Wczoraj dwie rozwiedzione koleżanki z pracy zainteresowały się moim życiem, tak ogólnie; jak tam po rozwodzie, jak sobie radzę, i najważniejsze jakie mam dalsze plany w kwestii damsko-męskiej. Chociaż znamy się od wielu lat, to muszę przyznać że trochę zaskoczyła mnie bezpośredniość pytania. Ale odpowiedziałem zgodnie zresztą z prawdą; że ogólnie nie najgorzej, ale na razie o związku nie myślę, doceniam spokój i to co mam. I przede wszystkim nie jestem jeszcze gotowy.
Koleżanki natenczas zaczęły mi udzielać złotych rad: jak kogoś poznać, i o czym nie należy mówić na pierwszej randce, oraz zaczęły same opowiadać o swoich doświadczeniach, czy raczej niepowodzeniach w tej dziedzinie.
I wniosek był taki: trzeba szybko znaleźć partnera, przerobić go na męża, czas ucieka, towarzystwo mocno przebrane, a kobieta bez faceta nic nie warta.
Zdziwiło mnie to; koleżanki są w zbliżonym do mnie wieku, są dobrze wykształcone, niezależne finansowo, ze sporymi sukcesami w pracy. A w kwestii mężczyzn pokazały jakąś totalną desperację.
A mężczyźni widzą taką desperację na kilometr i jak ognia unikają takich kobiet.
To tyle chciałem powiedzieć, piję wino i czekam na mecz