Dodaj do ulubionych

żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne...

09.11.04, 18:20
Witam Cie Jarkoni,jak również wszystkich innych w podobnej sytuacji mężczyzn,
jestem od 3 miesięcy żoną faceta po przejściach,z kilkuletnim dzieckiem.
Ja panienka,znamy się 3,5 roku,poznałam go jak było post factum,więc
przyczyną nie jestem. Poznałam go w momencie,w którym była puściła go w
skarpetkach (dla innego,żonatego i dzieciatego) i to z kupą niespłaconych
wspólnych kredytów.Rece załamałam jak "wyczaiłam" sytuację i naprawde wiele
nocy nie przespałam i przeryczałam, ale pomogłam mu sie dźwignąć,pomogłam,bo
sie zakochałam,ale nie była i nie jest to miłość ślepa,wszystko
kontrolowałam,nie chciałam zostać wykorzystana.
Mój mąż stanął na nogi,psychicznie(jak poznaliśmy się był wrakiem człowieka,a
to facet po 30-ste)i finansowo,wrecz nie ten sam facet.Bardzo go kocham,i
cieszę sie,ze zaryzykowałam,bo okazało sie,ze dobrze ulokowałam uczucia.
Miałam wczesniej facetów-bez przeszłości,i nie zamieniłabym zadnego na mojego
meża! Uwazam,ze nie ma porównania między facetem po rozwodzie a kawalerze,
szczególnie po 30-stce,oczywiście z plusem na tego pierwszego(pomijam wyjątki
bo ich nie spotkałam).
Napisałam ten post po to,aby mężczyźni po rozwodzie zrozumieli,ze ich życie
wcale nie kończy sie wraz z tym dramtycznym wydarzeniem.
Mój mąż myslał,że już na nic w życiu nie zasługuje,czuł sie nie wart niczego,
a już na pewno miłości kobiety. Teraz sie śmieje,że nigdy nie przyszło mu
nawet do głowy,ze będzie miał drugą żonkęsmile)) A mnie,że będę miała faceta po
przejsciach i do tego z dzieckiemsmile)
Myślę,ze trudno każdemu po rozwodzie dojśc do siebie głównie dlatego,że nie
ma się obok siebie osoby bliskiej,która dowartościuje człowieka,da nadzieje
na lepsze jutro.
Tak więc Panowie i Panie po przejściach,nie dajcie sobie wmówić,ze jesteście
gorsi od innych.Próbujcie układać sobie życie tak jak Wam pasuje,byleby tylko
być szczesliwym i nie szkodzić innym.
I wiecie co,czasem myślę,ze dla niektórych przynajmniej "życie zaczyna się po
rozwodzie"
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i cieplutkosmile))
Szczęśliwa żonka,macoszka i być moze niedługo mamuśka....
Obserwuj wątek
    • scriptus Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 11.11.04, 20:48
      Może mi się uda nie rozwieść smile
      Dzisiaj nawet wspólnie zjedliśmy obiad smile (dawno już nie)

      Ale, dziękuję, to co napisałaś skłania do bardziej optymistycznego myślenia,
      nawet, jak wszystko by poszło źle.
      • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 12.11.04, 11:07
        Mimo,ze jestem żoną faceta po przejściach to uważa,że jeśli istnieje cień
        szansy na uratowanie małzeństwa to należy zrobić wszystko żeby uratować.
        Nie jestem zwolenniczką rozwodów,ale czasem ludzie się naprawdę nie dobiorą i
        jedyne wyjscie to się rozejsć i ułożyć życie od nowa.
        Życzę Ci Scriptusie,żebyście uratowali to co Was łączy,bomałżeństwo i rodzina
        to największe szczescie jakie może spotkać człowieka!!!
        Pozdrawiam gorąco i trzymam za Was kciukismile)))
        • scriptus Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 12.11.04, 16:57
          Bardzo Ci dziękuję, chyba najbardziej właśnie pragnę zachować moją rodzinę w
          całości. To, że mi się rodzina rozlatuje, to moja wina, ja muszę ją utrzymać w
          całości. Kiedy już się gubię w rozpaczy i niepowodzeniu, każdy, kto mi
          powie "walcz do końca", zamiast mówić "eee, to i tak nie ma sensu", mi pomaga,
          podtrzymuje mnie na duchu. Tak naprawdę, to żeby mi się rodzina rozpadła, nie
          muszę już robić nic, żeby ją utrzymać, muszę włożyć dużo wysiłku. Czy warto?
          Moim zdaniem, nie mam nic lepszego do roboty smile)) Jeżeli nie zrobię nic, nie
          wybaczę sobie tego nigdy, jak mi się nie uda, będę wiedział, że się chociaż
          starałem.
          • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 13.11.04, 12:44
            Scriptusie,w takim razie walcz do końca i mam nadzieję,ze Ci sie uda!!!
            Moim mottem zawsze było i jest
            "Lepiej żałować,że się coś zrobiło niż żałować, ze się tego nie zrobiło".
            Wiesz,zanim poznałam mojego męża,to przewinęło się "kilku" facetów przez moje
            zycie,jedni zagościli w nim krócej,a inni dłuzej,ale wszystkich ich traktowałam
            jednakowo:nigdy nie dałam drugiej szansy i od razu paliłam mosty.A teraz
            wiem,że widocznie "to nie było TO".Mojego męża kocham ponad wszystko i wiem,że
            o niego gdybym musiała,walczyłabym do końca.Myślę też,że zbliżyły nas bardzo
            kłopoty i wiele sytuacji,które wtedy wydawały się bez wyjscia,a i w najbliższym
            otoczeniu nikt mnie nie wspierał tylko wszyscy ktyrykowali,że wiażę sobie życie
            z "takim facetem",że na pewno nam też sie nie uda,bo skoro rozwiódł sie raz,i
            zona go zostawiła to coś z nim nie tak...Wiele przykrości przeżyłam,ale mnie
            chyba takie sytuacje dają siłę.A teraz jest dobrze,chociaż kompleks "drugiej
            żony" jeszcze mam (bez powodu pewnie,bo mąż nie daje mi powodu,zebym źle
            myslała),długo bałam się,że skoro mąż ma dziecko,to może jednak kiedyś będzie
            chciał wrócić do byłej,mam też kompleks z powodu braku ślubu kościelnego,czego
            akurat mój maż nie rozumie,bo,jak sam mówi,przecież mnie kocha i jaka to
            różnica po jakim ślubie jesteśmy.
            Ale życie to wybory kazdego dnia,każdej minuty...ja uwazam,że wybrałam
            najlepiej jak mogłam...czas to zweryfikuje....a z KK radzę sobie tak;jestem
            wierzaca,bo wierze w Boga,ale nie wierze już w KK,modle się,chodzę do koscioła
            kiedy mam na to ochotę,a powiadam sie sama przed Bogiem i wierze,ze On nie da
            zrobić nam krzywdy na tym świecie.
            Życzę Ci Scriptusie,aby Twoje codzienne wybory były najlepsze z możliwych.
            I pamietaj,ze o miłość,rodzinę,żonę i dzieci należy starac sie całe życie i
            całe zycie okaywać im swoją miłość.
            Przesyłam dużo całusków (oczywiscie przyjacielskich) i daj znaka czy wszystko
            układa się dobrze.
            Pozdrawiam goraco...
            • scriptus Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 14.11.04, 17:32
              Dziękuję za wsparcie i serdeczności
              Uśmiejesz się, ale wolę słuchać rad takich jak Twoje niż "rzuć ją i znajdź sobie
              kogoś innego". Nawet w chwili zwątpienia jest mi najbliższa.

              Nie rozumiem skrótu KK sad czy chodzi o Kościół?
              • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 15.11.04, 09:57
                Cieszę się,że nie spisujesz bez walki na straty swojego małżeństwasmile))
                Myślę,że warto walczyć do końca,choćby po to,żeby kiedyś móc powiedzieć:
                zrobiłem wszystko co było w mojej mocy...

                a KK to kościoł katolicki.
                pozdrawiam gorąco i daj koniecznie znać jak Ci sie wszystko układa.
              • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 15.11.04, 16:24
                I wcale sie nie usmiałam...uważam,ze o swiadczy bardzo dobrze o Tobie,że chcesz
                walczyc.Spisać wszystko na straty jest bardzo łatwo,w końcu zawsze człowiek
                znajdzie jakąś kobietę czy faceta,ale własnie walka o te lata przeżyte razem
                jest trudno.Gratuluję wyboru,czyli walki o rodzinę!!!
                Wiesz,może Ty sie usmiejesz ze mnie,ale na początku mojej znajomości z moim
                meżem sama namawiałam go,że jeśli jest szansa na uratowanie jego rodziny to
                niech ją ratuje (poczatki rozwodu,jego była złożyła pozew i w ciagu pół roku
                załatwiła rozwód)...chociaż już wtedy byłam zaangażowana uczuciowo i nie wiem
                co bym zrobiła gdyby wrócił do niej,już wtedy bardzo go kochałam,ale też
                wiedziałam,ze syn potrzebuje ojca,że on potrzebuje syna.Kusiłam los tym co mu
                mówiłam,ale chciałam,zeby nie załował kiedyś decyzji bycia ze mną,wolałabym
                usunąć się w cień niżeli kiedyś sama przeżywać rozwód.Wierze w Boga (i moze
                kogos to też rozbawić)i pozostawiłam nasz zwiazek w jego rekach. Modliłam
                się,ze jeśli oni mają wrócić do siebie i być szcześliwą rodziną to niech tak
                będzie...ale tak się nie stało,stało sie tak, że jesteśmy razem i za to
                dziekuję Bogu,wiem,ze nikomu krzywdy nie zrobiłam. Myslę,ze akurat w naszym
                konkretnym przypadku,rozwód mojego męża i małzeństwo ze mną wszystkim wyszło na
                dobre.Nawet dziecku myślę,ze też w pewnym sencie,bo teraz ma nie kłócących się
                rodziców,kochajacych go rodziców i jedną osobę kochajacą go
                dodatkowo...macoszkęsmile))
                Tak wiec Scriptusie, "nie rzucaj" żony tylko próbuj "naprawiać" małzeństwo.
                Życzę powodzenia!!!
                • scriptus Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 15.11.04, 19:53
                  Dziękuję Ci za słowa wsparcia smile

                  życzę dużo szczęścia
          • tcsh Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 13.11.04, 12:54
            scriptus napisał:

            > Bardzo Ci dziękuję, chyba najbardziej właśnie pragnę zachować moją rodzinę w
            > całości. To, że mi się rodzina rozlatuje, to moja wina, ja muszę ją utrzymać w
            > całości. Kiedy już się gubię w rozpaczy i niepowodzeniu, każdy, kto mi
            > powie "walcz do końca", zamiast mówić "eee, to i tak nie ma sensu", mi pomaga,
            > podtrzymuje mnie na duchu. Tak naprawdę, to żeby mi się rodzina rozpadła, nie
            > muszę już robić nic, żeby ją utrzymać, muszę włożyć dużo wysiłku. Czy warto?
            > Moim zdaniem, nie mam nic lepszego do roboty smile)) Jeżeli nie zrobię nic, nie
            > wybaczę sobie tego nigdy, jak mi się nie uda, będę wiedział, że się chociaż
            > starałem.


            Scriptus, czy Ty przypadkiem nie tracisz instynktu samozachowawczego piszac
            wylacznie o swojej winie? Szczegolow rzecz jasna nie znam, ale my- kobiety
            absolutami nie jestesmy. Nawet, jezeli niektore chetnie by sie w tej roli widzialy.
    • lily23 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 12.11.04, 19:28
      hehe,ja tez zona rozwodnika,ich dziecko mieszka z matka,a my spodziewamy sie w
      marcu coreczki.
      pozdrawiam
      • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 13.11.04, 12:49
        Witaj Lily,żoneczko rozwodnikasmile))
        Dziecko mojego meża też mieszka ze swoja mamą a my staramy się o swoje,ale
        jeszcze nic nam z tych prób nie wyszło,chyba ja za bardzo chcę i efekt odwrotny.
        Gratuluję Ci dzidzi,która jest w drodze,jak mozesz,napisz coś o sobie?
        Najlepiej optymistycznegosmile))
        Pozdrawiam goraco,dbaj o siebie i tego KTOSIA mieszkajacego pod Twoim
        serduszkiem!!!
        • lily23 do cymbeline 13.11.04, 23:19
          hej,
          cymbeline,nawet nie wiesz jak chcialam byc pierwsza zona mojego meza,na
          poczatku to byla wrecz moja obsesja,ze jestem druga,ze nie pierwsza
          milosc ,itp.,na co mezus skwitowal"chyba wolisz byc druga -terazniejsza-
          ostatnia,niz pierwsza-przeszloscia?".Teraz to juz nie mysle o tej glupocie.Co
          do dzidziusia,to staralismy sie 7 miesiecy-bylo to dosc frustrujace,bo tak
          strasznie chcielismy miec dziecko ,ze tak jak w twoim przypadku,nic nam nie
          wychodzilo,lekarz zaczal mi nawet sugerowac ze moze jakies specjalistyczne
          badanie powinnam wykonac.Na co moj mezus znowu odpalil"niech ci lekarze pukna
          sie w leb".akurat po tych 7 miesiacach staran przeprowadzilismy sie za
          granice,a tam bach -pojawia sie dzidzia(zmiana klimatu itp pomogla chyba,i
          pewnie odwrocenie uwagi od staran).Maz szaleje z radosci,kazda jego wizyta w
          jakimkolwiek sklepie konczy sie zakupem "czegos" dla malej-na 80% wg genialnych
          lekarzy bedzie dziewczynka.A ja jestem mloda zonka,studentka,niedlugo mamusia.
          I mam nadzieje,ze tak zostanie,codziennie zapewniamy sie o naszej milosci i
          snujemy plany na przyszlosc,ale jestem czujna,bo wiem ,ze nie zawsze jest tak
          jak chcemy,ze wszystko moze sie zawalic i zniknac w oka mgnieniu.pozdrawiam
          cieplutko.p.s. jednym z atutow kawalerow z odzysku ,wg mnie jest fakt ,iz dbaja
          oni bardziej o swoje drugie zony,pielegnuja zwiazek ,aby nie bylo powtorki z
          historii.Tak jest moje odczucie na przykladzie mojego meza.
        • lily23 do cymbeline bis 13.11.04, 23:24
          zapomnialam dodac.
          Meza poznalam po rozwodzie,ja mam 23 lata,on 27.Po niecalych 2 miesiacach
          stwierdzil"albo za mnie wyjdziesz albo ja nie bede tracic twojego czasu"-
          konkretny facet.no i 3 miesiace pozniej sie pobralismy.Dodam,ze po rozwodzie
          maz sobie przyzekal ,ze juz sie nigdy nie ozeni itp,mial duze problemy
          emocjonalne z powodu rozstania z ex.Wiec jego rodzina byla w szoku jak sie
          dowiedziala o drugim slubie,jak wejsc w rodzine to tylko z sensacja,hehe.
          • cymbeline Re: do lily 15.11.04, 10:35
            Jaka szkoda Kochana,że Cie "wywiało" za granicę,myślałam,że może kiedyś jakaś
            kawka wspólna...?
            Ja miałam 27 lat a mój mąż 6 lat wiecej jak się poznaliśmy,a ślub wzięliśmy 3,5
            roku póżniej,a dokładnie w sierpniu tego rokusmile)) Ślub był tak późno u ns ze
            wzgledu na kasę,mójego meża była żona pusciła w skarpetkach a na drogę dostał
            kilka niespłaconych kredytów,wiec najpierw musieliśmy stanac na nogi. Ja
            chciałam wesele takie prawdziwe,nie chciałam przyjecia,a to kosztuje.Mój mąż
            też chciał,bo za pierwszym razem miał tylko uroczysty obiad.Wiec potem
            pracowaliśmy na nasze przyjęcie.Ja suknie ślubną mialam kupioną 1,5 roku
            wcześniejsmile))
            Wiesz,mój mąż podobnie jak Twój,nigdy nie przyszło mu do głowy,że będzie miał
            drugą żonę....i do tego taką kochaniutką i mądrąsmile))
            A jak zareagowała Twoja rodzina na to,że wzięłaś sobie rozwodnika z dzieckiem?
            Ja przeszłam krzyż pański,szcególnie ze strony mojej mamy,natomiast moje
            rodzeństwo na szczescie podeszło do sprawy normalnie.U nas był jeszcze
            dodatkowy problem: odległość 300 km.Teraz mąż mieszka u mnie,a z nami moja
            mama. Wszystko jest już ok,ale widzialam jak mama przeżywała,ze to tylko ślub
            cywilny,co ludzie powiedzą,a co ksiądz powie jak przyjdzie po kolędzie... W
            tamtym roku akurat nas nie było jak chodził ksiądz,no i jeszcze nie byliśmy
            małżeństwem,a co będzie w tym roku to nie wiem,chyba dla świętego spokoju też
            ulotnimy się z domu na czas koledy.
            Męczy mnie jeszcze jeden temat: syn mojego męża ma 6,5 latek i chciałam żeby
            kiedyś do nas przyjechał,szczególnie,że bardzo się lubimy i Mały pyta często
            kiedy go wezmę do siebie (on jeszcze właściwie nie zdaje sobie sprawy z tego,że
            jego tato mieszka ze mną i nie wie o naszym ślubie,co też mnie męczy),ale jak
            pomyślę,ze moja mama moze dostać ataku serca,to już sama nie wiem co robić.
            Wiesz,dla niej co powiedzą sąsiedzi jest ważne,a tutaj jak przyjedzie mój maż z
            dzieckiem to się wszystko wyda.Mnie tak wali co myślą sąsiedzi,nie utzymuje z
            nikim kontaktów,niektórym mówię dzień dobry i koniec.
            Zazdroszczę Wam,że mieszkacie sami (chyba?),wiec takich problemów nie macie.
            W jakim kraju mieszkacie,jeśli mozesz napisać?
            Pozdrawiam gorąco i serdecznie!!!
            • lily23 do cymbeline 15.11.04, 15:24
              hej ,hej,
              rodzina nie wie o "sytuacji meza",stwierdzilismy ,ze nie ma co ich denerwowac
              (szczegolnie mamy),a ta informacja przeciez nie jest az tak potzrzebna dla
              nich.Slub ,niestety mielismy tylko cywilny,poniewaz moj maz jest protestantem,a
              ja katoliczka,ja nie moglam miec slubu w jego kosciele(brak chrztu
              protestanckiego),on nie chcial w moim,wiec stanelo na slubie cywilnym na
              zamku,rok temu we wrzesniu,bylo swietnie,wesela nie robilismy ,tylko byl
              uroczysty obiad w jednej z restauracji w naszym miescie.Syn meza ma 7
              lat,widzialam go tylko na zdjeciu,i powiem ci ,ze jakos mi sie nie spieszy do
              ogladania go "na zywo",a jak sobie pomysle ,ze jestem macocha dziecka
              jakiejs"baby" to mnie ciarki przechodza po plecach-troche to dziecinne ,no ale
              co poradze na to.Maz nie widuje dziecka z dwoch powodow,pierwszy to taki ,ze
              jego ex strasznie utrudniala mu te widzenia.drugi to taki ,ze jak juz maz sie
              przyzwyczail do mysli ,ze dziecko moze czasem tylko ewentualnie uslyszec przez
              telefon,ona po wiadomosci ze maz sie ozenil,zmienila zdanie i stala sie bardzo
              serdeczna-tylko ze my sie przenieslismy do Anglii,wiec sama rozumiesz ,ze
              spotkania z dzieckiem to juz wogole nie wchodza w gre.Czasem mnie to dreczy,ze
              byla juz jedna w jego zyciu,bo wiem jak bardzo ja kochal,praktycznie jeszcze
              dwa tygodnie przed naszym poznaniem sie ,probowal do niej wrocic,wiec musialam
              zrobic na nim ogromne wrazenie,ze po tylu latach ,praktycznie kilka dni
              sprawily ,ze sie "odkochal".zdaje sobie sprawe,ze czasem po kryjomu wraca do
              nich myslami-wtedy jestem zazdrosna,no ale coz.z drugiej strony ,wiem ze jego
              uczucia do mnie sa szczere.koncze,jak mi sie cos przypomni to jeszcze
              dopisze.czekam na wiesci od Ciebie.
              • cymbeline Re: do lily 15.11.04, 16:44
                u mnie nie było mozliwości ukrycia przeszłości męża właśnie dlatego,ze mieliśmy
                ślub kościelny,potem mieliśmy wesele wiec robienie tajemnicy z przeszłości meża
                nie miało sensu,bo połowa gości to była jego rodzina,wiec i tak pewnie wszystko
                by się wydało.Zreszta ja nie chciałam niczego ukrywać,zresztą nie umiem kłamac,
                za raz po mnie widacsmile))
                ja syna mojego meża poznałam na drugiej randce,a wcześniej widziałam zdjęcie.
                Ja ogólnie kocham dzieci i pewnie dlatego chciałam poznać Małego (miał 3 latka
                wtedy),zresztą cudny z niego chłopiec i szczerze go uwielbiam. Zresztą mój mąż
                miał zawsze bardzo dobry kontakt z synem,dużo się nim zajmował i jak zobaczyłam
                na żywo jak oni są ze sobą zżyci to nie miałabym serca tego niszczyć.Była nie
                robiła problemu z tego,ze czesto spedzamy czas w trójke,tylko przez pierwszy
                okre,głównie do czasu rozwodu,robiła różne jaja mojemu meżowi,przeszkody w
                spotykaniu sie itp...teraz jej przeszło,muszę przyznać,ze na razie zachowuje
                sie ok.Na początku musiał jej dawać dokładny adres z telefonem,jak gdzieś
                wyjeżdzaliśmy na wakacje,teraz juz nie świruje,pewnie widzi,ze Małego nikt nie
                chce uprowadzić,a w dodatku Mały wraca zawsze zadowolony z wyjazdów i zawsze
                pyta kiedy nastepny wypad razemsmile))
                Skłamałabym,gdybym powiedziała,ze tak od razu zaakceptowałam sytuacje,nie,tak
                nie było,miałam odczucia i myśli takie same jak Ty.W dodatku nie mogłam sobie
                tego wszystkiego w głowie poukladac,przeszkadzało mi,ze istnieje ktoś taki jak
                Ex mojego meża i matka jego dziecka,ale nie mam wyboru,matki nie ukatrupięsmile))
                a w chłopcu jestem zakochana,i nawet jak miałam zcasem mysli typu: super by
                było, gdyby tego dziecka nie było....to jak tylko go widziałam i ten jego
                łobuzerski usmiech...to od razu wszystkie brzydkie myśli odchodziły. Natomiast
                męczyło mnie,jak czasem na urlopie,będac np.na obiedzie z Małym jakaś pani przy
                stoliku obok do swojego dziecka:popatrz tam siedzi chłopiec ze swoją mamusią i
                tak ładnie je,a Ty nie jesz? A Młody na to pokazujac na mnie: to nie jest moja
                mama,moja mama jest teraz w Warszawie w pracysad(
                No,ale chyba będe sie musiała do tego przyzwyczaićsmile))
                U Ciebie choćby z powodu odległości,praktycznie nie odczujesz,ze jesteś drugą
                zona a Twój maż jest z przeszłością.W dodatku zaraz urodzi Wam sie córeczka
                wiec będziecie pełną rodzinąsmile
                Wyglada na to,że na kawke na mieście sie nie umówimy jak na razie,a jak
                córeczkę nazwiecie,masz już jakieś wybrane imię,jestem ciekawa?
                my też planujemy dziewczynkę (maż ma już chłopca,ja zawsze chciałam dwójkę,ale
                na razie "wynegocjowałam" zgode na jedno dziecko) Ale mam nadzieję,że jak tylko
                bedę umiała poradzić sobie z jednym i uznam,ze z dwójką też sobie dam radę, to
                mąż się zgodzi.
                Pozdrawiam gorąco.
                • lily23 do cymbeline 15.11.04, 19:33
                  hej,fajnie tak z toba pisac o tych sprawach,bo moje kolezanki z Polski to
                  raczej sa na etapie odrabiania zadan na uczelni.Chociaz dodam ,ze ja tez pilnie
                  wysylam wypracowania mailem do moich profow.Tak na marginesie to ex meza tez
                  mieszka w Warszawie.A z ta kawa to mozee da sie cos wykombinowac ,bo pod koniec
                  maja musze byc w Polsce na egzaminach,wiec jest szansa.Wogole to nie wiem jak
                  ja spakuje dwu miesiecznego malucha do samolotu i przylece do Polski.Moja mama
                  to juz nawet wymyslila,zebym z dzieckiem przyleciala wczesniej,a po egzaminach
                  zeby przylecial po nas maz,smileale ja bede tesknic za nim ,jak ja przezyje bez
                  niego dwa miesiacesad.
                  a co do plci,to bylo tak,ze oboje chcielismy chlopca,ale tydzien temu na usg
                  nam powiedzieli ,ze na 80% to bedzie dziewczynka,no chyba ze ukryla
                  siusiaka,.no i caly dzien chodzilam zla,ze dziewuszka a nie chlopak,a teraz to
                  juz sie przyzwyczailismy do tej mysli,i juz nam to nie przeszkadza.Planujemy
                  tez drugie dziecko ,najlepiej oczywiscie w tej sytuacji by bylo gdyby byl
                  chlopak,ale drugie to dopiero za 2-3 lata,bo musze skonczyc studia,odchowac
                  mala,i pomyslec o jakiejs pracy,zeby meza odciazyc troche.Ogolnie to przed
                  slubem ustalilismy ze pierwsze dziecko sie pojawi ,jak skoncze studia.ale jakos
                  pare tygodni po slubie cos mi tak odbilo,ze dziecko to byla moja obsesja ,az
                  moj biedny maz mial dosc mojej gadaniny i zaczelismy starania.hehehe.no i teraz
                  piszac do Ciebie ,czuje jak mnie pewne male nuzie wala z calej sily po
                  brzuchu.A mala bedzie miala na imie Laura.
                  pozdrawiam
                  ps.nasz znajomy bedzie sie chyba we wakacje rozwodzilsad,a ja glupia na
                  pocieszenie raz do niego palnelam"nie martw sie,drugie zony sa zawsze
                  fajniejsze"
                  • cymbeline Re: do cymbeline 16.11.04, 15:25
                    Witaj lily,
                    mnie tez sie super pisze z Toba,tylko zastanawiam się,czy nie lepiej żebyśmy
                    pisały do siebie nie na forum (za dużo osobistych rzeczy do wiadomości całego
                    swiata) tylko na adres mailowy?
                    co do spotkania,jestem za!!! Chetnie poznam Ciebie i Twoją kruszynkesmile)
                    Ja nie mieszkam w Wawie,to znaczy czasem mieszkam w Wawie,ale generalnie w
                    innym mieście.Ale myśle,że jeżeli bedziesz wiedziała wcześniej kiedy będziesz w
                    Polsce to na pewno postaram sie wtedy być i skoczymy na kawke poplotkowac na
                    żywo.Ja też studiuję jeszcze,ale na szczeęecie już kończę,robię ostatni semestr
                    magisterki i jak dobrze pójdzie to w marcu będe miała mgr'a. Robię te studia
                    własciwie ostatkiem sił,marzą mi sie już innego rodzaju problemy...

                    A co do drugich żon,to powiedziałaś koledze samą prawdę,no,chćby Ty i ja
                    jesteśmy tego przykłademsmile))
                    Ale domyslam się,że go to nie pocieszyło.Na pewno wszystko jakoś mu sie ułoży,
                    czas leczy rany i rozwiazuje najbardziej zamotane problemy.

                    Napisz jak Twoja dzidzia,ja już nie mogę sie doczekać ciaży,kopania dziecka i
                    wszystkich innych przyjemności z tym zwiazanych.

                    Ładne imię dla dziewczynki wybraliście. Ja myślałam o Anastazji,Oliwii i Sarze,
                    ale czas pokarze co będzie.

                    Pozdrawiam gorąco.
                    • lily23 do cymbeline 16.11.04, 21:47
                      moj adres :
                      lily23@gazeta.pl
                      co do Wawy,to chodzilo mi o to ,ze ex mojego meza ,podobnie jak Twojego,tam
                      mieszka.Ja bron boze jestem z innego miasta,na szczescie.
                      pozdrawiam
    • jarkoni Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 13.11.04, 02:32
      Lejesz miód na moje serce..Cóż jeszcze mógłbym powiedzieć...Oby tak
      było...Pozdrawiam nawet nie wiesz jak bardzo...(przestaję czuć się facetem
      drugiej kategorii)
      • cymbeline Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 13.11.04, 12:52
        Cieszę się Jarkoni,że moje słowa sprawiają,że Ci lepiej.
        Na pocieszenie powiem Ci,że ja mam podobnie,tzn.mam na mysli tą kategorie, u
        mnie objawia się tym,że jestem DRUGĄ żoną,a wolałabym pierwszą,no,ale nie mam
        na to wpływusmile))
        Pozdrawiam cieplutko!!!
      • domali Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 14.11.04, 14:34
        jarkoni napisał:

        > przestaję czuć się facetem drugiej kategorii

        A dlaczego kiedykolwiek tak sie czulesz? Moj maz to tez rozwodnik, z
        dziewiecioletnim synem. My mamy wspolnego trzylatka.
        Dla mnie fakt, ze moj maz mial takie a nie inne doswiadczenia byl cenny o tyle,
        ze wiedzial on juz, czego unikac, a czego szukac w nowym zwiazku. I dzieki temu
        mysle, ze tym razem swiadomie podjal decyzje o slubie, zwiazaniu sie z kims.
        Nigdy nie myslalam o nim jako o kims gorszym tylko dlatego, ze nie jest
        kawalerem. Jesli sie kogos kocha, to takie sprawy nie maja kompletnie znaczenia.
    • zosienka23 byl slub koscielny czy nie? 17.11.04, 13:13
      cymbeline napisała:
      "...mam też kompleks z powodu braku ślubu kościelnego,czego
      akurat mój maż nie rozumie,bo,jak sam mówi,przecież mnie kocha i jaka to
      różnica po jakim ślubie jesteśmy..."
      "...u mnie nie było mozliwości ukrycia przeszłości męża właśnie dlatego,ze
      mieliśmy
      ślub kościelny,potem mieliśmy wesele wiec robienie tajemnicy z przeszłości meża
      nie miało sensu..."

      no to byl slub koscielny czy nie? nie chodzi mi o to, by Cie na czyms złapać
      Cymbeline, ale ciekawi mnie to bardzo..
      • acura80 Re: byl slub koscielny czy nie? 17.11.04, 18:44
        zosienka23 napisała:

        > cymbeline napisała:
        nie było mozliwości ukrycia przeszłości męża właśnie dlatego,ze
        > mieliśmy
        > ślub kościelny,potem mieliśmy wesele wiec robienie tajemnicy z przeszłości
        meża
        >
        > nie miało sensu..."
        >
        > no to byl slub koscielny czy nie? nie chodzi mi o to, by Cie na czyms złapać
        > Cymbeline, ale ciekawi mnie to bardzo..

        Podejrzewam że cymbeline się pomyliło i zamierzała napisać że mieli ślub
        cywilny a nie kościelny. W tym przypadku to zdanie ma sens. Bo gdy ktoś nie
        bierze kościelnego a sam cywilny to wtedy właśnie wszyscy się zastanawiają
        dlaczego... Pzdr. A.
      • cymbeline Re: byl slub koscielny czy nie? 17.11.04, 19:58
        Witaj Zosieńko,
        pomyrdało mi sie,bo pisałam szybko.Oczywiscie miałam na mysli,że mój mąż miał
        slub kościelny z pierwszą zoną wiec ze mną mógł wziąć tylko cywilny.
        pozdrawiam serdecznie
        • lily23 :-) 17.11.04, 20:00
          a ja mam dzis zly dzien,i mi smutno ,bo mezowi obiad nie smakowal,i mu
          nakrzyczalam ze od dzis mu nic nie ugotuje.
          • cymbeline Re: :-) 17.11.04, 20:07
            witaj lily,
            nie przejmuj się,ja miałam złą noc,bo "pokłóciłam" sie z meżem esemesowo smile))
            (bedzie w domu dopiero w piątek i gadamy przez sms;y...)
            Nie przejmuj się,że mu obiad ugotuje,powiedz mu,żeby on ugotował i pokazał tym
            samym jak się gotuje pyszne obiadki,a jak jemu będzie lepiej wychodziło,to
            niech przejmie pałeczkesmile))
            • cymbeline Re: :-) 17.11.04, 20:08
              Na pocieszenie Ci powiem,ze mnie też nie wszystko w kuchni wychodzi,szczególnie
              jak chce zabłysnac i wtedy gotuję jakieś eksperymenty
          • cymbeline Re: :-) 17.11.04, 20:12
            Powiedz mu,ze w ramach rekompensaty proponujesz,ze zrobisz mu masaz erotyczny,
            na pewno humor Tobie i jemu sie poprawismile)
            A ja wpadłam na forum tylko na chwilkę,siedzę w pracy,a własciwie już sie
            zbieram,bo mam autobus za 10 minut i musze na niego zdażyć,bo inaczej do nocy
            stad nie wyjde.
            Pozdrawiam goraco lily,trzymaj sie cieplutko i nie daj sie złym humorkom!!!
            Papapa,do usłyszonka
            • lily23 hej,hej 17.11.04, 20:18
              dzwonil przed chwila z pracy "tak bez powodu,i jeszcze ma zadzwonic".A ja
              slecze przed kompem rozmawiam z mama przez neta i pisze wypracowanie,i jakos mi
              dziwnie,na nic nie mam ochoty.pewnie do jutra mi przejdzie.
              pozdrawiam
          • jarkoni Re: :wredne męskie :-) 19.11.04, 20:42
            lily23 opowiem paskudny dowcip, ale co mi zostało : zjazd feministek,
            przewodnicząca krzyczy: od dziś nie będziemy im prać i gotować...Cała sala
            entuzjazm..Po roku wymiana doswiadczen,Angielka: John już ci nie będę gotowała
            ani prała..Pierwszego dnia nic nie widzę, drugiego też nic nie widze,
            trzeciego: ooo John gotuje sobie jajko...Oklaski na sali..Teraz Francuzka:
            wróciłam do domu i mówię: Pierre od dziś nie gotuję i nie piorę..Pierwszego
            dnia nic nie widzę, drugiego też, na trzeci dzień widzę jak Pierre sam pierze
            sobie majtki, kobiety to działa!!!Entuzjazm na sali...Wchodzi Rosjanka: Iwan od
            dziś nie piorę i nie gotuję...Pierwszy dzień nic nie widzę, drugiego nic nie
            widzę, trzeciego też nic nie widzę..czwartego dnia zaczynam widzieć na prawe
            oko......Hmmmmm, mówiłem ze wredne, pozdrawiam ( czy jakakolwiek kobieta się
            smiała?)
            • lily23 Re: :wredne męskie :-) 20.11.04, 18:39
              ja sie smialam,z tym obiadem dlatego sie wkurzylam,ze ja dopiero od niedawna
              ucze sie gotowac(2 miesiace),bo wczesniej maz jadal tylko i wylacznie w
              pracy ,bo ja bylam calymi dniami na uczelni.Teraz gdy zmienilam tok studiow ze
              wzgledu na ciaze i wyjazd,jestem caly dzien w domu,wiec on je ze mna.I
              poprostu ,to gotowanie raz mi wychodzi ,a raz nie,i mi bylo przykro ,ze nie
              chcial jesc,zwlaszcza ,ze jak nie ugotuje nic -to awantura ,ze nie ma obiadu,a
              jak zrobie obiad-to awantura ,ze on nie glodny.Ale ostatnio nie narzeka ,wiec
              chyba robie postepy.
              pzdrawiam jarkoni
    • jacksparrow25 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 16:19
      Dziękuję Wam drodzy za ten topik i całe forum - cóż staję się właśnie 25-letnim
      rozwodnikiem, na szczęście bezdzietnym, ale i tak z potężnymi obawami o
      przyszłość, bardzo nadwątlonym poczuciem własnej wartości i minimalną nadzieją
      na spotkanie jeszcze miłości swego życia.
      W odejściu mojej żony do innego faceta i wcześniejszej zdradzie z jeszcze innym
      miałem oczywiście swój udział - kilku miesięczny brak czułości i
      zainteresowania z mojej strony wyłącznie tzw. życiem zawodowym, taym się
      właśnie skończył. Moje próby wybaczania skończyły się tylko większym załamaniem
      sad
      Miło było czytać pozytywne opinie o mężach rozwodnikach - cóż i ja sam już
      przemyślałem swe błędy na wszystkie strony i póki co jedynie w sferze
      teoretycznej obiecałem sobie, że już ich nigdy więcej nie popełnię. Tylko że to
      wszystko właśnie tylko teoria, a w mojej głowie masa obaw o reakcję kobiety na
      tak młodego rozwodnika, nie wspominając już o jej rodzinie itd.
      To wszystko póki co obawy na wyrost, bo ciągle jeszcze kontempluję pustkę
      czterech ścian i nie mam odwagi spojrzeć w wiadomy sposób na inną kobietę.
      Ech przerasta mnie to wszystko ... jeszcze na dobre nie stanąłem mocno na
      własnych nogach, a już zostały podcięte i to w tej najważniejszej sferze - brak
      radości, optymizmu, odwagi mierzenia się z życiem każdego dnia, poczucia sensu
      tego co robię...(mógłbym tak jeszcze wymieniać).
      Rady i pocieszenia rodziny i znajomych, że przecież jestem młody, wszystko
      jeszcze przede mną, że ona była, jaka była itd. wywierają raczej odwrotny od
      zamierzonego skutek.
      I tak to się toczy...mija dzień za dniem, a ja nie wiem jak zrobić ten pierwszy
      krok.
      Trzeba czasu ... ? - mija i nic, a to przecież moja młodość...
      • kruszynka301 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 17:20
        Jackusparrow (lubisz piratów?wink - większość osób na tym forum przeszła lub przechodzi przez to samo, i uwierz mi, to samo odczuwałam, miałam te same obawy. Sama zostałam rozwódką z paru miesięczną córą w wieku 26 lat, więc byłam jeszcze starsza od Ciebiewink).
        Z tego, co zaobserwowałam, każdy rozwodnik (po zdradzie partnera) przeżywa kolejno pewne etapy. Najpierw rozgoryczenie, wstyd, później analiza związku, potem zamknięcie się w sobie, wyciszenie. Po tym etapie zwykle następuje chęć poznania nowych ludzi, pierwsze rozmowy (na razie towarzyskie, bo przecież dalej odrzucamy chęć poznania nowego partnera)..... Dopiero potem nadchodzi moment, że czujesz, że uwolniłeś się od poprzedniego związku, zaczynasz myśleć, że jesteś gotowy do ponownego związku.
        Jest to proces powolny, i od konkretnej osoby, od jej nastawienia i determinacji zależy, ile będzie trwał. Ja np zamieszkałam z obecnym mężem po roku od rozwodu (inna sprawa, że znaliśmy się tydzień, podejmując decyzję o wspólnym mieszkaniu).

        "Trzeba czasu ... ? - mija i nic, a to przecież moja młodość.."
        Teraz jestem po 30-stce, a czuję się psychicznie o wiele młodsza, niż byłam po rozwodzie (o jakieś 10 lat) - więc nie martw się, jak znajdziesz swoją druga połówkę, utracona młodość Cię dogoniwink.
        • jacksparrow25 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 17:35
          Dziękuję Kruszynko za Twe słowa - pewnie masz rację co do tych etapów. Od czasu
          gdy zostałem sam minęło ponad 4 mies. i chyba jestem w fazie (jak to ujęłaś)
          wyciszenia i zamknięcia się w sobie. A przecież duszę i serce mam na ramieniu,
          tak bardzo brakuje mi bliskości kobiety, tak bardzo chciałbym sobie samemu
          udowodnić..., tak bardzo chciałbym się cieszyć ze świadomości, że to ja
          wywołałem uśmiech na jej twarzy... - a jednocześnie wydaje mi się to wszystko
          tak odległe. sad

          ps - tak kruszynko lubię literaturę marynistyczną, a i filmów nie unikam smile -
          nick jak nick, kiedyś byłem takim dobrym życiowym piratem, nie zrażały mnie
          żadne trudności, a teraz...
          Teraz nawet sam na siebie się złoszczę, że spędzam czas w sieci, a życie realne
          ucieka.
          • kruszynka301 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 18:19
            " Teraz nawet sam na siebie się złoszczę, że spędzam czas w sieci, a życie realne ucieka."

            Jeśli chodzi o życie realne, to tam po rozwodzie byłam otoczona beztroskimi studentami, szczęśliwymi parami małżeńskimi, czyli mnóstwem życzliwych mi osób, które jednak nie potrafiły mi pomóc, bo nie wiedziały, co przeżywam - zresztą tak właśnie jest u Ciebie. Dopiero w sieci, na czacie, poznałam innych rozwodników, osoby w podobnej do mojej sytuacji, z którymi uwielbiałam dyskutować godzinami, zarówno na czacie, jak i w realu przy piwie - do czasu oczywiście, gdy jeden z nich niespodziewanie stał się moim mężem, teraz on ma wyłącznośc na dyskusje. Zostało mi jeszcze forumwink.

            Nie miej wyrzutów sumienia, bo wiedza, że inni przeżywają podobnie, przekonanie, że po rozwodzie można być szczęśliwym, można zacząć wszystko od nowa, być jeszcze szczęśliwszym niż w poprzednim związku - ta wiedza jest bezcenna dla psychiki. W realu raczej nie otwiera się przed nowo spotkanymi osobami, a już znalezienie osoby po podobnych przejściach graniczy z cudem (nikt przecież się z tym nie obnosi).

            Jeśli chodzi o uciekający czas - ja po rozwodzie (w wieku 26 lat), dałam sobie czas do 30-stki - w tym czasie obiecałam sobie, że nic nie muszę (w znaczeniu nie muszę na siłę znajdować partnera czy ojca dla mojej córy), to jest czas wyłącznie dla mnie, dla moich przyjemności, mojego dobrego samopoczucie, że przez te 4 lata będę robić, to co lubię (w moim przypadku rower, basen, puszcza, wyrzucenie 10-cm szpilekwink. Ta obietnica, złożona sobie samej, bardzo mi pomogła - ulżyło mi, ze zgorzkniałej, smutnej osoby (zdjęcia mi pozostały) stałam się uśmiechniętą osobą kochającą życie, i cieszącą się każdą chwilą, czego i Tobie życzę jak najszybciejwink.
            • jacksparrow25 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 18:29
              Tym razem Kruszynko to już wielkie podziękowania smile - pomyślę nad tymi
              przyjemnościami dla samego siebie...
              Czytałem już o tym w różnych zakamarkach sieci, ale nikt nie zabrzmiał jeszcze
              w mojej głowie tak przekonywująco jak Ty.
              Pozdrawiam
              • jacksparrow25 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 18:34
                ps - ah i jeszcze słówko w sprawie czatów - tzn. jakieś chyba kiepskie znam sad
                • kruszynka301 Re: żona rozwodnika:)))...chyba optymistyczne... 22.11.04, 19:15
                  No cóż, na czaty wchodziłam 4 lata temu - wtedy internet należał jeszcze do drogich rozrywek, a i tak wcześniej niż o 23.00 nie było sensu wchodzićwink. Nie mam pojęcia, jak to teraz wygląda.
                  Tyle na dzisiaj, zaraz biegnę na aerobik, a i mąż wraca z pracy i zajmuje komputer - nie ma to jak gry wojenne w sieci, gorzej niż dzieckowink)).
                  pozdrawiam Cię bardzo serdecznie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka