zakochalam we wlasnym szefie, zorganizowalam sobie druga ciaze z mezem, zeby uniemozliwic sobie jakiekolwiek pole manewru. Nie pomoglo. Wdalam sie w romans, zerwalismy po dwoch miesiacach, bo podwojne zycie bylo nie do zniesienia, a rozwod niewyobrazalny. Pol roku probowalam o nim zapomniec, w koncu po porodzie podjelam decyzje o odejsciu od meza. Wlasnie teraz sie wyprowadzam i probuje ogarnac wlasne emocje: wiedzialam, ze bedzie trudno, bo poza seksem wszystko inne w naszym malzenstwie funkcjonowalo i swojemu mezowi nie mam nic do zarzucenia. Mam poczucie kleski i zniszczenia, ktore sieje wokol. Wyprowadzam sie z mieszkania, ktore sama znalazlam i urzadzilam, trace poczucie bezpieczenstwa i grunt pod nogami, ktory budowalismy wspolnie przez 10 lat. W glebi ducha wydaje mi sie, ze jest to sluszna decyzja, ale cholernie mi trudno z tym wszystkim. Czy ktos z Was przeszedl przez cos podobnego? Czy to normalne, ze tak to bardzo boli, nawet, jesli to ja odchodze?