decymka
26.02.07, 01:53
Kolejna noc. I znowu dopada mnie samotność.
Jesteśmy razem 4 lata i ma być ślub. Ale czy będzie?
Nie wiem...
Już nie wiem i niczego pewna nie jestem. Całe życię czuje że to ja muszę o
coś walczyć i udowadniać i już mi się chyba nie chce.
Marzę/yłam o rodzinie, mimo rozwodu rodziców. Mimo że ON ma dużą,
nibykochającą rodzinę, to chyba jednak ja mam lepsze pojęcie i wiem jak owa
powinna funkcjonować. On się przed tym broni.
Wogóle jest introwertykiem.
Wszystko jest dobrze kiedy ja oddpuszczam, poddaje się i ja przepraszam. To
zawsze ja wyciągam rękę, i wiecie co? Jestem zmęczona. Zmęczona ciągle
dawaniem a nie otrzymywaniem...tu nie chodzi o względy materialne...
Dla mnie to paradoks. Przecież to ja jestem z robitej rodziny tak? To ja
powinnam byc nie pewna, stronić od małżeństwa bać się. A tymczasem, to on ma
jakieś schizy.
Nie wiem, nie wiem po co te szopki, zaręczyny to wszystko. Lubi się z moimi
rodzicami, czasem mam wrażenie że bardziej niż oni ze mną.
Kółko się zamyka, bo wiem że jakbym miała kogoś kto by był cholernie czuły,
dusiłabym się. Uciekała. Raz tak miałam.
Gdzie tu jest balans??? Jak się odnaleźć.
Wiem że nie jestem perfekt, bywam wybuchowa i szybko mi złość przechodzi. Ale
czuje się wycieńczona. CZy ja sama dzwigam ten związek? Po co? Dlaczego boje
się być sama?
Bo kiedy sama byłam, wszsytko się zawaliło, nie miałam kręgosłupa, załamanie.
Chcę być szczęśliwa, tak jak każdy. Chcę mieć spokój, o p a r c i e, zobaczyć
może świat - poczuć się bezpiecznie. Ale chyba to nie jest mi dane.
Z wiekiem, co raz bardziej odczuwam że mam jakąś skazę...
Przykro mi. Walczę..ale ile można....