nigdy nie należałam raczej do osób strachliwych.
starałam się brać byka za rogi i działać.
teraz miewam momenty, że boję się...wszystkiego. to znaczy rzeczy, które mnie (nas, bo mam córkę) czekają

boję się przeprowadzki do mamy. boję się o córkę - jak się zaadaptuje, jak będzie się czuła w nowym p-kolu, czy nie będzie tęskniła za ojcem (wiem, że będzie - ale jak to zniesie).
czy znajdę pracę, jak ogarnę mieszkanie pod jednym dachem z mamą - przecież nie mieszkamy razem już jakieś 17 lat !!!
boję się życia po rozwodzie. tego, że zostanę samotną matką, że cała odpowiedzialność za wychowanie małej spadnie na mnie, że sobie nie poradzę

normalnie aż się sama siebie czasem boję

że tyle tych różnych lęków...
mam nadzieję, że to przejściowe. że minie. że się ogarnę...
czy to jest normalne...? czy po prostu zwariowałam?