szszsz13
09.10.13, 18:03
Piszę, żeby wypisać swoje emocje, co robić- nie liczę na złote rady, bo też trudno w tej kuriozalnej sytuacji na rozwiązanie liczyć. Jestem już w kropce i nie wiem, co dalej.
Sytuacja przedstawia się następująco: mieszkam z partnerem w mieszkaniu moim, od 9 miesięcy. Razem z nami mój 13 letni syn z pierwszego małżeństwa. Partner ma syna, lat 7, z którym jest bardzo blisko. Tak blisko, że stało się to problemem. Niby to takie piękne, taki wzorowy ojciec, ale... jego dziecko jest z nami praktycznie non stop- co drugi dzień w tygodniu i co najmniej co drugi weekend. Bywa, że jesteśmy cały czas razem pod rząd np 4-5 dni. W wakacje połowę czasu, tj 1 miesiąc bez przerwy spędziliśmy razem. Chociaż wyrokiem sądu miejsce zamieszkania dziecka jest przy matce nie pytajcie, dlaczego jej odpowiada to, żeby dziecko przebywało tyle czasu z ojcem i jego nową partnerką. Nie wiem, jak trzeba być wygodną i jakie mieć ku temu powody. Jestem po prostu niebywale zmęczona tą sytuacją. Nagle, z dnia na dzień mam dwóch synów zamiast jednego, trzech chłopów w domu zamiast jednego, mało absorbującego syna własnego. Oczywiście, zanim zamieszkaliśmy razem, wiedziałam, że on jest blisko z synem, ale dopóki nie mieszkaliśmy razem, nie było to tak uciążliwe jak teraz. Przestaję mieć do tego cierpliwość, pomimo że znam sens powiedzenia widziały gały co brały. Najgorsze, że zaczynam się robić sfrustrowana, boję się, że uprzedzę się do tego dzieciaczyny, niewinnego przecież, którego zdążyłam bardzo polubić, on mnie też bardzo polubił. Ale do jego ojca nie dociera fakt, że tego jest za dużo i że ja się totalnie zmęczę i zniechęcę lada chwila. On uważa, że jego ojcostwo tylko wtedy ma sens, kiedy dziecko równo 50% czasu spędza z nim i wylicza ten czas z zegarkiem w ręku. I nigdy, po prostu nigdy nie dostosowuje się z tym do moich planów. Ponieważ mamy naprawdę małe mieszkanie (2 pok), mój syn zaczyna mieć odruch uciekania z domu do babci, bo tam ma święty spokój. A ja się miotam. W dodatku z wyrzutami sumienia, że staję się złą macochą, zamiast z miłością i wyrozumiałością patrzeć na fantastyczne rodzicielstwo swojego partnera. O co tu chodzi? Czy to jest normalne, a ja jestem nienormalna?Co z tym robić, gdy ciągle żyje się w poczuciu, że nie wypada mieć o coś takiego pretensji? A jednak mam. I to WIELKIEGO focha. Jestem na granicy.Ech, wypisałam się i tyle mojego...