marek_gazeta
06.04.07, 16:55
Wczoraj byłem z dziećmi na zakupach (żadnych gadżetów, zdrowy prowiant) i zaczepił mnie Pan sprzedający kosmetyki z torby. Wyjął jakiś flakonik, pozwoliłem spryskać sobie nadgarstek, a Pan tłumaczy, że firma wchodzi na rynek, będzie akcja merketingowa itepe itede i że sugerowana cena oscylować będzie wokół 150 złotych za 100 ml. Pan mnie pyta - dużo czy mało?
Zapach nie był szczególnie przykry, nawet ok, ale na pewno pachniał zupełnie inaczej, niż zapachy z górnej półki (wiem, ostatnio sporo wącham) - nas pewno znacznie mniej subtelny. Mówię zatem, że cena jest średnia, Pan mnie pochwalił za znawstwo i proponuje flakonik za promocyjną cenę 39,90. Podziękowałem mówiąc, że to nie mój zapach. Pan się nie poddaje i dokłada drugie pudełeczko, różowe, oczywiście z perfumami (ściślej mówiąc, jakaś woda) dla kobiety. Odmawiam ponownie. No to Pan proponuje same perfumy "dla żony". Dalej rozmowa potoczyła się nastepująco:
- Kiepsko pan trafił, żony już nie mam.
- No to pan weźmie dla kochanki.
- Kochanki też nie mam.
Facetowi opadły ręce - najprawdopodobniej instrukcja tego nie przewidziała.
Nawiasem mówiąc, jakieś resztki instynktu samozachowawczego mi pozostały - która kochanka, obdarowana "perfumami" za dwie dychy, miałaby ochotę na namiętny seks?