domeczek-on-line
17.08.18, 23:22
Jestem tu nowa i z rozpędu zakładam już drugi watek ponieważ odbiega znacznie od tematu ewentualnych poszukiwań nowego partnera. Chodzi o szerszy i być może bardziej palący problem, którym jest dla mnie społeczna pustynia, która może/musi? się pojawić po rozwodzie.
U mnie może to kwestia długości trwania związku. Znaliśmy się i wszyscy znali nas razem od czasów szkolnych. Ci wszyscy to znajomi, rodzina, przyjaciele. Ok, ale przecież przyjaciółki były moje, owszem, spotykaliśmy się całymi rodzinami, ale to BYŁY moje przyjaciółki.. Teraz mogę chyba już napisać, że były... Zaczęło się od tego, że kiedy odważyłam się mówić, że jest mi źle to nikt nie chciał mi wierzyć, nawet własna mama.. Długo trwało zanim moja własna rodzina zrozumiała o co mi chodzi konkretnie..
To bolało, ale w decydującym momencie podejmowania decyzji o rozwodzie byłam sama, tak sama, że nie ma żadnych wątpliwości, że to moja decyzja. No cóż.. nikt nie musi się przynajmniej obwiniać, że mi w tym dopomógł albo wsparł psychicznie.. W tamtych miesiącach albo nawet latach byłam zapewne w jakimś rodzaju depresji i tak bardzo było mi potrzebne dwa zdania : "Nie martw się. Dasz sobie radę". Nie usłyszałam tych wymarzonych słów od nikogo z mojego otoczenia. Może tak na przekór temu jednak przeszłam wszystko i jakoś daję sobie radę..
Choć pamiętam i takie momenty kiedy leżeliśmy razem na łóżku z chłopcami, mocno ich przytulałam i czułam jak zasysa nas wielka czarna dziura, gdzie nie ma już życzliwego świata, śmiechu i radości...
A przyjaciółki, koleżanki?? schemat ich zachowania wyglądał zawsze mniej więcej tak : słuchały mnie, dawały mi się wygadać, potem nagle w przypływie szczerości same się przyznawały do problemów ze swoim partnerem, do chęci i tylko chęci rozstania, do smutku, do zawodu i po takim wyznaniu szczerym jedna po drugiej ulatniały się w niebyt.. Czy to wstyd czy zaprzeczanie czy pożałowały szczerości do tej pory nie wiem.. Nie ma ich, nie pytają co u mnie i czy sobie radzę - kiedyś naiwna wyobrażałam sobie, że to wsparcie jak z filmów będzie.. tak mi się wydaje, że bym się zachowała i tak się zachowuję gdy jest potrzeba. Ale też nic na siłę, jednak gorycz i żal jest bo bardzo przywiązuję się do ludzi, zwłaszcza gdy tyle wspomnień nas łączyło.. Wiem, że każdy ma swoje problemy i nikt nie ma obowiązku żeby użalać się właśnie nad moimi, ale ta pustynia, która mnie otacza jest tak wielka, że aż ciężko uwierzyć..
Mówią, że zamężne kobiety unikają przyjaciółek z uwagi na strach o mężów a ja odkryłem, że może być dokładnie odwrotnie.. Niektórzy mężowie tak bardzo się boją, że koleżanka im żonę zbuntuje, zdeprawuje czy nie wiadomo jeszcze co.
Najbliższa rodzina w końcu zrozumiała głębię problemów z eksem, ale na co dzień to nie bardzo wczuwa się w sytuacje typu jak wielką ulgą byłoby zaproszenie chłopców (sama wychowuję trzech synów) na weekend, na dzień, czy choćby odebranie najmłodszego z przedszkola. I mówię tu o sytuacji wolnego czasu, dobrego zdrowia, emerytury.. Cieszą się w każdym razie, że tak dobrze sobie radzę. Lekki żal mają, że nie chodzę już z dziećmi do kościoła, lecz gdy zgodziłam się na zabieranie tam chłopców to chętnych nie ma.
Podobne sytuacje występują nawet z życzliwymi sąsiadami. Kiedy dowiadują się jaka jest sytuacja nagle pusto się robi na klatce, nikt już nie pyta, nie zagaduje.. itd. itd.. Podsumowując, po wygranej walce o wolność, o godność, o dzieci, okazuje się, że nikt po główce nie głaszcze, popadasz w społeczny niebyt i potępienie, że w ogóle sobie dajesz radę a powinnaś siedzieć, płakać, eks powinien ci zabrać mieszkanie, dzieci powinny się nie słuchać a finanse nie zgadzać.. Tak czy tak samotne matki (bo samotni ojcowie to zawsze bohaterowie) to bohaterki tragiczne i chyba jedyna nadzieja kiedy zaczną wspierać siebie nawzajem ??