pamiętacie na pewno te cudowne chwile, gdy dowiadywaliście się, że za kilka
miesięcy pojawi się owoc waszej miłości

rozmowy na okołodziecięce tematy:
synek czy córeczka, a jak dać na imię, kompletowanie wyprawki, jaki wózek
jest najlepszy

,sposobienie dziecięcego pokoiku.... potem rosnący brzuszek,
wyczuwalne ruchy (i kopniaki

), radość nieporównywalna z niczym, gdy się ono
pojawiło na tym miłym świecie, ogłaszając swe przybycie rozgłośnym wrzaskiem,
pierwszy spacer (pamiętam, że z taką dumną miną kierowałem wózkiem, że
sąsiad zagaił: oooooo sąsiedzi Rolls Roysa kupili

DDDD)
i tak sobie myślę: dziecko całkowicie zmienia układy między małżonkami,
uzupełnia serce o dodatkowe uczucia, dodaje obowiązków ale i przyjemności
(ktoś nie pamięta pierwszego uśmiechu albo uścisku łapki maluśkiej na palcu?)
i...
i gdzieś po drodze gubi się tą radość, dla wielu ludzi dziecko staje się
przeszkodą w realizowaniu siebie!, nieznośnym ogranicznikiem wolności,
rozwrzeszczanym bachorem, kotwicą uniemożliwiającą żeglugę itd itp....
skąd się to bierze??