Dodaj do ulubionych

Rocznice...

04.01.05, 13:00
Jak sobie z nimi radzicie? Ja jakoś przeżyłam pierwsze święta, Sylwestra,
itp. Jutro mam rocznicę ślubu i cholera mój były dostanie ode mnie prezent,
bo został zamówiony dawno, dawno temu... Ja już dziś mam zważony humor...
a.
Obserwuj wątek
    • kruszynka301 Re: Rocznice... 04.01.05, 13:38
      Nie pamiętam o rocznicach. Zapytana podczas rozwodu, nie pamiętałam nawet daty ślubu..... Życie w ciągłym biegu, szybko, wśród przyjaciół, pozwala szybko o wszystkim zapomnieć, przekreślić grubą kreską, i nie wracać do tego, co było.
    • marta.sama Re: Rocznice... 05.01.05, 00:14
      Mój "prawie były" wyprowadził się 24 października, a 14 listopada była nasza 12
      rocznica ślubu i moje urodziny, ta "12" trochę przekłamana bo nasz najstarszy
      syn skończył 14 lat. Nie odezwał się ani słowem (oczywiście były a nie syn - bo
      od synka dostałam różyczkę). Prawdę mówiąc 13-tego balowałam na urodzinach
      przyjaciółki i 14-tego leczyłam kaca i związaną z nim depresję. Alkohol
      kompletnie nie działa w "naszych" przypadkach, a nawet działa depresyjnie, ale
      czasem zabawa jest tak dobra w gronie przyjaciół, że warta jest nawet "objawów
      drugiego dnia" odczuwanych przeważnie (jeśli o mnie chodzi) nie fizycznie ale
      właśnie psychicznie. Ja też "zapomniałam" o jego imieninach, on nie przyszedł
      na urodziny syna. Przyszedł w końcu na urodziny najmłodszej (3 lata) i
      wytrzymał pół godziny, bardzo się spieszył, a kupił jej strasznie głośne
      pianinko, choć przez 15 lat byliśmy zgodni co do tego rodzaju prezentów, gdy
      ktoś z rodziny sprawiał "radość" naszym dzieciom. Ale cóż... ludzie się
      zmieniają, ale czemu do jasnej ch... tak nagle. To znaczy myślę, że wiem z
      czyjego powodu, ale to nie jest już istotne w tej chwili.
      Znowu zaczynam wylewać żale, ale myślę, że to dobre miejsce, są ludzie, którzy
      przeczytają, zgodzą się lub nie, ktoś odpowie, ktoś pominie... Taki dzisiaj
      mój "pamiętnikowy" dzień, ale właśnie to forum jest jednym z elementów
      mojej "prywatnej terapii".
      Przypadek każdego z nas jest inny, nikt nikomu nie da uniwersalnych rad, ale
      poprzez wymianę naszych doświadczeń każdy coś dostaje i coś zyskuje. Mnie
      czasem trzeba poczytać sobie wyznania ludzi, którzy przeszli (przechodzą)
      podobne ścieżki jak ja, a czasem - jak dziś - wylewa mi się żółć na
      klawiaturę smile i cieszę się, że mogę sobie ponarzekać, choć nie powinnam wracać
      do przeszłości, ale to wszystko jeszcze jest takie świeże, to jeszcze
      niezupełnie przeszłość, mamy prawo, a nawet powinniśmy dla własnego dobra
      wyrazić złość, gniew, co tam jeszcze czujemy...
      Ostatnio mój "prawie były" wyświadczył mi mimowolnie przysługę przychodząc
      odwiedzić dzieci ubrany w sweterek jak sądzę "jej" tylko że typowo damski z
      kapturkiem w kolorze beżowo- różowym. Miałam na końcu języka złośliwe uwagi:
      czy to jakaś kara, albo czy bieliznę też od niej pożycza, ale powstrzymałam się
      (bo dzieci !!!) ale później dowiedziałam się niechcący, że dzieci też to
      zauważyły i że ten człowiek ośmiesza się przed swoimi dziećmi i najpierw się
      śmiałam, a potem zrobiło mi się go żal, a jeszcze potem przestraszyłam się, że
      jest pod tak strasznym wpływem manipulantki (którą dobrze znam z jej
      inicjatywy), że gotów jest iść na dno, co dla mnie jest tragedią, bo nie jestem
      w stanie bez alimentów spłacić kredytu na mieszkanie i utrzymać trójki dzieci.
      No i cóż... życie toczy się dalej, 14 stycznia mam pierwszą sprawę w sądzie,
      zobaczymy co będzie. Na razie staram się żyć tym co dzieje się dziś, teraz - w
      końcu nie żyjemy w przeszłości ani nic nie zmienimy martwiąc się o przyszłość
      (nie mylić z planowaniem przyszłości) po prostu skupiam się na dziś na tym co
      dziś jest dla mnie szczęściem. Okazuje się, że co dzień mogę coś znaleźć bez
      problemu.
      Dobrze, już kończę...

      Pozdrowienia dla wszystkich, którzy doczytali moje dzisiejsze żale do końca smile
      • jarkoni Re: Rocznice... 05.01.05, 01:24
        marta.sama pozwolisz, ze bezczelnie zabiorę głos, choć niby jestem po drugiej
        stronie barykady wredny facet, co to niby chciał inną..Nie wiem kto u was był
        winny tego że już wam nie po drodze, być może wina obopólna..Wiem z autopsji
        jak to boli, wiem, że dzieci...Ale to nie jest wyjście ani nie do końca
        uczciwe, żeby naigrawać się ze sweterka byłego, płytkie to takie...Aż tak się
        zmienił?Zapomniał o dzieciach? Ooooo to wtedy winny i to bardzo..A dlaczego
        manipulantka jest nagle ważna a nie Ty?? Jak to mozliwe, że chce manipulantkę?
        Taki latawiec?Nie zależy już mu na żonie i dzieciach? Ot tak bez powodu?Ja w to
        nie wierzę....Wiem, ze kobiety mogą mnie tu pożreć żywcem, bo niby facet to ta
        szuja, że wymienia żonę na inny model, młodszy zazwyczaj..To nieprawda,
        przynajmniej w moim przypadku, chociaż to oczywiście obiegowy
        stereotyp..Zauważ, że poza oczywistą patologią typu pije,bije,nie pracuje, nie
        daje kasy,znęca się nad dziećmi...to hmmmm nie ma jednostronnej winy..Gdyby
        było dobrze to nawet nie pomyslałby o kimś innym..Chciałbym poznać Twoje
        zdanie..
        • marta.sama Re: Rocznice... 05.01.05, 14:36
          Jarku, oczywiście masz rację, że każdy widzi swoją prawdę, każda strona ma
          swoją subiektywną opinię to oczywiste, i ja i moi bliscy też oceniają to co się
          wydarzyło subiektywnie. I rozumiem, że to co napisałam brzmi jak żale
          opuszczonej żony, która jest bez winy - zwłaszcza dla Ciebie, bo patrzysz z tej
          drugiej strony. Nie twierdzę, że jestem bez winy, ale mam dużo powodów żeby tak
          czuć i myśleć. Nasze małżeństwo się nie "psuło", nie było żadnych symptomów,
          zamieszkaliśmy w końcu we własnym domu, po 10 latach tułaczki, urodziła się
          nasza najmłodsza córeczka, byliśmy przyjaciółmi, dzieci miały z tatą zawsze
          wspaniały kontakt, fajnie spędzaliśmy czas wszyscy razem. Pewnie że były
          problemy, zwyczajne codzienne: pieniądze, kredyty ... Romans zaczął się rok
          temu z takiej zwykłej ciekawości - to koleżanka z pracy. A między nami zrobiło
          się jeszcze lepiej niż było- jeszcze więcej czułości (czuł się winny i chciał
          coś wynagrodzić). A mniej więcej po 3 miesiącach ona nawiązała ze mną kontakt -
          zwierzenia, że jej się nie układa w małżeństwie i ogólnie babskie ploteczki -
          po prostu przyjaciółka. Ja też się zwierzałam opowiadałam o swoim małżeństwie i
          o nim, wiedziała że jest dobrze. Kiedyś zapytałam co u niej i usłyszałam:
          ogólnie jest dobrze ale ja chcę bajki i będę miała swoją bajkę. Wtedy nie
          wiedziałam co to oznacza. Jednocześnie często dzwoniła do mojego męża, który
          twierdził, że ona jemu też się wypłakuje i po prostu szuka przyjaciół. I w
          czerwcu nagle usłyszałam od męża, że uczucie się wypaliło i on się wyprowadza i
          nic nie ma sensu... Jak ochłonęłam z szoku zaczęły się dyskusje, pytałam,
          płakałam, wypłakiwałam się jej, mówiłam, że to chyba jakiś straszny żart, on
          twierdził, że nikogo nie ma, ale już postanowił. A dlaczego nie było żadnych
          sygnałów??? Ślepa jestem czy co? W końcu przyciśnięty do muru powiedział o kogo
          chodzi. Jak pytałam dlaczego, przecież chyba jest nam dobrze powiedział ale z
          nią lepiej, reszta nieważna. Wynajął mieszkanie miał się wyprowadzić w środę, a
          we wtorek powiedział, że jednak zostaje, wszystko przemyślał zrozumiał co jest
          najważniejsze, że otworzyły mu się oczy, że ona jest manipulantką i oszukała
          go, bo wcale nie miała zamiaru zostawić rodziny, tylko być z nim "z doskoku",
          to tylko on miał się "uwolnić". Zerwał z nią, zaczęliśmy poważnie wszystko
          wyjaśniać, naprawiać, przegadaliśmy wiele dni nocy. Stwierdziliśmy że zamienimy
          mieszkanie na większe, zrobimy coś, żeby nie utknąć w codzienności itd...
          Kryzys przyszedł gdy zorientowałam się że ona ciągle pisze do niego SMS-sy i to
          takie żebym myślała że to on jej odpowiada. A on twierdził, że jest
          niezrównoważona, ale ciągle razem pracują i nie zrobił nic żeby stanowczo to
          skończyć, a mnie było z tym coraz ciężej - zaufanie raz zdradzone trudno
          odbudować. Ona się ze mną skontaktowała zaproponowała spotkanie a ja z
          ciekawości poszłam. I zaczęło się manipulowanie od nowa. Jak powiedziałam, że
          nie chcę z nią utrzymywać kontaktów usłyszałam: no to życzę ci powodzenia bo
          będzie ci bardzo potrzebne. I tak dalej i tak dalej, aż w końcu zrozumiałam, że
          walka nie ma sensu bo romans zwyczajnie trwa dalej, a ja jestem ta zła i
          czepiam się. Zapytałam męża czego właściwie chce, powiedział: nie wiem czego
          chcę, nie wiem co to znaczy kochać, może po prostu wychowujmy dzieci razem". No
          to kazałam mu się wyprowadzić, wystąpiłam o separację i alimenty. Koniec
          historii.
          Jeszcze może dodam, że jego przyjaciele, ludzie którzy ją znają mają o niej
          właśnie taką opinię sprytna manipulantka, która umie zgrabnie mówić ci co masz
          myśleć i zawsze ma rację. A mój mąż wyłączył mózg i słucha nie ludzi
          obiektywnych ale tylko jej. Odwrócił się od przyjaciół, swojej matki od każdego
          kto jej nie akceptuje. Chodzi w jej ubraniach (a propos sweterka). I zaciąga
          długi, kupuje mieszkanie w okolicach jej rodziny, tam gdzie jej wygodnie, a że
          daleko od własnych dzieci i matki - nieważne.

          Uff.. ale się napisałam. Nie wiem czy coś wyjaśniłam, ale cieszę się że mogę
          usłyszeć także opinię "drugiej strony", bo ja nic dalej nie rozumiem...

          PS. dzieci i ja też należymy do tych złych, od których trzeba się odwrócić, bo
          jej nie akceptujemy. Jakaś trauma...
          • dobrydzien Re: Rocznice... 05.01.05, 14:53
            Dobrze, że nie dałaś sobą pomiatać, "wychowywać razem dzieci" super tekst.
            • viillemo Re: Rocznice... 05.01.05, 22:33
              marta, ja też nic nie rozumiem, nie rozumiem Twojego męża, ale wiem jedno, nie
              daj się więcej wciągnąć w żadne gierki, ta kobieta to strasznie podła jest, a i
              on też niezły gagateksad Ale pomyśl, dobrze że teraz wyszło szydło z worka, a
              nie za kilka lat..., całe życie przed Tobą, mozesz je ułozyć na nowo, masz
              drugą szansę od losu... Troche to przewrotne co napisałam, ale wierzę, że
              jeszcze kiedyś...
              • marta.sama Re: Rocznice... 06.01.05, 00:21
                Pewnie, że lepiej teraz niż za 10 lat, ale 15 lat poszło (przepraszam za
                wyrażenie) w p... I to nie było 15 lat sielanki, ale pracy i (myślę że
                obopólnej) chęci żeby budować związek. Zaczęło się od wpadki jak w wielu
                związkach, ale nie było żadnego przymusu - pierwsze lata to nieustanne zgrzyty
                i rozstania i powroty, uciekał nawet przed tym, żeby razem iść do USC i dać
                dziecku nazwisko. Powiedziałam wtedy: wolna droga idę sama, wpisuję "ojciec
                nieznany" i już. Wtedy to było proste. Podjął decyzję - sam, nikt go nie
                przymuszał, naprawdę. Wzięliśmy ślub, kiedy nasz syn miał 2 lata, bo
                poczuliśmy, że w końcu chociaż w odwrotnej kolejności ale jednak zbudowaliśmy
                to co ważne między nami, jesteśmy rodziną i potrzebujemy się. 4 lata później
                urodziła się córka, zaczęliśmy odkładać na w końcu nasz dom, razem
                przezwyciężaliśmy najróżniejsze problemy, ale ciągle byliśmy sobie bliscy, były
                konflikty, kłótnie, ale nigdy nie było wrogości, wszystko było do obgadania,
                choć on nie jest typem rozmownym. Gdy w końcu z pomocą rodziny ruszyło
                przedsięwzięcie pt. nasz dom jeździliśmy co weekend z dziećmi patrzeć jak
                rośnie budynek, w którym będzie "dom". To jest (k...) tyle wrażeń, które
                wracają jak żywe gdy teraz o tym piszę, że łzy płyną mi ciurkiem. Wybieranie
                kafelków, i inne pierdoły... Potem okazało się, że jestem w ciąży (jeden z tych
                ułamków procentów pewności, których nie dają metody antykoncepcyjne) i lęk jak
                sobie damy radę, mieszkanie zaplanowane na dwoje dzieci, a tu trzecie w
                dzisiejszych czasach... a jednocześnie radość - zawsze damy radę, jesteśmy
                razem, mamy siebie. Malutka urodziła się już w nowym domu, pół godziny przed
                Wigilią, którą przygotowałam resztką sił i potem spędziłam w szpitalu.
                Była "ukochanym dzieckiem" taty, choć tak naprawdę był fajnym ojcem dla
                wszystkich dzieciaków. Był... teraz czasem dzwoni, czasem spotka się z dziećmi
                u mojej teściowej, w domu był ze cztery razy od 2 miesięcy. A dzieci są w
                szoku, bo nie było objawów, że coś jest nie tak, zawsze widziały czułość,
                śmiech, lub poważne rozmowy, ale była bliskość - gdy my się przytulaliśmy
                potrafiła cała trójka przybiec i nasza czułość zamieniała się na ogólne
                tarzanie się na kanapie. Nie było żadnej wspólnej rozmowy na temat tego co
                zaszło, jedyne co potrafię im powiedzieć, to żeby pamiętały, że przestał kochać
                mnie, a nie ich, ojcem będzie do końca życia. Ale widzę, że dzwonią do niego
                coraz rzadziej, jego telefony często zbywają, i żadna w tym moja rola,
                wypłakuję się przyjaciołom, lub jak dziś na forum, na co dzień jestem super-
                mamą aktywną od 5.30 do 24. rozdzielną na 4 części (3 dzieci + czasem ja),
                która czasem płacze w kącie kanapy, albo przy komputerze.

                Dobra, znowu sobie ulżyłam...

                Jarkoni, nie odbieraj moich postów jako atak na facetów jako takich, czy opinię
                na zdradę ogólnie, ja raz byłam gotowa wybaczyć, miałam powody, o których
                właśnie tu piszę, żeby podjąć wyzwanie, ale może właśnie opinie kogoś z drugiej
                strony barykady pozwolą mi uwolnić się od poczucia, że najlepiej już nigdy
                nikomu nie zaufać, być zimną i cyniczną, bo zaufać komuś to znaczy pozwolić się
                ranić i jeszcze się z tego cieszyć... Ja jakoś sobie radzę, walczę o dobro
                dzieci, a manipulantka obchodzi mnie o tyle, że mój mąż zostawił mi długi,
                którymi było obciążone mieszkanie (ciągle nie nasze), sam ma długi, które
                pozaciągał bez mojej wiedzy, i dalej brnie w to bagno w imię "optymizmu", który
                jest zwyczajnym brakiem wyobraźni. I to wywołuje we mnie panikę, że on straci
                wszystko co ma żeby spełnić jej oczekiwania, a ja bez alimentów nie będę w
                stanie spłacić kredytu na mieszkanie i wyląduję z dziećmi pod mostem.
                A "sweterek", który jak odniosłam wrażenie Cię zbulwersował jest kwintesencją
                jego zniewolenia, bo wyobraź sobie faceta o zdecydowanie męskiej budowie ciała,
                któremu nigdy nikt nie narzucał sposobu ubierania nagle wyskakującego w damskim
                sweterku z kapturkiem. I naprawdę nie powiedziałam na ten temat ani słowa,
                zdziwienie wyszło od średniej córki. Ale faktem jest że stracił dużo w moich
                oczach, jeżeli było jeszcze coś do stracenia.
                Ludzie, tak nie kończy się związek, coś jest nie tak...
                • viillemo Re: Rocznice... 07.01.05, 21:37
                  marta...nie wiem co powiedzieć, dodam do moich wcześniejszych postów do Ciebie
                  tylko to:...SUPERMENKA...
                • jagula5 Re: Rocznice... 26.01.05, 16:25
                  No właśnie przeszłam coś podobnego.... tak całkiem niedawno...
                  Różnica tylko taka, że ja mam jedno dziecko i krótszy staż małżeński. Cała
                  reszta dokładnie jotę w jotę to samo. Czy to nie zadziwiające i zarazem
                  przerażające jak historie sie powtarzają??

                  Najbardziej boli to, że odwrócił się od dziecka. Ja nigdy nie będę tego w
                  stanie zrozumieć ani nawet zaakceptować, przyjąć do wiadomości. JAK TAK MOŻNA?
                  Ja choćby niewiem co i niewiem kto w moim życiu się pojawił, nawet ten wyśniony
                  książe z bajki NIGDY nie zostawiłabym dziecka i nie.zerweła z nim kontaktu!!
                  Jakim cudem ludzie przechodzą tak potężne reformy, że z kochających czułych i
                  zakochanych w swoich dzieciach ojców stają się zobojętniałymi i zimnymi
                  draniami?
                  Nigdy w życiu nie broniłam mu kontaktu z synem (nie zgodziłam się jedynie na
                  weekendy u niej, bo mi dziecko opowiadało jak nim pomiatała, a nawet podnosiła
                  na niego rękę-nie bedzie mi jakaś szmata na moje dziecko krzyczeć ani tym
                  bardziej bić!), ale za to zawsze byłam chętna na wizytu u nas, nawet
                  częstowałam obiadem, ciastem aby atmosfera dla dziecka była jak najbardziej
                  przyjazna i normalna. Niestety, ona tak go zmanipulowała, że nawet do dziecka
                  nie dzwoni. W ciągu 3 mc był u syna 3 razy, z czego 2 na moją prośbę, a
                  niemlaże wymuszenie, bo były mikołajki....
                  • marta.sama Re: Rocznice... 26.01.05, 22:50
                    Mój mąż spotyka się z dziećmi (zwykle tylko z młodszą dwójką, bo 14-letni syn
                    ma często dużo innych zajęć) u mojej teściowej. I to jest tak, że to ona
                    organizuje te spotkania, ściąga go do siebie, gdy dziewczynki mają u niej być.
                    Żal mi jej trochę, bo kocha wnuki, kocha syna, który ją też zaliczył do
                    kategorii "gorszych" bo nie akceptuje JEJ i strasznie się miota. Chciałaby
                    dobrze, pomaga mi, ale jednocześnie zawsze wiedziałam, że niestety to ona miała
                    duży udział w ukształtowaniu swojego syna jedynaka wychowywanego samotnie.
                    Czasem myślę, że on jednocześnie chciał uciec od nadopiekuńczej matki, a z
                    drugiej strony szukał we mnie matki, która powie co robić, ja taka nie jestem,
                    stawiałam zawsze na partnerstwo i po prostu przerosła go odpowiedzialność za
                    rodzinę, nie sprawdził się jako ojciec, głowa rodziny i po prostu uciekł tam,
                    gdzie nie trzeba mieć swojego zdania, gdzie mówią co robić i co myśleć.
                    Po pierwszej sprawie w sądzie, w rozmowie na temat świadka, który zezna "na
                    okoliczność dzieci" - jak zapewniła sędzina - mieliśmy burzliwą wymianę zdań.
                    Teściowa nie zgodziła się iść do sądu, bo "kosztowałoby ją to za dużo nerwów",
                    więc zaproponowałam mojego brata, bo "częściej widuje dzieci niż ich ojciec"
                    (nie da się uciec od sarkazmu). Usłyszałam: nie mogę widywać dzieci tak często
                    jakbym chciał, bo nie mam takich możliwości - do was nie przyjdę bo nie chcę
                    ciebie oglądać. Nie dodał że do siebie też ich zaprosić nie może... Ale jak
                    kiedyś musiałam zostać dłużej w pracy i prosiłam teściową o odebranie malutkiej
                    ze żłobka i poczekanie na mnie (mieszka niedaleko) znowu zorganizowała po
                    swojemu, dowiedziałam się po fakcie: tatuś odbiera Małą przyjeżdża do dzieci.
                    Dzwonię z pracy z pytaniem do której może posiedzieć, odpowiedź a o której
                    wraca Kuba (najstarszy syn). Miałam potrzebę być w pracy do ok 21, ale o 19
                    zadzwoniłam do syna, który potwierdził, że właśnie tatuś wyszedł, minął się z
                    nim w drzwiach. Więc rzuciłam pracę i pędem do domu. A przecież (kurde) nie
                    musiał mnie oglądać! Oczywiście żadnej pomocy w lekcjach nic z tych rzeczy,
                    tatuś = gość.
                    Już powoli wielkim nakładem sił "oswoiłam codzienność", ale dziś rano
                    wysiadając z autobusu rano ze śpiącym dzieckiem na rękach minęłam tatusia
                    (mieszka 200 metrów od żłobka) i znowu to wszystko wraca... nie wiem czy nas
                    zauważył, pewnie tak, ale w takiej sytuacji lepiej się minąć niż zaczepiać
                    własne dziecko na 3 minuty, jak to kiedyś już zrobił... po dwóch tygodniach
                    niewidzenia nagle na przystanku objawia się tatuś (zawczasu spławiając do domu
                    JĄ), a ja widząc nadjeżdżający autobus zabieram z rąk tatusia (który ciągle
                    jest w pracy) płaczące dziecko i jadę do domu. To nic, że 3-letnie dziecko
                    siedzi godzinę po zamknięciu żłobka ze sprzątaczką, fajnie się przywitać...
                    Ale to ja spędzam wieczory i noce z trójką nic nie rozumiejących dzieci,
                    rozmawiam, ocieram łzy, odrabiam lekcje, piorę, prasuję, gotuję, odpowiadam na
                    każde pytanie, albo po prostu jestem, żeby mogły je zadać. I to JA mam siłę,
                    żeby dalej żyć, ja mam cel, a jego mi żal, bo jego domek z kart kiedyśtam się
                    zawali i nie zostanie mu nic, pali za sobą wszystkie mosty...
                    PS. znajomi niedawno rozstali się po kilku latach bycia ze sobą, nie mieli
                    dzieci, ale mieli psa. I jak słyszę od jednego z nich jak mówi do telefonu:
                    cześć, co słychać, jak sobie radzisz, jak będziesz potrzebował, to wezmę psa do
                    siebie to chce mi się wyć - on chyba nie ma jaj, żeby zachowywać się tak jak
                    się zachowuje ...
                    • jagula5 Re: Rocznice... 27.01.05, 08:25
                      Jezu, przerażające to co piszesz sad( Chyba bym w to nie uwierzyła, gdyby nie
                      to, ze sama przez to przechodzę!
                      Moje dziecko też ostatnie wychodzi z przedszkola. Tatuś ostatnio zrobił mi
                      dziką awanturę o to: DLACZEGO MAŁY ZOSTAJE W PRZEDSZKOLU DO SAMIUTKIEGO KOŃCA A
                      CZASEM NAWET BYWAŁAM PO NIEGO 10 MINUT PO ZAMKNIĘCIU??!! Tym argumentem też
                      chciał się posługiwać w sądzie....
                      To więcej niż bezczelność!! Nie dość, że nas okradł, zostawił z gigantycznymi
                      długami, nie płaci alimentów to jeszcze ma pretensje, że ja pracuję do tak
                      późna i odbieram dziecko jako ostatnie!!! Ludzie kochani, ręcę opadają...
        • ziuzia4 Re: Rocznice... 05.01.05, 15:09
          jarkoni napisał:

          > marta.sama pozwolisz, ze bezczelnie zabiorę głos, choć niby jestem po drugiej
          > stronie barykady wredny facet, co to niby chciał inną..Nie wiem kto u was był
          > winny tego że już wam nie po drodze, być może wina obopólna..Wiem z autopsji
          > jak to boli, wiem, że dzieci...Ale to nie jest wyjście ani nie do końca
          > uczciwe, żeby naigrawać się ze sweterka byłego, płytkie to takie...Aż tak się
          > zmienił?Zapomniał o dzieciach? Ooooo to wtedy winny i to bardzo..A dlaczego
          > manipulantka jest nagle ważna a nie Ty?? Jak to mozliwe, że chce
          manipulantkę?
          > Taki latawiec?Nie zależy już mu na żonie i dzieciach? Ot tak bez powodu?Ja w
          to
          >
          > nie wierzę....Wiem, ze kobiety mogą mnie tu pożreć żywcem, bo niby facet to
          ta
          > szuja, że wymienia żonę na inny model, młodszy zazwyczaj..To nieprawda,
          > przynajmniej w moim przypadku, chociaż to oczywiście obiegowy
          > stereotyp..Zauważ, że poza oczywistą patologią typu pije,bije,nie pracuje,
          nie
          > daje kasy,znęca się nad dziećmi...to hmmmm nie ma jednostronnej winy..Gdyby
          > było dobrze to nawet nie pomyslałby o kimś innym..Chciałbym poznać Twoje
          > zdanie..


          facet obudź sie!!
          WASZA wina że spieprzyliiście swoje małżeństwo.
          ale gdzie byleś, co zrobiłes gdy sie ono psuło?? olałeś to małżeństwo i chęc
          starania się by go naprawić.

          i TWOJA WYŁĄCZna wina że ZDRADZIŁEŚ!!!! a zdrada to ohydne ku..... estwo i nic
          więcej!

          własnie rozwodzi się moja znajoma. różnie było w jej małżeństwie, nieraz bardzo
          źle -ale przetrwali to. od kilku lat zaczęło się układać, polepszyło się
          finansowo, dzieci podrosły, jeszcze niedawno mi opowiadała jak im teraz dobrze
          w małżeństwie, że ciągle mimo upływu lat mają o czym rozmawiać, żartować, śmiac
          sie. dobrze się ze soba bawią, ze stali się przykładowym kochającym
          małżeństwem! co prawda on baardzo zapracowany ale czasem udaje się gdzieś razem
          wyjechać. mężowi nic do zarzucenia już nie miała a on ciągle jej mówił że jest
          jego ideałem żony.

          a nagle gruchnęło- że mężuś od kilku miesięcy ma kochankę.... z która jeździ w
          te miejsca o których żona w ich długich rozmowach mu opowiada, że chciałaby się
          wybrać (jak już mąż będzie miał czas...) bo słyszała, że tam jest ładnie...

          normalnie niedobrze się robi.

          nie usprawiedliwiaj się- jakkolwiek zła byłaby twoja żona to ty to spieprzyłeś
          w najbardziej ohydny ze sposobów

        • vereesa Re: Rocznice... 11.01.05, 14:51
          Ohoho, jarkoni co tak napadles na marte? Stuknij reka w stol...? Wybacz ale dla
          mnie facet, ktory najpierw zostawia SWOJE DZIECI a potem widzi sie z nimi kiedy
          ma ochote a nie kiedy one tego potrzebują i oczekują - to zero emocjonalne.
          Niestety wielu tatusiow jakos szybko zapomina, ze dzieci tesknia, czekaja, ze
          pragna kontaktow z obojgiem rodzicow. Alimenty nie zalatwiaja sprawy.
          Pomyslales o tym, ze marta zostala z trojka dzieci o ktore musi teraz dbac
          SAMA? Wiesz co to znaczy? Wiesz ile jest codziennie obowiazkow zwiazanych z
          dziecmi? Trojka, dwojka niewazne, wiesz? Ty tez zostawiles swoje dzieci i co?
          Ile razy w tygodniu u nich jestes? Pomagasz je wychowywac? Ciekawa jestem czy
          spedziles z nimi swieta? Z twojego postu do marty mozna wyczytac miedzy
          wierszami ze wina za rozpadad swojego zwiazku obarczasz zone bo rozumiem, ze
          gdyby bylo dobrze to nie szukalbys ty (i maz marty tez) pocieszycielki? Ciekawe
          czy zastanowiles sie glebiej nad prawdziwa przyczyna rozpadu twojego malzenstwa
          bo z tego co piszesz kolejny zwiazek tez jakos nie bardzo chce sie ukladac?
          Twoja zona z rozpaczy, ze sie nie uklada tez rzucila sie w ramiona kochanka?
          Zakochales sie jak piszesz w kilkanascie lat mlodszej kobiecie i to ma byc w
          twoim akurat przypadku WYJATKOWE i niestereotypowe? A niby dlaczego? Takich
          facetow jak ty sa tysiace - wszyscy wyjatkowi? Takie zwiazki koncza sie roznie
          ale nie ma w nich nic wyjatkowego. Sam pisales na tym forum, ze przez dwa lata
          miales z nia romans za plecami zony bo wyprowadziles sie z domu rok temu (o ile
          dobrze pamietam wczesniejsze zapisy), wybacz ale to jest klasyka gatunku,
          buszujemy w zbozu jak dlugo sie da. Pomyslales ile osob zraniles swoja pogonia
          za szczesciem? Nie nazwalabym cie "szuja" czy "wrednym facetem" co najwyzej
          niedojrzalym do malzenstwa, podobnie jak maz marty. Rzeczywiscie uwazasz, ze
          lekarstwem na kryzysy malzenskie jest szukanie kogos innego? Kto ci zalecil
          taka terapie?

          pozdrawiam i zycze rozsadniejszych terapeutow...
          • kama01 Re: Rocznice... 11.01.05, 23:26
            hihi, dziewczyny, swoimi postami płoszycie jarkoniego z jego własnego forumbig_grin
            pewnie chłopak oczekiwał utwierdzenia w jego decyzjach(?), nie krytyki...
            • vereesa Re: Rocznice... 12.01.05, 11:21
              na to wyglada...
            • jarkoni Re: Mowy nie ma.... 24.01.05, 13:18
              kama01 napisała:

              > hihi, dziewczyny, swoimi postami płoszycie jarkoniego z jego własnego forumbig_grin
              > pewnie chłopak oczekiwał utwierdzenia w jego decyzjach(?), nie krytyki...

              Nie dam się wypłoszyć smile)) A krytyka oby konstruktywna była...
    • ps13 Re: Rocznice... 27.01.05, 14:32
      hmm
      ja pamietam o wszystkich, jeszcze mi sie kojarzy, przypomina, wraca do mnie
      wyslalam mu zyczenia na urodziny, oschle ale jednak
      od niego nie spodziewam sie niczego pozytywnego
      faktycznie, takie rocznice, wspomnienia potrafia zepsuc humor
      gdyby dało sie łatwo zapomniec

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka