Dodaj do ulubionych

mnie tu nie ma...

11.04.07, 15:32
...ponieważ mam to szczęście, że od 14 lat jestem w udanym, szczęśliwym
związku.
tak powiedziałabym jeszcze przedwczoraj. tydzień temu? dwa tygodnie?

trafiłam kiedyś na to forum, bo szukałam pomocy dla koleżanki. potem
podczytywałam, patrząc z podziwem, jak można podnosić się z życiowych ruin i
żyć dalej. czytałam z tamtej strony, z mojej dotychczasowej strony kobiety,
która miała szczęście trafić na właściwego faceta.

mój związek był moją życiową ostoją. lata razem, budowanie bliskości,
poczucia bezpieczeństwa, zaufania. chociaz nie - zaufanie było od początku,
bo przecież bez niego nie można decydować się na bycie razem.
zaufanie miałam zawsze. bardzo dużo wyjeżdżał, nigdy nie sprawdzałam, czy
zawsze tam, gdzie mówił - bo po co miałby kłamać??
bez problemu spotykał się ze znajomymi, koleżankami, ba - nawet byłymi
narzeczonymi - co tam znowu, to przecież część jego przeszłości, a
terażniejszość to żona, dzieci, rodzina, całe morze ciepłych uczuć i poczucie
spełnienia.

w poprzednim związku szybko zaczął zdradzać partnerkę, ale to był związek
niedobrany, a on, jak mówił, traktował go zawsze "tymczasowo". tymczasowośc
trwała 14 lat, ale jakos mi to nie wadziło, bo to ze mną miało być wreszcie
to "prawdziwe" życie, rodzina, która stanowiła dla niego wartość nadrzędną.

więc wierzyłam bezwarunkowo, bo mieliśmy przeciez takie same priorytety.
nawet, jeśli coś budziło przez sekundę mój niepokój, odganiałam go szybko.
gdy zdarzało mi się słuchać od kogoś półżartem, że może nie powinnam byc taka
ufna, usmiechałam sie tylko. on? ten lojalny, odpowiedzialny, kochający, MÓJ
mężczyzna? ciężko pracujący na rodzinny byt, cudowny ojciec z autorytetem i
mąż, do którego czułam prawdziwy szacunek - Boże, jakie to cudowne, mieć
świadomość, że wszystkie problemy, które przeciez czasami się pojawiały, damy
radę pokonać, bo CHCEMY być razem i to jest dla nas najważniejsze...

tyle bajki.
bajki, która była przez lata moim życiem i punktem odniesienia.

niedawno przyłapałam go na kłamstwie. wykręcił się w dziecinny sposób, który
nie przekonałby średnio rozgarniętego dziecka.
on wie, ze kłamstwo działa na mnie jak czerwona płachta na byka. wpajamy
prawdomówność dzieciom, sama bywam do bólu szczera, bo uważam, że tylko na
prawdzie mozna budować coś trwałego.
więc skłamał. podejrzewałam, że podczas mojej nieobecności w domu gościł
jakąś kobietę, o której istnieniu w ogóle mi nie wspomniał.
wypierał się nadal. tak nieudolnie, że aż żenująco.
po kilku dniach sprawa wróciła. przyparty do muru, przyznał, że jednak była w
naszym mieszkaniu.

wściekłam się. jak to - tyle wolności, braku kontroli, samodzielnych
wyjazdów, niesprawdzania wydatków - żeby było mu jeszcze mało?? przecież
jesteśmy z sobą, bo CHCEMY, bo to dla nas życiowy wybór, bo nie mamy przed
soba tajemnic, które musielibyśmy wstydliwie ukrywać, bo jesteśmy wobec
siebie lojalni!

w nocy nie mogłam zasnąć.
dlaczego on kasuje natychmiast wszystkie wiadomości z komórki? dlaczego
strzeże hasła do maila jak niepodległośći? dlaczego między nas wkradł chłód,
który zdaje mu się nie przeszkadzac?... dlaczego, dlaczego...

wstałam i usiadłam przy komputerze. zaczęłam szperać.
natknęłam się na nieznane mi jego konto pocztowe. weszłam na nie, zmieniając
hasło. zaczęłam czytać listy...

znacie te opisy, kiedy ktos próbuje wyrazić, jak mu sie usuwa ziemia spod
stóp? czytałam je dotąd, nie bardzo potrafiąc to sobie wyobrazić.
siedziałam i czytałam miłosną korespondencję mojego cudownego, lojalnego i
wiernego męża.
za którego prawość mogłabym się dać pokroić.
do wczoraj.
romans, czułe słówka, obietnice przyjemności, tęsknota.
to z jedną. druga skupiała się na konkretach, obiecując zlizywać jogurt z
jego "peniska".
banalne, trywialne, jasna dupa, to nie może być prawdą, przecież to
niemożliwe, to nie mogło przydarzyć sie w naszym dojrzałym, stabilnym
związku... czy to mozliwe, że facet, ktoremu tak wierzyłam, okazał sie takim
egoistycznym, wyrachowanym, kłamliwym dupkiem, który gotów jest stracić
latami budowany związek dla chwilowej przyjemności?? który szuka seksu poza
domem, a ja tak często czekam na jego powrót, żeby znów poczuć naszą bliskość?

wydrukowałam sobie te listy. zawsze lubiłam miłosną korespondencję, a już
zapomniałam, jak ładnie potrafi pisac mój mąż... już nie do mnie.

jakoś dotrwałam do rana.
powiedziałam, że może sobie iść. że nie musi już chować komórki, kryć sie z
mailami, kłamać, oszukiwać. ma znikać i cieszyć się życiem tak, jak chce. że
przepadło wszystko, co było między nami ważne i nienaruszalne. że jest wolny.
niech uszczęśliwia tęskniące do niego kobiety, od teraz przestaje mnie
interesować, co i z kim robi.

ktoś się domyśla, co usłyszałam?
przesadzam. to przeciez takie zwykłe znajomości, no może trochę podkręcone
faktem, że spotykał się tam ze zrozumieniem, którego ostatnio brakowało mu w
domu. czuł, że między nami nie jest juz tak dobrze jak by chciał, próbował
dać mi to do zrozumienia, ale jakoś bez powodzenia.
że to wszystko nic nie znaczy i w ogóle nie dotyczy naszego związku. że nie
powinnam pochopnie rozwalać rodziny. że - UWAGA! - najważniejsze jest dobro i
spokój emocjonalny naszych dzieci! czy mogę wziąc na siebie odpowiedzialność
za to, co będzie je czekać, gdy się rozstaniemy??

dzis wyjechał. poprosiłam, żeby przez czas nieobecności nie kontaktował się
ze mną. wysłał esemesa z propozycją, że "wiele mysli i jest skłonny zlozyć
stosowne deklaracje, jesli ja równiez zobowiążę się popracować nad naszym
związkiem". posłałam go na drzewo.

jestem nadal w szoku, obecnie w fazie wściekłości. pewnie czeka mnie jeszcze
kilka róznych innych.
nie wiem, co zrobię.
rozwód? separacja? wyprowadzka?
a dzieci??
wybaczyc?
juz nigdy mu nie zaufam, brzydzi mnie myśl, co wyprawiał z tamtymi kobietami.
z iloma? od kiedy? może od zawsze? może moje życie w kształcie, który znałam,
to jedna wielka fatamorgana?

boję się dzisiejszego wieczoru.
położę dzieci spać, usiądę w fotelu.
powoli zacznie do mnie docierać, co stało sie z moim zyciem...





Obserwuj wątek
    • crazyrabbit Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 15:48
      Przede wszystkim postaraj się ochłonąć...
      Mogę Ci tylko napisać na razie: przykro mi...
      No i witaj na forum...
      • anula36 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 15:59
        smutna ta historiasad
        Powiem tylko- pamietaj ze twoj maz jest dorosly i zdradzal cie z premedytacja,nie daj sobie wmowic ze to twoja wina, ze musial sie pocieszac w ramionach innych.
    • 13monique_n Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 15:57
      To okropne. Przykro mi bardzo.
      Nie decyduj się pochopnie na nic, daj sobie szansę na ochłonięcie. Wsciekłość
      jest dobra, chociaż może prowadzić do zbyt impulsywnych działań, ale zdrowa
      jest dla Ciebie.
      Dużo przed Tobą. Pewnie także ból przyjdzie. Pisz tutaj. Wyrzucaj z siebie.
      Może masz z kim porozmawiać tak twarzą w twarz, w najbliższym otoczeniu?
    • kurka_wodna2 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 16:28
      Witaj
      Jeszcze mało usłyszałaś, bo:
      obwinianie,
      wysyłanie do psychiatry,
      wciskanie zazdrości,
      wmawianie skorzystania z okazji aby sie go pozbyc
      zrzucanie odpowiedzialności za dzieci, rodzine
      brak poczucia humoru
      oddalenie oczywiście z twojej winy
      zaniedbanie się
      złe spojrzenie na jego mamcię z tamtego stulecia
      i setki innych wymysłów jeszcze przed Tobą.

      Wszystkiego się spodziewaj, nawet pożegnań przy Tobie z kochanką, wyzwiska od
      niej, nasyłanie dzieci...
      Poszukaj wątków o zdradzie sprzed roku, półtora-to była ciekawa poprzednia zima
      na tym forum.

      Goń dziada z domu jak parszywego kundla oby zapomniał szybciutko jak ma wyglądać
      rodzina.
      Jak tylko zgodzisz się na ustępstawa-stracisz dom, spokój, bezpieczeństwo na
      wiele lat.
      Takiego zawsze sobie znajdziesz, bo to prawie wszystko męskie wydanie plączące
      się bezpańsko to z takich powodów.
    • verita75 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 16:32
      Tak mi przykro...
      Mapiszę to co poprzednicy. Teraz ochłoń. Nic nie rób, myśl. A co dalej, to za
      parę dni. Nie muszisz nic robić już, teraz. Po prostu zaopiekuj się sobą.

      Ja wiem jak to boli. To co pisałaś o swoich uczuciach, o swojej ufności,
      szacunku, o bliskości - to jakbym czytała o sobie. Ja też miałam taką idealną
      bajkę przez kilkanaście lat. I wiem jak trudno uwierzyć, że to tylko bajka.
      Trzymaj się. Jakoś. I pisz, to pomaga.
    • panda_zielona Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 16:57
      Bardzo,bardzo Ci współczuję.Trafiłaś na drania niestety.Z tego co odczytałam
      jego pierwszy zwiazek też rozpadł się po wie
      • anula36 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 17:14
        ale przynajmniej sie okreslil na poczatku nowego zwiazku jako nalogowy zdradzacz, bez szacunku dla partnerki i taktujacy ja " na przeczekanie"przed czyms lpszym, wiec niby widzialy galy co bralysmile
    • panda_zielona Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 17:16
      przepraszam,za szybko nacisnęłam.Jeszcze raz: Bardzo,bardzo Ci
      współczuję.Trafiłaś na wyjątkowego drania,skoro poprzednie 14 lat przed Tobą to
      było tymczasowe,czyli 14 lat z Tobą też tymczasowe i następnej powie,ze to też
      było tymczasowe.A wzbudzanie w Tobie poczucia winy,to takie oklepane.Masz rację
      niech spada.
      • alexolo o rany 11.04.07, 17:42
        strasznie ci współczuje.......p[rzykro mi...najgorsze ż e co kolwiek
        postanowisz...ból nie minie tak szybko...
        rany trzymaj sie i pisz////bedziemy cie wspierać ...

        ps.
        jak zwykle od siebie dodam.....na wszelki wypadek zbieraj te rzeczy
        które mówią o zdradzie meza...i chowaj .....moze sie przydadzą ....

        mój sie wypierał ....potem przyznawał ....i przepraszał ...a na sprawie
        znowu opetała go amnezja...szkoda ż e nie nagrałam naszych rozmów...moja
        sprawa trwała by chwile ...a nie 1,5 roku!!!!!

        pozdrawiam nie trac głowy
        • rafanetka Re: o rany 11.04.07, 19:24
          Dowody zbieraj, tylko ich nie wyrzucja.Ja tak zrobiłam ze swoimi bo ciągłe ich
          przeglądanie mnie dobijało. No i obiecywał złote góry przy rozwodzie i podziale
          majątku. Jak przyszło do sprawy rozwodowej to nie dostałam nic, a dowodów
          przeciw niemu już nie miałam. Wiem, ze potzrebujesz teraz pocieszenia. Ale tak
          naprawdę to własnie teraz musisz być silna, bo to dopiero początek 'koszmarów'.
          Życzę cierpliwości i madrości w podejmowaniu wszelkich decyzji, samozaparcia i
          wiary we własne siły.
      • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 17:49
        te czternastki to jakieś fatum. jego poprzednia była od niego 14 lat starsza.
        byli z soba 14 lat. ja jestem 14 lat od niego mlodsza. własnie mija nasze 14
        lat razem...

        widziały gały, co brały?... widziałam ciepłego, dobrego, wartościowego faceta,
        który chciał stworzyć udany zwiazek, bardzo chciał mieć dzieci. inteligentnego,
        zabawnego, wrażliwego, empatycznego, odpowiedzialnego, wyrozumiałego, budzącego
        zaufanie...
        zresztą, to naprawdę przekonujący obraz. takie samo zdanie ma o nim cała moja
        rodzina, znajomi. właściwie prócz eks, która ma zrozumiały żal, nie słyszałam,
        żeby ktoś wyrażał się o nim niepochlebnie...

        sprawdzam teraz na sobie działanie cudownego systemu obronnego, którym jest
        przyjmowanie prawdy po malutkim kawałeczku. całej od razu nie dałabym rady.
        odsuwam na razie te mysli, które będa boleć najbardziej - na przykład o "tylko
        naszej" intymnośći...

        a teraz - właściwie buta zamiast kajania się.
        och nie, powiedział, że mu przykro.
        PRZYKRO.

        wiecie co?...
        kiedyś na jakimś forum o małżeńskich perypetiach napisałam posta będąc pod
        wrażeniem przypadku znajomej, która zdradziła męża właściwie z nudów. nie
        mogłam pojąć, jak można tak ryzykować związkiem.
        odpisał mi jakiś facet: "Ty tak nie wydziwiaj, tylko pilnuj swojego małżeństwa,
        bo nie wiadomo, czy nie masz tak samo".
        pokazałam tą odpowiedź mężowi.
        BO BARDZO MNIE UBAWIŁA.

        dzieci juz pytają, kiedy wróci z wyjazdu tata.
        zaczynają tęsknić.



        • panda_zielona Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 18:44
          kurczę,to ile on ma lat,skoro ma za sobą 28 lat w związkach? jeszcze nie
          zmądrzał? A może jakiś wyjatkowo nadpobudliwy jest? i szuka mocnych wrażeń.
          Mają dziwczyny rację zbieraj dowody zdrady,bo ten typ jest nireformowalny.
          Będzie się kajał i przepraszał i dalej robił to samo.Nie daj się omamić.
        • verita75 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 20:46
          nie_alicja napisała:
          > sprawdzam teraz na sobie działanie cudownego systemu obronnego, którym jest
          > przyjmowanie prawdy po malutkim kawałeczku. całej od razu nie dałabym rady.
          > odsuwam na razie te mysli, które będa boleć najbardziej - na przykład o "tylko
          > naszej" intymnośći...
          >

          Ja od samego początku jestem pod wrażeniem systemu obronnego. Wcześniej nie
          zdawałm sobie sprawy, że tak sprawnie może działać. I chyba dzięki niemu
          jesteśmy w stanie przetrwać (w sumie nic odkrywczegosmile). Zanim w ogóle przyjęłam
          do wiadomości, że moja bajka to tak naprawdę ułuda przez wiele miesięcy
          stosowałam mechanimy wypierania i obronne. Nic nie widziałam, nic nie
          słyszałam... Potem prawda do mnie dochodziła właśnie po małym kawałeczku. I tak
          sobie myślę, że do dzisiaj, a to już sporo miesięcy po, jeszcze w całości nie
          dotarła. A dokładnie nie dotarła ta sama część, której i Ty się boisz.
          Pewnie pomału próbuje się przedrzeć, bo ostatnio coraz cęściej mi się śni, że
          leję mojego męża. I to naprawdę ostro. I pewnie w ten sposób jakoś uwalniam i
          rozładowuję ukrytą agresję.
          Chcę przez to wszystko powiedzieć, że to chyba prawda, że każdy z nas dostaje
          tyle ile może unieść. Nawet jeśli dostaje więcej, to sam sobie to limituje. Więc
          dasz radę. Na pewno będzie ciężko ale z czasem jest coraz lepiej.
          I to działanie czasu coraz bardziej mnie zadziwia.
        • notting_hill Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 21:02
          nie_alicjo, pamiętasz może ten watek sprzed roku na forum "Brak seksu w
          małżeństwie"? Nie wiem czy ta historia którą opisał m.4 wniesie coś do Twoich
          rozterek, ale poczytaj, jeśli nie miałaś do tej pory okazji:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=42774424&a=43188597&s=0
          Kurczę, z perspektywy czasu naprawdę podziwiam tego faceta!

          Trzymaj się ciepło i pisz tutaj jak Ci będzie ciężko. A przede wszystkim nie
          daj sobie odebrać trzeźwego oglądu rzeczywistości.
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 10:38
            znam ten wątek. podziwiam zdecydowanie jego autora, nie jestem pewna, czy go
            zazdroszczę.
    • rumba65 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 20:45
      ...po prostu wylazła jego prawdziwa natura. Długo mu się udawało, bo trafił na
      dobrą, ciepłą ufającą kobietę.Na moje oko, niestety, robił to od dawna. Nie daj
      sobie wmówić, że to Twoja wina. Ja jeszcze słyszałam że to normalne i wszyscy
      tak robią więc dlaczego się czepiam. Raczej nie licz na to że się zmieni.
      Trzymaj się ciepło.
      • ka-aktus Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 21:16
        przykre

        wypłacz się, wygadaj, zbluźnij kogo chcesz, potłusz szkło, wykrzycz na podły
        świat.

        A jak ochłoniesz może spojrzysz na to innym wzrokiem.

        Czego mogło mu brakować? Jakie dawał Ci sygnaly? A może to blef. Może tchórz?

        a tak przy okazji: jest małżenstwo, podobno bardzo udane, mają 2 dorosłych
        dzieci,a do tego On ma 2 dzieci spoza związku z dwiema róznymi paniami. Życie
        bywa zagmatwałam, tak jak moje poprzednie zdanie.
        • anula36 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 21:26
          tak z ciekawosci - zona wie o tych pozamalzenskich dzieciach??
          • ka-aktus Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 22:41
            tak
        • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 10:55
          to jest własnie dziwne... nie mam ochoty krzyczeć ani niczego tłuc. jestem
          cholernie spokojna.

          czego mu mogło brakować?... czasami róznych rzeczy, jak i mnie. żadna z osobna
          jednak ani wszystkie razem wzięte nie tłumaczą mi tego, co się stało.

          żeby było zabawniej, seksu brakowało zawsze bardziej mnie. mówiłam mu o tym -
          jego częste nieobecności, potem jakieś zmęczenie, mniejsza ochota... kiedyś
          nawet zasugerowałam półżartem, że zacznę się oglądać za innymi.

          hahahahah. no i siedziałam grzecznie na dupie z dziećmi, a on nadrabiał moje
          braki z innymi.
    • angoisse Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 21:27
      Bywaja faceci którzy zdradzać będą KAŻDĄ kobietę, taki charakter. I okropnie
      jest sobie uświadomić, że związało się życie z kimś takim, wierząc że taki nie
      jest.
    • tricolour Czy "widziały gały co brały"? 11.04.07, 21:43
      Tak, niestety tak. Jeśli nie przeszkadzał Ci jego poprzedni, czternastoletni,
      "tymczasowy" związek, to na co liczyłaś?
      Jeżeli wystarczyło Ci bezczelne i prymitywne wytłumaczenie zakończenia tamtego
      związku, to na jakiej podstawie uważałaś, że u Ciebie będzie inaczej?

      Przed Tobą decyzje, a rozwód nie wydaje mi sie rozwiązaniem tak bardzo oczywistym...
      • rafanetka Re: Czy "widziały gały co brały"? 11.04.07, 22:12
        Tri, prosze nie takim tonem smile.Każdy chce wirzyć, ze wybrał właściwie, że ktoś
        skrzywdził partnera i dlatego tak rozpadł się jego poprzedni związe, albo, że
        rzeczywiście tamta osoba nie była mu pisana. I często tak jest, ludzie się
        zmieniają. Gdyby każdy podchodzil tak jak Ty, to któz związe się ze mną, z moim
        byłym (może pozna kogos kto będzie dla niego wart monogamii), z luźmi po
        przejsciach np. byli alkoholicy, ot tak mamy ich przekreślic bo tacy byli.
        • tricolour Na wierze to można opierać swój pierwszy... 11.04.07, 22:20
          ... związek, młodzieńczy, głupi i nieodpowiedzialny.

          Ja mówie o sytuacji, gdy facet odchodzi od kobiety po 14 latach, bo traktował
          ten związek przez czternaście lat jako TYMCZASOWY. Mówię o tym, że druga kobieta
          zadowala sie takim kretyńskim wytłumaczeniem i wierzy, że teraz w jej życiu jest
          inaczej. Na jakiej podstawie? Deklaracji?

          I tu pojawia sie problem szerszy, dotyczący ludzi po rozwodzie: warto sobie
          zadać pytanie, co zrobiłem, aby moje dalsze życie nie wyglądało już jak zabawka
          swobodnie puszczona po wodzie, zdana na łaski nurtu. Mówiąc inaczej - gdy
          spotkasz faceta, który może bedzie chciał potraktować znajomość serio, to musisz
          liczyć sie z pytaniami z jego strony, nie tyle na temat Twojego małżeństwa, ale
          dotyczące tego, co zrobiłas po rozwodzie, by być wartościowym, odpowiedzialnym,
          lojalnym, kochającym partnerem.
          • nie_alicja Re: Na wierze to można opierać swój pierwszy... 11.04.07, 22:35
            tri, może zbyt skrótowo to określiłam. tamten jego związek uznał
            za "tymczasowy" z perspektywy czasu, kiedy dojrzał do mysli o rodzinie, a z
            tamtą dzieci nie wchodziły w grę. nie chcę go usprawiedliwiać, ale wtedy, i
            dzisiaj także, wydaje mi się to logiczne. co innego zdrady - nie odchodził od
            niej, bo tak było wygodniej, jak sądzę. może masz rację, że powinnam wyciągnąc
            z tego jakieś wnioski, ale WTEDY nie myslałam w taki sposób. uznałam, że zdążył
            sie juz "wyszaleć" i nie będzie szukać dodatkowych wrażeń, bo wszystkie juz
            zna. powiem naiwnie: uwierzyłam.
            • tricolour Ja Ci szczerze współczuję... 11.04.07, 22:40
              ... także dlatego, że to mnie zostawiono... ale to inna i dawna sprawa.

              Piszę w ostrym tonie, byś znalazła swoje miejsce w bardzo trudnej sytuacji, byś
              miała odwagę spojrzeć na swoją gorszą (naiwną, ślepą, bez wyobraźni, bez głębi -
              jeśli tak jest) część, byś umiała znaleźć dystans i właściwą perspektywę.
              • anula36 Re: Ja Ci szczerze współczuję... 11.04.07, 22:48
                teraz to juz nie ma i tak znaczenia,czy sie zapalilo siwatelko ostrzegawcze czy nie, patrzac do przodu nielatwe wybory przed toba, nie zazdroszcze i trzymam kciuki zeby sie to jakos poukladalo jak najlepiej dla ciebie.
    • kubanika Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 21:53
      Strasznie mi przykro...
      Niestety nie dam Ci dobrej rady jak zwalczyć ten ból, bo ostatnio botykam się z
      podobnym problemem okraszonym innymi problemami małżeńskimi więc jakby tego
      dotychczasowego szczęścia było mniej- może więc łatwiej znieść.
      Ale mój mąż również miał dużo swobody, pracę często wyjazdową, non stop
      telefony... Jak złapałam go na flirtujących esemesach wypierał się w żywe oczy.
      No i oczywiście zablokował komórkę i zrezygnował z bilingów. Teraz żałuję, że
      dałam się "naciągnąć" na przeprosiny... Każdy odbiera to iaczej ale teraz już
      nie dałabym się i pogoniłabym drania...
      Na pewno nie będzie Ci łatwo ale trzymam kciuki!
    • cathy_bum Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 22:29
      Przykro mi...sad Wiem, jak to boli. Przede wszystkim nie daj się obwiniać. Nie
      Ty go zdradziłaś.
      Nie wyrzucaj też sobie, że może gdybyś go bardziej pilonowała, to by sprawy nie
      było. Pojawią się pewnie tacy "życzliwi", co Ci to zasugerują. Bzdura. Jak ktoś
      chce zdradzić, to pokona wszelkie kordony.
      Mój eks też kiedyś dużo mówił o zaufaniu i wartościach. Z praktyką, jak się
      okazało było różnie wink Nie przeszkodziło mu to prowadzić regularnego
      podwójnego życia kawał czasu.
      I wypłacz się. Byle nie przy nim.
      • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 22:45
        cathy, szpiegowanie to nie moja bajka. ta poprzednia była w tym mistrzynią i
        jakoś jej to nie pomogło. uważam, że związek to nie więzienie, zawsze mozna z
        niego wyjść, byle poinformować o tym zamiarze odpowiednio wcześniej.

        przy nim płakać nie zamierzam. jesli robiłam to kiedykolwiek w jego obecności z
        jego powodu, wycoywał sie i udawał, że nie widzi.
        chyba jeszcze nie doszłam do tego etapu.
        na razie robi mi się cholernie smutno. gdzieś podświadomie łapie sie na myśli,
        ze może ja faktycznie wyolbrzymiam? że może "tak sobie tylko pisali"?

        zdjęłam ze sciany kilka naszych fotek. zauważył to starszy, dwunastoletni syn i
        uderzył w płacz. potem zobaczył, że zmieniłam w telefonie opis męża na bardziej
        oficjalny i już go nie mogłam uspokoić. "tak bardzo się o was boję" - wyjąkał
        przez łzy.

        wychodzi ze mnie powietrze.
        • julka1800 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 22:52
          spokojnie, jak to sie mówi: emocje sa złym doradcą, pamietaj

          wszystko jest takie swieze.., musisz nabrac dystansu i dobrze byloby gdybys
          mogla z kims bliskim szczerze i dlugo porozmawiac
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 11:05
            dużo i często rozmawiam z jego siostrą. mam do niej zaufanie. wiem, że on też
            chce z nią nawiązać kontakt w naszej sprawie. ona nie ocenia, nie wartościuje,
            słucha i tonuje emocje. sama, jak sie okazuje, przeszła przez coś bardzo
            podobnego. po długich rozterkach i szarpaninie wybrała małżeństwo. teraz mówi,
            że nie chciałaby juz się dowiedzieć o niczym, choćby mąż nadal ją zdradzał.
            ja nadal chcę wiedzieć.
            chcę zrozumieć.
        • cathy_bum Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 23:18
          nie_alicja napisała:

          > cathy, szpiegowanie to nie moja bajka. ta poprzednia była w tym mistrzynią i
          > jakoś jej to nie pomogło. uważam, że związek to nie więzienie, zawsze mozna z
          > niego wyjść, byle poinformować o tym zamiarze odpowiednio wcześniej.

          Zgadzam się. Ja tylko napisałam to w kontekście uśmieszków, że może za bardzo
          mu ufałaś (pisałaś o tym). Uważam, że dorośli ludzie powinni sobie ufać. A
          jeśli są sobą zmęczeni, to albo popracować nad związkiem, albo go zakończyć.
          >
          > przy nim płakać nie zamierzam. jesli robiłam to kiedykolwiek w jego obecności
          z
          >
          > jego powodu, wycoywał sie i udawał, że nie widzi.
          > chyba jeszcze nie doszłam do tego etapu.
          > na razie robi mi się cholernie smutno. gdzieś podświadomie łapie sie na
          myśli,
          > ze może ja faktycznie wyolbrzymiam? że może "tak sobie tylko pisali"?
          >
          > zdjęłam ze sciany kilka naszych fotek. zauważył to starszy, dwunastoletni syn
          i
          >
          > uderzył w płacz. potem zobaczył, że zmieniłam w telefonie opis męża na
          bardziej
          >
          > oficjalny i już go nie mogłam uspokoić. "tak bardzo się o was boję" - wyjąkał
          > przez łzy.
          >
          > wychodzi ze mnie powietrze.
          Myślę, że przede wszystkim powinnaś ochłonąć. Dać sobie trochę czasu. Pogadać z
          kimś bliskim, komu naprawdę ufasz. Silne wzburzenie jest kiepskim doradcą dla
          poważnych decyzji. Piszę to z własnego doświadczenia. Wiem, jakie myśli
          chodziły mi po głowie, kiedy wyszły na jaw rozmaite "akcje" mojego ex.
          Szczęśliwie uciekł przede mną w siną dal, czym paradoksalnie bardzo mi pomógł.
    • marek_gazeta Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 23:07
      Popieprzone to życie, co? Żyjemy sobie, żyjemy, coś tam powolutku robimy i nagle trrrach... Wszystko się sypie w drobny pył. Współczuję Ci, bo teraz czeka Cię kilka miesięcy życia w mroku.

      A co zrobić z facetem? Wywalić bezwłocznie za drzwi. Nie wiem, czy wyobrażasz sobie dalsze życie z nim, ale na pewno nie przyjmuj od razu przeprosin. On teraz musi udowodnić, że mu na Tobie zależy, a to musi potrwać. Im dłużej trwała zdrada i im bardziej była cyniczna, tym trudniej będzie Ci wybaczyć i znowu zaufać. O ile można ponownie zaufać.

      Sygnały były - fakt, że zdradzał poprzednią żonę to był sygnał ostrzegawczy, który zlekceważyłaś. Dla niego to była "przechowalnia", dla tamtej kobiety - być może - sens życia.

      A, jeszcze jedno - przepraszam, że o tym wspominam - zbadaj się.
      • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 23:14
        marek, ta poprzednia to nie była żona. może teraz to już nie ma znaczenia, ale
        żonaci faceci mnie nigdy nie interesowali.

        badania?!... o fak.

        dlaczego nikt nie sugeruje, że to wszystko da się jeszcze odkręcić?
        wytłumaczyć.
        zracjonalizować.
        odwrócić.
        wymazać.
        • tricolour Dlaczego nikt nie chce odkręcać? 11.04.07, 23:20
          Proszę:

          - wytłumaczyć się może i da (nawet próbowałem) ale nie da sie usprawiedliwić,
          - zracjonalizować? Zła kobieta byłas i należało Ci sie?
          - odwrócić? teraz Ty chcesz zdradzać?
          - wymazać - no.. tego sie nia da. Amnezja odbierze Ci osobowość.

          Wyszło że musisz z tym żyć...
          • ludzik_ten_sam Zracjonalizować, 11.04.07, 23:30
            znaczy się "tak sobie pisał i to nie miało znaczenia"?
            Cholera, dla niego chyba miało i jak piszesz, boisz się,
            co dalej możesz odkryć. Ładnie napisałaś "nasza intymność".
            Tak w ogóle: czułaś się przez niego kochana?
            Odpowiedź jest ważna.
        • anula36 Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 23:26
          wydajesz mi sie osoba bardzo zdrowo myslaca wiec...

          wymazac- nie sadze ze ci sie uda, raczej za kazdym razem przytulajac sie do niego bedziesz myslec kogo ostatnio tak dotykal jak ciebie ( chyba ze sie myle)

          zracjonalizowac - tak oczywiscie,w tej kwestii mistrzem jest twoj maz- rodzina to podstawa, spokoj dzieci najwazniejszy, kochanki twojego meza nie dotycza waszej rodziny.

          odkrecic- o gdybyz sie dalo cofnac czassmile

          odwrocic ( kota ogonem?) - jest z toba z nimi sie tylko bzyka, zawsze wraca dodomu, jestes dla niego najwazniejsza, w zaasdzie nei bzyka tylko uprawia gimnastyke w dbalosci o zdrowie, a w ogole ich nawet nie dotyka tylo patrzy i kontempluje piekno.

          wszystko mozna...tylko czy to przywroci ci szczescie i spokoj ducha?

          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 11:07
            anula, Twoje odwracanie kota ogonem jest bardzo piekne, naprawdę się
            zaśmiałam smile

            masz rację, on jest estetą smile
        • cathy_bum Re: mnie tu nie ma... 11.04.07, 23:31
          nie_alicja napisała:

          > ta poprzednia to nie była żona.
          Niemniej była jego długoletnią partnerką. I tak naprawdę nie wiesz, co on jej
          mówił i obiecywał. Sama jakiś czas temu się dowiedziałam, że ex był ze mną "bo
          tak wyszło"! Jakoś zapomniał o wielomiesięcznych zabiegach o mnie, a potem
          błaganiach bym została. Nawet jestem skłonna uwierzyć, że on tak TERAZ to
          postrzega. Pamięć ludzka bywa zawodna.
          >
          > badania?!... o fak.
          A to rzeczywiście warto zrobić. Niestety.
          >
          > dlaczego nikt nie sugeruje, że to wszystko da się jeszcze odkręcić?

          Ja powiem tak: znam osobiście dwie pary dla których zdrada okazała się momentem
          przełomowym i drogą do uzdrowienia związku. Paradoks? A jednak. Ale po pierwsze
          tam chodziło o jednorazowe akcje, a nie powtarzający się schemat. Po drugie
          naprawa małżeństwa kosztowała ich wiele ciężkiej pracy. I wiele wysiłku i czasu
          zdradzający poświęcili na przekonanie drugiej strony, by im zaufała. To zadanie
          na długie miesiące. Nie wystarczy powiedzieć przepraszam, by odbudować zaufanie.

          Sama podjęłam nieudaną próbę ratowania małżeństwa po zdradzie, więc może nie
          powinnam się wymądrzać smile
        • panda_zielona Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 00:54
          dlaczego nikt nie sugeruje, że to wszystko da się jeszcze odkręcić?
          > wytłumaczyć.
          > zracjonalizować.
          > odwrócić.
          > wymazać.

          Jesli będziesz chciała i potrafisz zaufać,wymazać z pamięci(co jest raczej
          niemożliwe)to próbuj dla "dobra dzieci" zatrzymać męża,bo jakoś w jego cudowne
          nawrócenie nie wierzę.
        • verita75 Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 09:50
          Odkręcić, odwrócić - nie da się. Już się stało.
          Wytłumaczyć - Co tu tłumaczyć? Fakty mówią za siebie.
          Zracjonalizować - tu możesz się wykazać i próbować sobie to racjonalnie
          wytłumaczyć na milion sposobów. Na przykład, był kryzys, Ty nie widziałaś, on
          próbował coś robić aż w końcu doszło do zdrady, bo było najprościej. Albo takie
          ma wzorce rodzinne. Albo zaburzenia jakieś ma. Co chcesz.
          Wymazać - to było moje największe marzenie. Gumka, która to wymarze. Nie
          znalazłam.

          Ale ja z nim jestem. Bo on walczy, bo chyba zrozumiał, wziął odpowiedzialność
          za to co zrobił, nie wykręcał się, nie zrzucał nic na mnie. Zostałam, bo
          najpierw się bałam zostać sama, potem zaczęłam chcieć być z nim. Pomimo. Ale
          jak już pisałam, wciąż to boli, wciąż nie jest łatwo. Pracujemy nad tym razem
          już naprawdę długie miesiące. Najpierw on poszedł na terapię (przez to
          racjonaliwanie - bo na pewno ma problem, który psycholog naprawismile), potem
          poszliśmy razem. Dużo zrozumieliśmy. Tylko o wymazaniu gumką marzę ciągle.
          Więc można. Ale tylko jeśli oboje (a przede wszystkim on) chcecie, kochacie.
          Gdy on zrozumie co narobił, wyciągnie z tego lekcję i on będzie chciał walczyć.
          Mimo tego, że nie będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Bo Ty sama to nic nie
          zrobisz.
          No ale z tego co piszesz, to póki co on nie bardzo przyznaje przed sobą czy
          przed Tobą jak strasznie postąpił.
          Więc nie wiem czy to czas na jakiekolwiek naprawianie. Najpierw musi to do
          niego dotrzeć.
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 11:11
            wzorce rodzinne?
            no proszę.
            jego ojciec był strasznym kobieciarzem. nie wiem, czy zdradzał żonę "do końca",
            ale musiał mieć zawsze grono zachwyconych adoratorek.

            czy powinnam uprzedzać przyszłe partnerki moich synów, że "oni już tak mają"?...
    • nangaparbat3 przepraszam, ja nie na temat 11.04.07, 23:44
      ale bardzo mnie to intryguje - jak sie zmienia hasło, zeby wejść do cudzej
      poczty?
      • ludzik_ten_sam Re: przepraszam, ja nie na temat 11.04.07, 23:46
        Musisz mieć wytrych smile
        Gazeta ma dobre zabezpieczenia.
        Ej, nie rób tego smile
        • ludzik_ten_sam Upss, 11.04.07, 23:47

          to było pytanie do nie_alicji.
          No właśnie, jak?

          W o2 to nietrudne...
          • nangaparbat3 Re: Upss, 12.04.07, 00:07
            > W o2 to nietrudne...


            Miałam kiedys służbowa na o2 - wlamaly mi sie jakieś wesolki i w moim imieniu
            odpowiedzieli uczennicom ze szkoly prywatnej katolickiej. Byla niezla afera...
          • maleme bądź uważna 12.04.07, 00:20
            rozumiem Cię, ja też wszystko starałam się wytłumaczyć. I udawało mi się...
            Potrzebna jest również wiara w partnera ( a raczej to, ze bardzo chcesz
            wierzyć). Ja doszłam do etapu, na którym posiadłam:
            - cenną umiejętność nieodróżniania czarnego od białego,
            - bagatelizowania sprawy (tak sobie tylko piszą wink
            - tłumaczenia (wyłącza komórkę po powrocie z pracy, bo ma dosyć służbowych
            telefonów)
            i wiele innych bezcennych dla ratowania związku zachowań, które teraz odkręcam
            na długoterminowej psychoterapii.
            Przydatne bywa również zwątpienie we własną percepcję: jeżeli moje oczy widzą
            coś, czemu On zaprzecza, to znaczy, że coś u mnie z oczami nie halo ...
            Dla ratowania związku (w którym przecież oboje chcemy być, jesteśmy dorośli i
            dojrzali, więc to jest nasza wspólna, wolna decyzja) radzę też przyjąć jako
            aksjomat, że jeśli najdroższa i najbliższa osoba mówi coś patrząc prosto w
            oczy, to musi być prawda wink)
            Nie oszukuj samej siebie.
            Być może wybierzesz dalsze życie z nim, może rozstanie, ale bądź uczciwa sama ze
            sobą.
            No i bardzo Ci współczuję, wiem, jak to cholernie boli.
            • nie_alicja Re: bądź uważna 14.04.07, 11:14
              maleme, wstydzę się, bo nie wypada mi się właściwie teraz smiać, ale Twój
              przepis na szczęśliwy związek powinnam sobie wydrukować i powiesić w ramce nad
              łózkiem.

              cholera, strasznie mnie korci, zeby naprawdę to zrobić smile
            • verita75 Re: bądź uważna 14.04.07, 21:46
              smile
              Ja dokładnie te same umiejętności posiadłam.
              I jeszcze wyrzuty sumienia, że jakaś zła i podejrzliwa jestem.
              Bo jeśli go "kolega" w potrzebie o pomoc prosi to przecież pomóc trzeba. Nawet
              przez całą noc. A ja podejrzenia jakieś miałam,żłe myśli.
              Niedobra baba byłam.
              Aha i jeszcze przepraszac się nauczyłam za te podejrzenia.
    • sbelatka Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 09:18
      a mnie w zasadzie JUZ tu nie ma..
      po tym jak sie wypłakiwałam i szuklam wsparcie PO TYM jak sie okazalo, żemoj
      wierny, lojany, prawy ze wszech miar mąz ma inna kobietę.

      Mój ex (już ) sie zakochał..,..

      odszedł.
      choc MOZLIWE, że ja nie podjęłabym tej decyzji - bez jego decyzji o odejściu.

      dzisiaj -jakis czas po - WIEM, że gdyby ten moj byly mąz mnie KOCHAL to
      chcialabym byc z nim.
      Ale mysle też, że mozliwe, że powinnam mu dziekować, że skoro zrobił to co
      zrobil to w konsekwencji odszedł.
      Bo nie wiem JAk moglibysmy dalej zyc.


      Piszę po to żeby niestety napisać... że nigdy nie będzie już tak dobzrez jak
      bylo, tak IDEALNIE...
      Dom , rodzina, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa..

      Wierzę, że będzie dobrze, może nawet bardzo dobrzez.
      Ba, powiem więcej - WIEM< żwe będzie jeszcze w moim życiu dobrzez.

      Ale nigdy już idealnie...

      Bo moja rodzina juz nigdy nie będzie taka prosta, jasną "strukturą".
      Mopja wiara w ludzi nigdy już nie będzie taka całkiem do końca.

      i takie tam rózne...

      Pisze po to żeby ... no sama nie wiem po co...

      Może żeby Ci dac wiarę, że będzie dobrze.
      Choc nigdy tak samo.
      Nigdy tak samo dobrze.
      Ale dobrze inaczej...naprawde przykro mi, że Cię to spotkało.
      Ze spotkalo to mnie i wiele innych kobiet.

      Kiedy pojawiłam sie na tym forum wpadlo mi w oczy zdanie: "umierała długo -
      teraz rodzi sie lekko"czułam, że ono jest o mnie...

      i bylo..

      Myślalam, że nie przezyje, że umrę, że nie dam rady.

      Teraz budze sie często z myslą, a własciwie refrenem piosenki dźwięczącym mi w
      uszach "dzisiaj będzie dobry dzień"..
      choc nadal jestem sama.
      i nie wiem kiedy w moim życiu znowu zagości miłośc.
      I zaufanie.
      I poczucie bezpieczeństwa.



      • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 20:07
        kolejny dzień po...

        czy ja sie czułam kochana, zapytała któraś z Was...
        tak. raczej tak. na pewno tak. mimo, że bywały ciche dni albo sprzeczki, albo
        niezrozumienie. albo płakałam z jego powodu, a on udawał, że tego nie widzi.
        mimo, że czasami bywał przesadnie chłodny. tak bywa w związku - tłumaczyłam
        sobie, bo przecież nigdzie nie jest tylko pieknie i rózowo. a pieknie tez
        bywało. przekładaniec, który nie dawał mi nigdy cienia podejrzenia, że sprawy
        mogą zajśc tak strasznie daleko, a ja nie będę miała o tym pojęcia.

        wiecie, co mnie teraz najbardziej dręczy?
        on nie poczuwa sie do winy. nie padło z jego ust żadne "przepraszam", "nie
        chciałem cie zranić", "wiem, że cierpisz", "chę to naprawić".
        tylko chęć "utrzymania rodziny" i to, żeby nie doznały krzywdy dzieci.
        potem ten przedwyjazdowy sms, że zgodzi się "złozyć stosowne deklaracje", jeśli
        ja "obiecam sie równiez popracować nad związkiem". nie mam pojęcia, co takiego
        zrobiłam, żeby usprawiedliwic jego postepowanie. nigdy nie dawał mi sygnałów,
        że nasz zawiązek jest zagrożony, nigdy nie stawiał ultimatów. nie miałam
        powodów, żeby w najgorszych snach przewidziec taki obrót sprawy.

        przeraża mnie ten jego emocjonalny chłód.
        boję sie mysleć, że miałam tylko grać rolę, którą dla mnie przewidział, i że
        nie była to rola pierwszoplanowa.
        że nie ma w nim uczuć, które kazałyby mu walczyć o związek.

        on czuje sie usprawiedliwiony.
        nie próbuje prosić mnie o wybaczenie.
        mówi tylko o dobru dzieci.
        Boże, ja nie chcę wyciągac z tego wniosków... jeszcze nie dzisiaj...

        jak sie zmienia hasło na tlenie?
        z pomoca Ducha świętego i przeglądarki.
        jest tam opcja "zmień hasło" dla tych, którzy zapomną starego. trzeba wpisać
        odpowiedż na pytanie, które ustaliło sie przy rejestracji. on je wpisał, a
        przeglądarka zachowała i wyświetliła, gdy najechałam kursorem na okienko
        odpowiedzi.
        żeby było romantyczniej, hasłem było miejsce, gdzie poznał ta panią, od której
        zaczęły sie moje podejrzenia.
        juz nie korzysta z tego konta. pewnie załozył sobie nowe, na które juz nie
        trafię.
        próbowałam w odruchu rozpaczy znależć jakiś program do łamania haseł
        pocztowych - znam adresy jego "koleżanek". kobiety sentymentalnie zostawiają
        sobie listy, pewnie miałabym lekturę na długie wieczory. niestety, nie mam
        pojęcia, jak obsłuzyć taki program.
        to nie tylko kwestia chorej ciekawości.
        może on juz sobie przemyslał i wycisza te znajomości? a może brnie dalej i to
        byłoby dla mnie dowodem, że nie warto juz mieć żadnej nadziei, że jest choćby w
        części tym człowiekiem, za którego go miałam?

        tak, nadzieja umiera ostatnia...

        wczoraj zdawało mi się, że Wasze odpowiedzi są takie strasznie czarne, bo
        opieracie sie w duzej mierze na swoich niewesołych doświadczeniach. że może w
        moim wypadku nie będzie tak strasznie, tak jednoznacznie bez wytłumaczenia,
        które dawałoby jakąs iskrę nadziei...

        dzisiaj juz nie wiem.


        • ivone7 Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 21:58
          wspolczuje Ci bardzo..bardzo trudno spada sie z wysokiego konia, podobno boli
          najbardziej...
          po takim szoku, juz nic nie bedzie takie samo...to byl pierwszy dzien Twojego
          Nowego Zycia, w ktorym otworzylas oczy...jak sie z tym uporasz, przemyslisz i
          zamkniesz ten rozdzial, obojetnie zostajac z nim, czy rozstajac sie bedzie
          Twoje Zupelnie Nowe Zycie, w ktorym bedziesz miala juz inny system wartosci,
          bedziesz inna, bardziej dojrzala kobieta..
          najgorzej zyc w pustce, w zawieszeniu a ty de facto wiesz na czym stoisz..tylko
          musisz to przemyslec, przewartosciowac, podliczyc za i przeciw dzialac i....zyc
          dalej..
          pamietaj tylko to ma byc Twoj wybor, jakikolwiek bedzie, Tobie tez ma byc
          dobrze..i bedzie
        • menab Re: mnie tu nie ma... 12.04.07, 23:04
          musisz myśleć, że to Tobie ma być najlepiej...Tylko tyle i aż tylesmile
        • z_mazur Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 09:09
          Alicjo, gdy tu trafiłem, też jeszcze miałem nadzieję na uratowanie mojego
          małżeństwa, też irytowało mnie czarnowidztwo wielu osób które wtedy się
          odezwały.
          To jednak normalne, to forum jest specyficzne. W większości są tutaj osoby,
          które albo przechodzą bardzo poważny kryzys w związku i już myślą o rozwodzie,
          albo są już w trakcie rozwodu, albo już po rozwodzie. Nie oczekuj że w takim
          towarzystwie znajdziesz wiele osób, które będą Cię wspierały w walce o Twój
          związek.
          Nikt nie twierdzi, że to niemożliwe, ale jest po prostu w większości tych osób
          sporo sceptycyzmu co do efektów.
          Jeśli rzeczywiście chcesz walczyć o swoje małżeństwo mimo zdrady męża, to
          musiałabyś zajrzeć też na inne fora, może coś o kryzysie w małżeństwie, albo
          problemach. Może tam znajdziesz więcej osób w podobnej do Ciebie sytuacji i
          uzyskasz wsparcie w swojej decyzji.
          Oczywiście tutaj jak widzisz też je dostaniesz, jednak musisz brać poprawkę na
          to, że jest tu np. sporo osób, które przechodziły podobne do Ciebie sytuacje i
          po rozstaniu z partnerem(rką) odzyskały równowagę i nie żałują decyzji. Często
          też czas poświęcony na nieudaną naprawę związku i walkę z kryzysem uważają za
          stracony.
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 11:22
            z_mazur, masz rację, to jest specyficzne miejsce... moze jednak wybrałam je
            dlatego, że są tu tylko ci, którzyjuz sporo przeszli.

            własciwie brakuje opinii, które sugerowałyby, że powinnam byc bardziej
            samokrytyczna.
            może przeoczyłam symptomy kryzysu? (przeoczyłam)
            jestem kiepska w kuchni? (jestem)
            w łóżku? (nie jestem)
            nie okazywałam mu wystarczająco dużo czułości i zainteresowania? (tak, wtedy,
            kiedy i mnie tego z jego strony brakowało)
            dawałam zbyt dużo swobody? (nie chcę związku, w którym powodem wierności jest
            brak okazji)
            uważałam, że skoro jestem od niego tyle młodsza, to już nie ma powodu, zeby
            sobie odmieniać? (niewykluczone)
            i tak dalej, i tak dalej...
            • tricolour Robisz błąd z założenia... 14.04.07, 11:33
              .. że można zrozumieć działanie drigiego człowieka i zrozumienie ukoi ból.

              To nie jest prawda. Jesli chcesz wiedzieć dlaczego Cię zdradził, to zapytaj
              zdrajcę, a nie szukaj winy w sobie, odpowiedzi na forum i w wyobraźni.
              • nie_alicja Re: Robisz błąd z założenia... 14.04.07, 11:39
                masz rację, tri.
                ale ja chcę zrozumieć, obojętnie, czy mnie to ukoi, czy zwiększy ból.

                tu nie szukam odpowiedzi.
                rozmawiam z tymi, którzy rozumieją moja sytuację, nie traktując jej jak
                artykułu w kolorówce.
                tylko i aż tyle.

                pytałam go.
                odpowiedział - nie wiem.
                może nasze milczenie teraz pozwoli mu dojrzeć do bardziej szczerej rozmowy.
                a może tylko mam taka nadzieję.
                • tricolour A co zrobisz jeśli nie ma odpowiedzi? 14.04.07, 11:48
                  Co zrobisz, gdy jego "nie wiem" jest właśnie prawdziwą odpowiedzią?

                  Bo ja tak właśnie widzę, że to "nie wiem" ma sens w odniesieniu dla waszego
                  związku - ot krótki, silny pociąg do innej kobiety, ale dłuższy czas, to... nie
                  wiem.

                  I co wtedy? Odpowiedź masz poniżej. Masz czekac i machać nóżką, aż facet COŚ zrobi.
                  • nie_alicja Re: A co zrobisz jeśli nie ma odpowiedzi? 14.04.07, 12:05
                    tri, jesteś fajny, naprawdę, Boże, ja potrzebuję męskiego oglądu na moja
                    smętnie damską załamkę...

                    (ale wiesz, między nami może byc tylko tak zwykła znajomośc, chociaz nie sądzę,
                    żebym zdobyła sie na nią w kształcie, akceptowanym przez mojego męża, pisząc Ci
                    o polewaniu peniska jogurtem smile))) )

                    (czy ja jestem normalna z tą idiotyczna wesołością? mm nadzieję, że to
                    histeryczne)

                    tak, będę sobie machać nóżką.
                    i machać...
                    aż mi sie zrobią żylaki.
                    • tricolour Pośmiejemy się razem... 14.04.07, 12:12
                      ... i może ja też coś napisze do swojej koleżanki z pracy... że bardzo jej było
                      do twarzy kiedy zlizywała mój jogurcik z peniska (też mojego).

                      Potem "przez lekkomyślność" zostawię to na kompie i przeczyta dziewczyna ma.
                      Hm... tu smiech się kończą, choć są tacy, których bawią pogrzeby. Nawet własne.
                  • jasminowo Re: A co zrobisz jeśli nie ma odpowiedzi? 14.04.07, 12:33
                    tricolour napisał:

                    > Co zrobisz, gdy jego "nie wiem" jest właśnie prawdziwą odpowiedzią?
                    >
                    - wiesz, czasem w zagubieniu, nie wiadomo nic.... przez chwilę...


                    ot krótki, silny pociąg do innej kobiety, ale dłuższy czas, to...
                    - dla swojek kobiety mialbyś wyrozzumiałość takową? dla "wypadku"...
                    >
                    > I co wtedy? Odpowiedź masz poniżej. Masz czekac i machać nóżką, aż facet COŚ zr
                    > obi.
        • nangaparbat3 Nie-Alicjo 13.04.07, 17:26
          piszesz:
          >>>>>>>>
          juz nie korzysta z tego konta. pewnie załozył sobie nowe
          Jak ma korzystać, skoro mu zmieniłaś hasło?

          a tak serio - jeśli bywaly ciche dni (wydaje mi się, ze juz tylko przemoc jest
          gorsza), jesli plakalaś przez niego, a on udawał, ze nie widzi, to było nad
          czym pracować. I ciagniecie zwiazku bez popracowania nad komunikacja nie ma
          sensu. A to jest wasza wspolna sprawa, nawet jeśli on tak bardzo zawinił.

          Mnie sie zdaje, ze ludzie nie mowią "przepraszam" wlasnie wtedy, kiedy naprawdę
          żałują, czy moze raczej - naprawde im głupio czy wstyd. Nie wiem, czy tak jest
          w tym przypadku, ale byc moze.
          Nie chcę przez to powiedzieć, ze powinnas mu wybaczyc czy cos z tych rzeczy -
          tylko Ty mozesz wiedzieć, czy to mozliwe.
          • jasminowo Re: Nie-Alicjo 14.04.07, 00:35
            nangaparbat3 napisała:

            >jeśli bywaly ciche dni (wydaje mi się, ze juz tylko przemoc jest
            > gorsza), jesli plakalaś przez niego, a on udawał, ze nie widzi, to było nad
            > czym pracować. I ciagniecie zwiazku bez popracowania nad komunikacja nie ma
            > sensu.

            - tak było u mnie niestety... latami a moze miesiacami? wydawało mi się, że
            świat mi gaśnie dookoła... w wolnych chwilach głównie towarzyszył mi róg łózka,
            kołdra i łzy...to był koszmar. I zadaję sobie pytanie czytając Wasze wypowiedzi
            - czy gdybym wtedy ja a nie facet znalazła sobie kogoś do pisania romantycznych
            maili, gdybym umówiła się z kimś zostałabym oceniona tak samo źle jak partner
            autorki wątku? Nie, w żaden sposób go nie usprawiedliwiam, tylko zastanawiam się
            głośno nad róznymi wersjami i tym jak niebezpieczne jest stawanie po którejś ze
            stron...

          • nie_alicja Re: Nie-Alicjo 14.04.07, 11:29
            może zrobić dokładnie to samo co ja - zmienić hasło. pytania pomocnicze
            zostawiłam bez zmian.
            nie zrobił tego. w tej skrzynce znalazłam nieotwarty list od tamtej, w którym
            pisze, że spodziewała się końca, ale nie tak szybko. i że strasznie jej smutno.

            zadrżałam z radości. więc natychmiast zakończył tą znajomość!
            a potem refleksja - a może ten list jest specjalnie dla mnie, żeby mnie zmylić?

            z jego komórki nie ma juz połączeń na jej numer.
            przestał się kontaktować!
            albo po prostu używa innego telefonu...

            i tak sobie wiszę.

            wczoraj zadzwonił mi na komórkę. nie odezwał się.
            potem przyszedł sms: "chciałem po prostu przez chwilę usłyszeć Twój głos. to
            nie dziecinada. przepraszam".

            prawie romantyczne.
          • nie_alicja Re: Nie-Alicjo 14.04.07, 11:31
            aha, i oczywiście masz rację, że powinniśmy od dawna pracować nad komunikacją.
            dotąd wydawało mi się, że skoro ma problemy z werbalizacją, możemy polegać na
            odczuciach i nie trzeba wszystkiego nazywać.
            no to juz wiem, że byłam w błędzie.
            • nangaparbat3 Re: Nie-Alicjo 14.04.07, 12:31
              Ale wiesz, ja sobie tak myślę, że skoro sie wydało, to jesli chcecie byc razem
              dalej - czy nawet jesli w ogole chcesz cos takiego rozważać, to jedynym
              wyjsciem jest rozmawiać - nie zagladać do poczty ani do komorki. Jak sama
              wiesz, to i tak nie daje zadnej pewności.
              Faktem jest, ze często doceniamy to, co mamy na co dzień, dopiero kiedy to
              tracimy. Wiec moze ten sms naprawde piekny. Ale możliwe, że on jest az tak
              wyrachowany - my tego nie mozemy wiedziec, ale Ty, po 14 latach zycia z nim,
              moze juz coś wiesz.
              Wydaje mi sie, ze gdyby mnie zdradził mężczyzna, z którym mimo to chcialabym
              zostać, spróbowałabym powiedzieć mu, co czuję (ale jak juz minie to co na
              wierzchu - gniew, uraza) - że może od tego zalezalaby moja decyzja : czy mogę
              mu bezpiecznie dla siebie powiedzieć prawdę (o bólu, rozpaczy, upokorzeniu,
              lęku przed porzuceniem).
        • kasper254 Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 22:06
          Kochana nie_alicjo
          dawno-dawno temu (dla mnie), chociaż czas fizykalny miał i ma inny kształt byłm
          w związku małżeńskim dwadzieścia parę lat. Młodziutka dziewczyna napisała mi na
          komórkę, że kocha mnie od paru miesięcy. Burzliwa znajomość majlowa, sms-owa i
          telefoniczna, a przy tym dwa czy trzy nie-zobowiązujące spotkania, trwały około
          2 miesięcy. Mówię "niezobowiązujące", bez ironii, sarkazmu itd. Dziewczyna ta
          miała problemy psychiczne, próbowała wcześniej popełniać samobójstwa, dobry,
          uroczy człowiek. Czemu odpowiedziałem na Jej sms? Tak pytała mnie też
          psycholog. Przez ostatnie kilkanaście lat nie słyszałem
          słowa: "kocham", "zależy mi na Tobie" itd. Ta dziewczyna kupiła mnie swoją
          odwagą, słodyczą, przy czym pewnie nie bez znaczenia było to, że urocza
          dwudziestolaparolatka napisała to mężczyżnie po 50-ce.
          Moja dzisiaj już była żona otworzyła moją pocztę. Na nic moje tłumaczenia, na
          nic rozpacz moja i córki. Najpierw była pierwsza sprawa rozwodowa (wycofana),
          potem druga - skuteczna.
          Wylądowałem u psychiatry, psychologów, a także innych fachowców. Po prostu
          rozstrzaskałem się. Załamała się córka. To wszystko minęło, ale jest we mnie i
          zawsze będzie.
          Czemu to piszę? Na forum czytasz: "nie daj się", "tak trzymaj" itd.
          Bzdura. Nie umiałbym patrzeć na inną kobietę, a tym bardziej po takich
          przeżyciach. Daj więc szansę swojemu partnerowi, czy On jest inny, niż ja?
          Może czuje, jak ja...Może nie umie, pognębiony, inaczej mówić, może nie umie
          prosić i błagać (ja to wszystko robiłem,walcząc o związek kilkanaście
          miesięcy). Po prostu podaj mu rękę. Najtrudniej jest wybaczać, "najpiekniej" -
          unieść się "honorem". Te wszystkie bzdety o zawodzie, utracie zaufania itd.
          Wszyscy w życiu mamy do popełnienia x błędów. Być może to ostatni Twojego
          partnera? Być może - będzie to uczciwy i lojalny człowiek na dalsze lata. Nikt
          nie zaręczy, że statek z połamanymi masztami nie wpłynie do portu. Po prostu
          wybacz. I tyle. Moja była żona tego nie umiała. Niech żyje dalej, z brzemieniem
          czyichś win i swoją postawą kata. Głupota być może umiera ostatnia, a nadzieja
          nie powinna nigdy umrzeć.Trzymaj się - dla Niego także, dla dzieci. I pieprz
          opinię innych, sfrustrowanych, zdziwaczałych egzekutorów. Idż za sercem. Nie
          przegraj tak łatwo tego związku. Wszystko masz do wygrania, a nic juz do
          stracenia. Nic nie jest warte rozbicia rodziny.
          • angoisse Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 23:06
            > nie powinna nigdy umrzeć.Trzymaj się - dla Niego także, dla dzieci. I pieprz
            > opinię innych, sfrustrowanych, zdziwaczałych egzekutorów. Idż za sercem. Nie
            > przegraj tak łatwo tego związku. Wszystko masz do wygrania, a nic juz do
            > stracenia.

            oki, nic juz nie ma do stracenia bo z odkryiem zdrady ten związek przestał
            istnieć


            >Nic nie jest warte rozbicia rodziny.


            tak..., tylko dlaczego zdradzacz o tym nie pomyślał zanim zdradził?? ale wymaga
            by osoba zdradzona tego się trzymała ??... no powiedz mi dlaczego?





          • turzyca Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 23:44
            Jakby na to nie patrzec, zdrada jest nie tylko pojscie do lozka. Czasem lozko
            jest najmniej wazne. To co zrobiles rani duzo bardziej. Zaangazowanie, czulosc,
            troska - mogles to dac wlasnej zonie, dales innej dziewczynie. Przyrzekles, ze
            uczynisz wszystko, aby wasze malzenstwo bylo zgodne, szczesliwe i trwale i
            zlamales te przysiege. Zdradziles swoja zone.
          • z_mazur Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 23:52
            Kasprze, nie bierzesz pod uwagę tego, że po zdradzie to osoba zdradzona bierze na siebie ten większy ciężar mimo, że to ona została zraniona. Nie każdy może mieć na to ochotę i ma do tego prawo.

            Zdradzacz wystarczy, że okaże skruchę i z jego strony to cały wysiłek emocjonalny. Natomiast reszta jest po stronie osoby zranionej. To ona musi postarać się na nowo zaufać odbudować poczucie własnej wartości, wybaczyć i jeszcze na dodatek jakby nie robiła specjalnych wyrzutów tylko po prostu przyjęła fakt. Nie można tego od nikogo wymagać, a już napewno nie powinna tego robić osoba, która dopuściła się zdrady.

            To do osoby zdradzonej należy decyzja, czy woli się "łatwo" unieść honorem, czy ma zamiar wykonać tą pracę, bo w sumie dla kogo??? Dla siebie??? Nie, paradoksalnie dla osoby która ją zawiodła.
          • jasminowo Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 00:38
            Ująłeś mnie... pomijając wszystko - najważniejsze jest spróbować, otworzyć się i
            spróbować. Mediacje, psychologowie, jeśli ma się odwagę być szczerym - po to są,
            żeby pomóc...
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 11:34
            dzięki, że to napisałeś.
            to ciągle daje mi nadzieję, że może ocalało coś, o co warto się starać...
          • phokara Re: mnie tu nie ma... 14.04.07, 12:39
            Panie Kasper,
            A mógł Pan przemówić naprawdę pieknym głosem - stanowiacym przeciwwagę dla
            postaw tych, których Pan określa "sfrustrowanymi egzekutorami". To mógł być
            naprawdę wartościowy post, pod którym sama mogłabym się podpisać, jak pod
            zdaniem, że to nieprawda, że statek z połamanymi masztami nie wpłynie do portu.
            Sama twierdzę, że nie ma reguł, i że zdrada nie jest wystarczającym powodem do
            robienia z życia rumowiska - bo ważne jest, co tak naprawdę za nią stoi.

            Czyli niby teoretycznie się zgadzamy.

            Ale Pan prosze Pana, napisał post brzydki i odrzucający. Bynajmniej nie z
            powodu historii o młodziutkiej dziewczynie, z którą miał Pan "niezobowiązującą
            znajomość" - też pisze to bez grama ironii, bo nie takie rzeczy występują w
            przyrodzie i świat się od nich bynajmniej nie wali. I myślę, że Pana świat też
            się nie zawalił wcale przez owo zdarzenie, tylko gdzieś dużo wcześniej - bo
            jeśli przez "ostatnie kilkanaście lat" nie slyszał Pan od żony słowa "kocham"
            czy "zależy mi na tobie" - to raczej nie świadczy dobrze o kondycji związku, w
            którym Pan byl, i za którego połowę odpowiadał. Taka prawda.
            Już sam ten fakt daje mi prawo (zacytuję za Panem): "pieprzyć Pana opinię" ale
            to jeszcze mną jakoś specjalnie nie wstrząsnęło, bo każda z osób tu piszących
            ma na swoim koncie jakieś grzechy zaniedbania i "prawo do błędów", oczywiście,
            zgadzam się - to nasze ludzkie prawo, choć dość mocno dał mi do myślenia ów x z
            przodu. Prawo do x błędów. Rozumiem, że mozna tu sobie wpisywać dowolna ilość,
            nawet plus nieskończoność. Ok. Bardzo wygodna postawa i w sumie słuszna, bo w
            końcu nie wiemy ile tych błedów popełnimy w życiu, to nie ma co zakładać z
            góry. A partner ma 'x' razy wybaczać. Nie, nie wybaczać - tylko "PO PROSTU"
            wybaczać. Napisałabym Panu, z własnego doświadczenia, że to wcale nie jest
            takie bardzo proste, jak się wydaje, ale mi się nie chce, bo znowu musialabym
            klepać o utracie zaufania, zawodzie i tym wszystkim, co Pan określił
            mianem 'bzdetów'. Zgadzam się - szkoda czasu na bzdety.

            To przejdę do sedna. Obrzydliwie pisze Pan o swojej ex żonie. Może inaczej -
            Pan wcale o niej nie pisze, bo Pan pisze wyłacznie o sobie i swojej krzywdzie.
            Rozumiem, że czuje się Pan "pognębiony" - wrednie i niesprawiedliwie, czyli
            tak, jak sporo z tu piszących osób. To rozumiem. I nawet dużo więcej. Natomiast
            przeraża mnie zdanie:

            >Moja była żona tego nie umiała. Niech żyje dalej, z brzemieniem
            > czyichś win i swoją postawą kata.

            Chyba nigdy nie przeczytałam na tym forum równie wstrętnych życzeń dla ex. I
            coś Panu poradzę. Niech Pan nie bierze przykładu z ex żony-kata, która "nie
            umiała" - niech Pan jej PO PROSTU wybaczy. Ludzie w końcu mają prawo do
            popełniania błędów, jak Pan słusznie zauważył, a nawet do 'x' błędów. Choć
            nigdy nie ma pewności, czy tam, gdzie ktoś widzi błąd, ktoś inny nie zobaczy
            szansy. Dlatego autorka wątku sama zdecyduje, o co będzie grać, bo to jest
            wybór podejmowany solo, niezaleznie od głosów "sfrustrowanych, zdziwaczałych
            egzekutorów", których Pan sam jest wręcz modelowym przykładem. A szkoda. Bo
            mógł Pan napisać naprawdę piękny post, wzbijając się ponad gorycz
            rozczarowanego faceta po pięćdziesiątce, który na skutek splotu
            różnych "bzdetów" i niesprawiedliwości kosmosu, znalazł się w dupie życiowej.

            I refleksja ostatnia - żeglarska. Statek z połamanymi masztami oczywiście
            wpłynie do portu, tylko zanim się wygłosi tak piękną sentencję, warto się
            zastanowić, czy ten statek w ogóle ma maszt.
            • tricolour Wszelki duch Pana Boga chwali... 14.04.07, 12:46
              ... znaczy, cześć.

              smile
              • phokara Re: Wszelki duch Pana Boga chwali... 14.04.07, 12:52
                Cześć Wszelki Duchu.
                ha ha
                • tricolour Co Cię skusiło do wejścia na forum? 14.04.07, 12:54
                  Stęskniłas się?

                  Bo ja mam dyżur i siedzę do 15...
                  • phokara Re: Co Cię skusiło do wejścia na forum? 14.04.07, 12:59
                    Pewnie, że się stęskniłam. Ja to juz po prostu mam słabość do wredzioli i tym
                    podobnych wirtualnych zboczeńców, ha ha.
                    Mam dyżur przy pralce, ale zaraz się kończy. Na szczęście, bo pogoda
                    zdecydowanie wakacyjna.
                    • tricolour Też dyżuruję w domu... 14.04.07, 13:03
                      ... bo generalnie mam taką możliwośc, byle telefon i dwa kompy były włączone. Na
                      razie spokój "w regione", to też robię pranie, które już sie płucze.

                      Pięknie zaczęła sie wiosna, w maju jadę na Kaszuby, na tydzień... hm... miło Cię
                      widzieć... za dużo piszę.

                      smile
                      • phokara Re: Też dyżuruję w domu... 14.04.07, 13:17
                        Nie za dużo - w sam raz, romansu nam raczej nie udowodnią, haha. A jeśli nawet -
                        to by dopiero było, oberwać za niewinność, bez żadnej frajdy. Typowo w moim
                        stylu.

                        W maju śmigam na żagle i mam nadzieję, że będę w stanie wpływac do portu, nawet
                        jak połamiemy maszt. Poza tym - absoltutna wywrotka wszystkiego w życiu, z
                        robotą na czele, więc jest wesoło. Ale chciałam to mam. Tylko czasu nie mam na
                        forum, co z drugiej strony jest objawem optymistycznym, jakby nie było.
                        To tak w skrócie. Spadam na zieloną trawkę, bo organizm domaga się tlenu.
                        buziaki (a co!)
                        • tricolour Buziaki... 14.04.07, 13:22
                          ... a co.

                          Cholera. Problem jest, kiedy szybciej się mysli niż się czyta, kiedy wyobraźnia
                          podsunie możliwe rozwiązanie zanim oko zanalizuje kolejne słowo.

                          "bo organizm domaga się tlenu". Zanim przeczytałem "tlenu", to wyświetliły mi
                          sie całkiem przyjemne sceny z zielonej trawki.

                          smile
                          • jarkoni Re: Buziaki... 14.04.07, 22:26
                            Ech Tri, twardzielu i zwycięzco...a ja tak nijako się starałem zwerbalizować
                            uczucia do Lady P. I to już chyba ze 2 lata co najmniej..I nico wyszło
            • angoisse Bravo Phokara 14.04.07, 21:58

              Super rozwinełaś i nazwałaś to uczucie niesmaku i mdłości jakie miałam po
              przeczytaniu wypowiedzi Pana Kaspra.
            • kasper254 Do phokary,ale jednak do nie_Alicji 14.04.07, 23:02
              Nie zamierzam pisać pięknym głosem (co to jest piękno?).Nie zamierzałem nikogo
              obrażać - jeśli tak się stało - przepraszam. Jeśli mój post jest wstrętny także
              przpraszam. On ma dotrzeć do Autorki tematu. Nie zamierzałem zwierzać się z
              historii swojego życia. Nie piszę "obrzydliwie" o swojej eks-żonie.
              Powiedziałem tylko, że będzie żyła z brzemieniem czyichś win i swoją postawą
              kata. Gdzie tu miejsce na obrzydliwości? Oczywiście, że i ja ponoszę winę za
              to, że niesłyszałem od Niej słowa: "kocham". Dyskurs tego typu ma to do siebie,
              że mówimy skrótami. Ja mojej eks-żonie współczuję z całego serca. Zniszczyła
              cały nasz dom, chciała jeszcze spalić ziemię, na której on był. To nie
              przenośnie - to prawda, a ja nie mam zamiaru się zwierzać. Ona i najbliżsi -
              rodzina i przyjaciele wiedzą najlepiej. To ja zrobiłem błąd, czego żałowałem i
              dawałem temu wyraz. Na szali z jednej strony był rozwód, z drugiej - szczeście
              mojej rodziny, szczęście córki. To okrucieństwo niszczyć wszystko w imię
              fanaberii, c hwilowej dumy, chwilowej myśli o wolności, o układaniu sobie
              nowego życia. Etos matki-Polki? modern-honoru? W życiu coś się przysięga - na
              stałe. W życiu zdarzają się błędy. Życie to nie ćwiczenie z logiki, które
              przepracowują obecnie wyemancypowane kobiety. Znam jedną. Rzuciła porządnego
              faceta (nie pije, nie pali, nie wałęsa się, być może jest trochę nudny, ale
              przy tym bardzo mądry), bo, ja mówi wszystkim wkoło, on tylko pracował, całymi
              dniami go nie było w domu. Odczuwała pustkę. Zakleja ja teraz innym. Znów za
              parę lat ta wyemancypowana kobieta znudzi się i jak dziecko odstawi zabawkę do
              kąta.
              Zegar katów szybciej bije niż ofiar. Tak myślę. Phokaro (po co to: Panie
              Kasprze?), nie jestem rozczarowanym facetem po 50-ce. Nie znalazłem się
              w "dupie życiowej" ( po co tak ostro, gdy mówimy o tak poważnych sprawach?).
              Jestem w szczęśliwym związku z dziewczyną - dobrą, szlachetną, mądrą. Nie z tą,
              która weszła tak nieszczęśliwie w moje życie. Z aktualną moją partnerką - żoną
              już - staram się tworzyć harmonijny związek. Dbam o każdy dzień i wiem, że
              nigdy nie odpowiem na żadnego sms-a o miłości do mnie.Tak na marginesie
              rozważań - nigdy nie rozbiłbym rodziny dla nikogo. Nie chciałem tego jednak.
              Tak wyszło. Zapłaciłem za to, w tym utrata zdrowia.Za mną rozpacz mojej
              pierwszej rodziny i moja rozpacz. Nie chciałbym przeżyć tego znowu; to
              najstraszniejsze chwile mojego życia. Zawalił mi się cały świat.
              Wybacz, nie_alicjo. Jeśli jest chociaż cień szansy - po prostu wybacz. Tak
              trzeba. Nie można inaczej. Z obrazem ruiny mojej rodziny będę szedł do
              śmierci. Wierz mi- to okropny ciężar. Tym bardziej, gdy się widzi płacz
              dziecka. Życie jest bardzo krótkie, za coś i za kogoś odpowiadamy. Dumy,
              honory, zaufania przez duże Z - to nic wobec ogromu kosmosu i człowieczeństwa.
              Daj szansę swojej rodzinie. Nie rozbijaj jej. Bij się o nią, dopóki można. Ile
              Ci sił starczy.
              • jasminowo Re: Do phokary,ale jednak do nie_Alicji 14.04.07, 23:17
                Chcę Ci coś powiedzieć. Nie wszystko co napisałeś mi się podoba, nie ze
                wszystkim się zgadzam. Nie będę jednak szczegółowo odnosiła się do każdego ze
                zdań. Chcę tylko żebyś wiedział, że nie usprawiedliwiam tego co zrobiłeś, nie
                usprawiedliwiam Twojej byłej żony. Ale czuję. Czuję ten ból. Po obu stronach.
                Ten ból konsekwencji głupoty. A może słabości. Nazwa jest tylko nazwą. A moje
                czucie innych moim przekleństwem. Tak wyszło powiadasz? Jakoś mnie mocno boli
                ten zwrot ale wierzę, że słono zapłaciłeś za to. I chciałaby żeby po prostu to
                było przestrogą, morałem, jak w zakończeniach bajek. Do wykorzystania dla
                innych. Dla mnie może w przyszłości jeżeli kiedykolwiek jeszcze będę miała taką
                możliwość choć w tej chwili bardziej prawdopodobne jest spotkanie Marsjan...
              • phokara Re: Do phokary,ale jednak do nie_Alicji 15.04.07, 11:13
                Kasper,
                Widzisz - napisałeś drugi post, w innym tonie, i powiem Ci, że ten bardziej do
                mnie przemawia niż poprzedni, zwłaszcza ten motyw współczucia dla żony -
                "kata". I specjalnie piszę to w cudzysłowiu, bo wiem, że gdyby na tym forum
                napisała Twoja ex małżonka, historia, której bysmy wysłuchali zapewne
                brzmiałaby całkiem inaczej. Doprawdy, granica pomiędzy katem a ofiarą bywa
                bardzo płynna, w takiej historii, jak Twoja - każde bywa i jednym i drugim. Tak
                po prostu jest. Ja osobiście nie wierzę w żadną jednostronną prawdę - a
                zwłaszcza oznajmianą tonem tak kategorycznym i bezkompromisowym, jak w
                pierwszym Twoim poście. Nie było w nim grama empatii - nie dla ex -zony (kata)
                ani nawet dla matki Twojego dziecka, ale dla KOBIETY, dla człowieka, z którym
                byłeś tyle czasu, i który ma prawo do do własnych uczuć i wlasnych błędów,
                niezależnie od 'pełnionych funkcji'. Rozumiesz?
                Piszesz o "fanaberiach, chwilowej dumie, modern-honorze" - to jest Twoje
                spojrzenie na czyjąś postawę, to jest Twój osąd czyjegoś wyboru. Masz do niego
                prawo. Ale on wcale nie musi być słuszny i prawdziwy. Nie wierzę w to, że
                kobieta, która kocha, przekreśla łatwo tyle lat, w imię jakiejś dumy czy
                impulsu złości - nie znam takich kobiet. Piszesz nieustannie o "okrucieństwie",
                a ja się buntuję przeciwko tak gładko przypinanym łatkom, piszesz o "szczęściu
                Twojej rodziny i szczęściu córki" - a ja się pytam, gdzie w tym jest miejsce
                na 'szczęście' tej kobiety, z którą byłeś? No gdzie? Być może ona już naprawdę
                nie widziała możliwości pozostania w tym układzie, i jej decyzja nie była
                demonstracyjnym 'strzeleniem focha' - tylko gigantyczną wyrwą w jej życiu,
                walką o coś dalej. Nie wszyscy mają siłę do poświęceń i nie wszyscy potrafią
                naprawiać coś, w czego naprawę nie wierzą. To musi być głębokie, wewnętrzne
                przekonanie jednostki, że tego chce i tylko wtedy taka walka ma sens i wynika z
                niej wiele dobrych rzeczy, a nie narastająca frustracja i poczucie klęski.
                Każdy dźwiga jakiś garb na plecach i nie mamy prawa szacować jego ciężaru. Ale
                przede wszystkim nie mamy prawa wymagać, żeby dorzucił sobie następny garb,
                jeśli nie czuje się na siłach. I naprawdę "emancypacja" nie ma tu nic do
                rzeczy - to są generyczne rozważania na temat kondycji jednostki, a nie
                artykuły z durnych, kolorowych czasopism.
                Piszesz, że życie jest bardzo krótkie, i że zawsze za cos i za kogoś
                odpowiadamy. To prawda. Przede wszystkim odpowiadamy za siebie. I każdy ma
                tylko to jedno, krótkie życie - zapasowego nie będzie. Każdy ma prawo do
                błędów - ja, Ty, Twoja ex i obecna żona. Żadne nie będzie szczęśliwe realizując
                model życia, w który nie wierzy, i na który nie ma siły - naprawdę takie
                poświęcenie sprzeczne z wewnętrznym imperatywem dopiero rodzi okrucieństwo i
                zło. Tylko nie tak spektakularne jak rozwód - nie widzi się tego, gdzieś się to
                rozmywa w powtarzalnym korowodzie dni. I to jest dopiero przerażające.

                Powtórzę to po taz setny na tym forum - jestem za dawaniem jednej szansy. To
                jest szansa, którą się daje nie tylko partnerowi, ale przede wszystkim sobie.
                Żeby miec poczucie, że się zrobiło, co można - i żeby nikt za jakiś czas nie
                nazwał nas "okrutnym katem". Naprawdę, cena jaką się płaci za takie decyzje
                jest zbyt duża, żeby potraktować to wszystko na zasadzie logicznych łamigłówek
                i honorowych rozgrywek. ALE - to jest indywidualny wybór każdego z nas. I jeśli
                może w nas przez to potem rzucic kamieniem, to tylko my sami. Koniec.

                Twoja historia (jak każda zresztą) ma więcej morałów niż ten jeden - "że nic
                nie jest warte rozbicia rodziny". Życie jest tego warte. Jesteś z nową kobietą.
                Starasz się o harmonię w tym związku - czegoś się nauczyłeś, cos straciłeś -
                coś za coś. Wszystkich to dopada.
                Oczywiście, będziesz do końca żył z poczuciem klęski i rozczarowania za
                rozbicie rodziny. Ale będziesz żył.



              • sonrisa3 Re: Do phokary,ale jednak do nie_Alicji 15.04.07, 19:08
                Dopiero dzisiaj zaczęłam czytać ten wątek. Wpadłam w stan lekkiego szoku po
                przeczytaniu postów Kaspra. Przecierałam oczy ze zdumienia. Latek już sporo
                mam, niejedno widziałam, ale takiego odwracania kota ogonem, całkowitego
                rozgrzeszania siebie i braku jakiejkolwiek refleksji na swój temat, to często
                się nie widuje.

                > Powiedziałem tylko, że będzie żyła z brzemieniem czyichś win
                Taki los każdej oszukanej kobiety. To brzemię zostanie na niej na długo, ale to
                nie ona sobie je na siebie założyła. Powiem więcej - daję głowę, że wolałaby
                żyć bez tego brzemienia, które narzuciłeś jej własnie Ty.

                >i swoją postawą kata.
                Kata? Dlaczego kata? Piszesz tak, jakby wybaczenie wszelkiego rodzaju należało
                Ci się niejako z urzędu. A jeśli ktoś Ci nie wybaczy TWOJEJ winy, to
                automatycznie winien staje się on, a nie Ty?

                > Zniszczyła cały nasz dom
                Wiesz, nazwę rzecz po imieniu - przejawiasz wielki tupet pisząc o niej takie
                rzeczy. Przypomnij sobie kolejność wydarzeń. Czy to aby na pewno ona
                zniszczyła? Nie miałeś przypadkiem wielkiego w tym udziału?
                Facet zdradza a okazuje się, że to żona zniszczyła, bo jak śmiała mu nie
                wybaczyć??? Śmiać się nad takim zdaniem czy płakać trzeba?

                > To ja zrobiłem błąd, czego żałowałem i dawałem temu wyraz.
                Jeśli tak łatwo przyznajesz sobie prawo do błędu, błędu bardzo wielkiego
                kalibru, bo doprowadził do rozpadu Twojej rodziny, to może przyznaj takie samo
                prawo Twojej ex-żonie. Może ona też zrobiła błąd żądając rozwodu, trudno tu
                wyrokować nie znając całej Waszej historii, ale z łaski swojej nie obwiniaj jej
                za zniszczenie rodziny, bo można co najwyżej przyznać, że oboje ją
                zniszczyliście swoimi "błędami" a i to takie twierdzenie jest mocno naciągane,
                bo dużo wiekszą winę widzę w Tobie.

                > To okrucieństwo niszczyć wszystko w imię fanaberii, chwilowej dumy, chwilowej
                myśli o wolności,
                Nooo, mój drogi... a niszczyć wszystko w imię chwilowej fascynacji młódką, w
                imię podnoszenia własnego męskiego ego i chęci usłyszenia jednego "kocham" z
                ust zapatrzonej w Ciebie maślanym wzrokiem panienki, to oczywiście nie jest
                według ciebie okrucieństwo?
                Niszczyć fundamenty związku- zaufanie i poczucie miłości - w kobiecie, z która
                dzieliło się życie, to taki mały pikuś a nie okrucieństwo?

                >o układaniu sobie nowego życia.
                A o swoim układaniu sobie nowego życia, przynajmniej tymczasowo, na dwa
                miesiące, tutaj nie wspomnisz?

                >nie tą która weszła tak nieszczęśliwie w moje życie.
                Acha, czyli ona też jest winna, bo jakże mogła wejść w twoje życie... naprawdę
                widzisz winę we wszystkich, tylko nie w sobie?
                Wystarczyło nie wpuścić napalonej pannicy w swoje życie.

                > Tak na marginesie rozważań - nigdy nie rozbiłbym rodziny dla nikogo.
                Może i nie chcialeś ale już to zrobiłeś. Każdy zdradzacz w momencie decydowania
                się na romans w jakiś sposób rozbija rodzinę. Romanse najczęściej wychodzą na
                jaw, wtedy rodzina tak czy tak jest w jakiś sposób rozbita.
                Albo faktycznie - przez rozwód, albo przez zanik podstawowych w niej elementów
                czyli bliskości i zaufania.
            • pszczolkalodz Re: uwielbiam Cie 15.04.07, 17:39
              Moja droga pod Twoja wypowiedzia na temat wywodow Pana Kaspra podpisuje sie
              obiema rekoma, nogami i wszystkim co mam. dziekuje Ci za ta odpowiedz, choc sie
              nie znamy, to wiedz ze masz we mnie bratnia dusze. Jeszcze raz wielkie DZIEKI.
              A do Pana Kaspra Napisze jedno: szkoda mi Pana z calego serca, jest Pan
              zadufanym, malym czlowiekiem, podziwiam Pana żone, ze tyle lat z Panem
              wytrzymala. Bardzo szybko sie Pan rozgrzeszyl po tym co Pan zrobil wlasnej
              rodzienie i corce. To tyle
            • sonrisa3 Re: Phokara! 15.04.07, 19:09
              Pho, jak miło znowu Cię widziećsmile
            • marek_gazeta Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 17:47
              Spojrzałem w lustro i ujrzałem wyjątkowo obrzydliwego i wyjątkowo zdziwaczałego egzekutora. Brrr..., nigdy więcej.
    • misbaskerwill Witaj... 13.04.07, 12:29
      Współczuję Ci.
      To tak, jakbym czytał swoją historię sprzed ponad roku.
      Też dziwne maile, z dziwnego konta...
      Na początku myślałem, że to jakiś dowcip, żeby mi dopiec...
      Nieprzespana noc, drukowanie korespondencji miłosnej o świcie...
      Oj tak - bardzo pięknej. Choć tak zakłamanej...
      Faktycznie - już następnego dnia okazało się, jak to wszystko dla nich niewiele
      znaczyło.
      I jeden związek i drugi...
      Zdradę można wybaczyć.
      A kłamstw, podwójnej gry, wiecznego oszukiwania...
      Ja bałem się - jeśli tak łatwo i szybko mnie oszukała, to nie będzie żadnego
      powodu, by tego dalej nie robiła.
      A nawet jeśli wybaczysz (tak, człowiek wiele potrafi znieśćsmile) - pamiętaj -
      jest to prawdziwy nałóg i bez kompleksowego leczenia on się nie zmieni.
      Co pewnie już sama stwierdziłaś.
    • virtual_moth Re: mnie tu nie ma... 13.04.07, 19:38
      Chyba przestabnę czytac tego typu historie - wszystko do mnie wróciło, a było
      to już 3,5 roku temu. Na chwilę poczułam znowu ten ból...

      Teraz już mało co czuję, czasami tylko wsciekłosc gdy czytam na jakimś
      forum "jesteś winna, bo wybrałaś takiego człowieka, gdzie mialaś oczy". Nie
      dziwię się jednak - lepiej nie wiedziec, że istnieją na świecie ludzie zdolni
      do podwojnego życia, nikczemności, zręczni mitomani, manipulatorzy,
      inteligentni i uroczy psychopaci niezdolni do uczuć wyższych, a potrafiący
      perfekcyjnie je udawać. Lepiej nie wiedzieć, że często nie sposób
      odróżnić "wspaniałego, ciepłego człowieka" od prymitywnego kopulanta, który
      udaje i "tworzy" sobie zwyczajną osobowość by ułatwić zaspokajanie swoich
      prymitywnych i jedynych potrzeb.

      Ja jednak wiem i nie wiem, czy kiedykolwiek komuś jeszcze zaufam.
    • maleme do: kasper254 13.04.07, 23:42
      zakładając, że napisałeś "prawdę i tylko prawdę": jest chyba różnica między
      2-miesięczną "niezobowiązującą" (bez sarkazmu) znajomością; a nałogowym
      ,trwającym co najmniej kilkanaście lat zdradzaniem kobiet, które przecież
      dobrowolnie i bez przymusu wybrało się na swoje partnerki; a taki wizerunek
      wyłania się z opowieści założycielki wątku. Ty wydajesz się nie dostrzegać tej
      różnicy, dziwne... No i dlaczego do Rodziny jako Najwyższej Wartości odwołuje
      się ten, który tę Rodzinę zdradził?
      OK, dla Ciebie mogę zostać kolejną sfrustrowaną, zwisa mi
    • a-iko A gdyby... 14.04.07, 09:15
      ....sprobowac oddzielic emocje zwiazane z odkryciem zdrady? I zastanowic sie,
      co jest wartosciowego w tym zwiazku, w tym czlowieku, w waszym wspolnym zyciu?
      Czy po dokonaniu bilansu-nadal bylaby wratosc ujemna?
      Przeszlam przez zdrade-nie zabolala swiadomosc fizycznych kontaktow a fakt
      zaangazowania emocjonalnego.Ja taki bilans zrobilam-i probowalam, probowalismy-
      przez ponad 3 lata.Nie wyszlo-ale nie dlatego, ze wizja panny spac mi po nocach
      nie dawala-wydarzyly sie duzo gorsze rzeczy, ktore w efekcie przewazyly.
      Bylismy razem 20 lat i decyzja o rozstaniu byla jedna z najtrudniejszych, ktora
      podjelam-przy czym naprawde zdrada miala marginalne znaczenie.
      Pozdrawiam, zyczac sily-a tej bedzie Ci potrzeba naprawde mnostwo.
      • nie_alicja Re: A gdyby... 14.04.07, 11:47
        tak własnie chcę zrobić.
        w ogóle jakoś dziwnie mało we mnie emocji, staram się pozbierać chłodnym
        rozumowaniem, jakims bilansem, swoim subiektywnym obiektywizmem...

        dotąd uważałam, że radykalne wydarzenia wymagają radykalnych rozwiązań.
        dziś zastanawiam się, czy walizki za progiem to najlepsze wyjście.

        jeszcze nie wiem.
        teraz wiele zależy od jego reakcji.
        czy będzie potrafił być wobec mnie wreszcie całkiem szczery.
        czy w tej szczerości dostrzegę cos więcej, niż tylko strach, ze straci stabilne
        i uporządkowane życie.
        że coś będzie trzeba powiedzieć dzieciom.

        jedno wiem juz na pewno - nie potrafię jednym ruchem przekreślić czternastu
        wspólnych lat.
        dowiaduję się o sobie zupełnie nowych rzeczy.
        "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono"...
    • tricolour Kilka słów do Nie_Alicji... 14.04.07, 11:45
      ... wiesz, czego wyrazem jest zdrada?

      Najwyższego lekceważenia Ciebie, pogardy dla Twojej kobiecości i wystawieniem
      jej na pośmiewisko. Podeptaniem Twojej godności i olaniem ciepłym strumieniem
      małżeństwa i wspólnych lat.

      Możesz się zastanawiać gdzie leży część Twojej winy, czy dobrze gotowałaś
      roladki i piekłaś kruche ciasta, czy pięknie wysławiałaś swoje potrzeby - proszę
      bardzo, ale to guzik da.

      Mąż NIA MA PRAWA zdradzać żony. Odebrał sobie to prawo świadomie i dobrowolnie
      podczas slubu, na co są dowody na papierze i zeznania świadków. Na jego zdradę
      nia ma żadnego wytłumaczenia, a tym bardziej usprawiedliwienia.

      Teraz on ma naprawić wyrządzoną Ci krzywdę, on ma zrobić takie rzeczy, byś Ty
      odzyskała wiarę w niego. Ma te rzeczy wymyslic sam i mają być to takie kurioza,
      które zatrą pogardę i poniżenie. Ty masz prawo przyjąć jego starania lub nie.
      • nie_alicja Re: Kilka słów do Nie_Alicji... 14.04.07, 11:58
        dzieki, tri smile

        ja nie wiem, czy on zechce zrobic którąkolwiek z rzeczy, którą teraz powinien...
        od kilku osób usłyszałam niedawno "no wiesz, to strasznie przykre, ale przecież
        faceci tak mają... on jest fajny i przystojny, kobiety na niego lecą, więc
        wiesz... musisz spojrzeć z dystansu, przecież to takie nagminne..."

        przez chwilę zamieszało mi się w glowie, wiesz?
        ale teraz dzięki.
        przecież Ty TEŻ jesteś facetem.
        uffff.
        • akacjax Re: Kilka słów do Nie_Alicji... 14.04.07, 12:02
          Należy uwalniać świat od przekonania-faceci tak mają!
          Bardzo trudne, ale dla dobra samych facetów właśnie...
        • tricolour Hm.. też dziekuję... 14.04.07, 12:03
          ... smile))

          Pieprzyć osoby, które chcą Cię zbyć płytkimi tekstami.

          Wiem, jak faceci mają: potrafia latami całymi chodzić za kobietą, którą ich
          pociąga. Potrafią zdobyc się na szaleństwo lub pokorę, potrafią zmierzyć się z
          całym światem, by zdobyc ukochaną. Zmienią znajomych gdy będą wyrażali się
          "niepoprawnie" o wybrance, staną w jawnym i otwartym konflikcie ze swoją
          rodziną, która nie zgodzi się na wybrankę ich serca. Wywołają wojnę i spalą Troję.

          Tak też mają faceci.
          • akacjax Re: 14.04.07, 12:17
            Ale nie znaczy, że to ma usprawiedliwiać łamanie zawartej umowy.
          • jasminowo Re: Hm.. też dziekuję... 14.04.07, 12:34
            tricolour napisał:

            > ... smile))
            >
            > Pieprzyć osoby, które chcą Cię zbyć płytkimi tekstami.
            >
            > Wiem, jak faceci mają: potrafia latami całymi chodzić za kobietą, którą ich
            > pociąga. Potrafią zdobyc się na szaleństwo lub pokorę, potrafią zmierzyć się z
            > całym światem, by zdobyc ukochaną. Zmienią znajomych gdy będą wyrażali się
            > "niepoprawnie" o wybrance, staną w jawnym i otwartym konflikcie ze swoją
            > rodziną, która nie zgodzi się na wybrankę ich serca. Wywołają wojnę i spalą Tro
            > ję.
            >
            > Tak też mają faceci.


            A gdzie oni są??? Ja chyba ślepa jestem i to pytanie wcale a wcale nie jest
            złośliwe, tylko takie smutne, przez łzy.
          • m_niczka Re: Hm.. też dziekuję... 15.04.07, 14:56
            tricolour napisał:

            >>
            > Wiem, jak faceci mają: potrafia latami całymi chodzić za kobietą, którą ich
            > pociąga. Potrafią zdobyc się na szaleństwo lub pokorę, potrafią zmierzyć się z
            > całym światem, by zdobyc ukochaną. Zmienią znajomych gdy będą wyrażali się
            > "niepoprawnie" o wybrance, staną w jawnym i otwartym konflikcie ze swoją
            > rodziną, która nie zgodzi się na wybrankę ich serca. Wywołają wojnę i spalą
            Tro
            > ję.
            >
            > Tak też mają faceci.

            Tak i owszem, potrafią przenosić góry, jeśli im zależy... pytanie tylko co się
            dzieje, gdy przestaje im zależeć? Ja chyba wiem... pozostaje tylko popiół... i
            to nie tylko po Troi... oczywiście do czasu kolejnego szleństwa, kolejnego
            uniesienia, kolejnego pożaru, kolejnej Heleny...
            wiem wiem, że to raczej nie do tematu, ale nie mogłam sie powstrzymać wink
        • anja_pl Re: Kilka słów do Nie_Alicji... 15.04.07, 09:31
          moja teściowa też mi próbowała wmówić, że każdy mąż zdradza żonę,
          ale miała pecha: moi rodzice byli najlepszym zaprzeczeniem tego,
          a na dodatek, jej własny zięć sprowadził ja "brutalnie" na ziemię, mówiąc, że
          może straci w jej oczech jako mężczyzna, ale on nigdy nie zdradził ich córki i
          nie zamierza,

          nie dajcie sobie kobiety wmówić, że faceci tak mają, jest to tylko i wyłącznie
          teza utworzona przez facetów, dla wytłumaczenia facetów,
          teza ta jednocześnie sugeruje, że nie mają oni rozwinietego mózgu, ale
          ulegając "męskiej naturze", myślą "wacusiem", ale o to chyba nie chodziło
          autorom tezy wink)))
          ewolucja jest bezwzględna: organy nieużywane zanikają...wink)))
      • nangaparbat3 słuchaj, Tri 14.04.07, 12:35
        ktoś, kto robi coś zlego, poniza sam siebie. To przede wszystkim jego problem.
        To siebie wystawia na posmiewisko. Amen.
        • tricolour To ciekawe... 14.04.07, 12:38
          ... dlaczego więc zdradzone kobiety cierpią?
          No.. teraz już wiem: cierpią z powodu utraconego prestiżu męża, który zrobił coś
          złego.

          Tak?
        • jasminowo Re: słuchaj, Tri 14.04.07, 12:44
          nangaparbat3 napisała:

          > ktoś, kto robi coś zlego, poniza sam siebie.
          > To siebie wystawia na posmiewisko. Amen.
          - z tym się zgadzam.
          To przede wszystkim jego problem.
          - z tym nie!
          • nie_alicja phokara! 14.04.07, 15:05
            znowu zamykasz mi usta swoim pisaniem. kiedyś w tym zza szyby szczęśliwego
            związku, teraz juz bez niej.

            cholera, ja ciągle widzę nie to, co jest, ale co wolę zobaczyć.

            boję się spojrzeć w stronę masztu.
            • phokara Re: phokara! 14.04.07, 17:52
              Alicjo nie-alicjo,
              Nie daj sobie kneblować ust jakimś pisaniem, bo to jest bzdura totalna. Ja Cię
              z góry uprzedzę, że w pisaniu to ja jestem dużo lepsza niż w życiu, jak pewnie
              każdy z nas, co się tu mądrzy w nie swoim temacie. Zawsze dużo prościej się
              żyje życiem innych, to żadne odkrycie.

              Natomiast z doświadczeń własnych to Ci mogę napisać, że w tej całej sytuacji
              nie chodzi o to, czy odejdziesz czy zostaniesz, bo każda z opcji MOŻE być Twoją
              klęską lub Twoim zwycięstwem - tu nie ma reguł. Są na tym forum osoby, które
              dobrze żyją po rozwodzie, i takie, które przeżyły zdradę i żyją dalej w dobrym
              małżeństwie, oraz takie, które nie żyją w ogóle ale tkwią w zdechłych
              małżeństwie dla dobra... tu sobie wpisz dowolne, wzruszające cytaty, w które ja
              w ogóle nie bardzo wierzę, bo uważam, że w czyms takim się tkwi wyłacznie z
              wygody lub ze strachu, a cała reszta jest biciem piany, mającym usprawiedliwić
              własną apatię wobec życia jako takiego. Ale to bez znaczenia, bo każdy może
              sobie robić co chce.
              Trzeba tylko wiedzieć - czego się chce, i czy ma się siłę aby te chęci
              zrealizować. Ty jesteś pewnie na etapie, że nie wiesz, czego chcesz i to jest
              normalne, bo masz chaos w głowie i sztorm w emocjach. Jak się uspokoi trochę -
              to zaczniesz myśleć, co dalej i zdecydujesz. Każda decyzja będzie lepsza niż
              jej brak, i każda będzie się wiązała z bólem, bo w życiu jest zawsze coś za coś
              i dobrze. Ale możesz też nie 'patrzeć w strone masztu', widzieć nie to, co
              jest, ale to, co wolisz zobaczyć, tylko nie możesz się potem dziwić, że masz
              dupę w wodzie, bo w ogóle łódki żadnej nie ma, i rajskiej wyspy na horyzoncie
              tym bardziej.

              Nie doszukuj się schematów i podobieństw w forumowych historiach. Bo akurat
              Twoja może być wyjątkiem od reguły. Od siebie mogę Ci napisać tylko tyle -
              wyjdziesz z tego. Tak czy inaczej. Zawsze się wychodzi. Wychodzi się albo jako
              pokaleczony człowiek widzący przed sobą szansę na nowe życie, albo, jako
              frustrat z wiecznymi pretensjami do losu czy całego świata. I tu nie ma
              znaczenia, czy się jest mężatką, czy rozwódką. Żadnego.

              • nie_alicja Re: phokara! 14.04.07, 18:32
                to "zamykanie" miało znaczyć, że masz celne komentarze i często wyłapujesz
                oczywistości, które umykają rzeszy innych, jak z tym panem od masztu...
                masz rację
                z chaosem i sztormem też
                tu piszę, że chce dać mu szansę, a w esemesie (pytał, co z majowym weekendem -
                zwykle jeżdzilismy nad morze) jestem odpychająca i niemiła (powiedzialam, że
                daję mu wolne i planuję spędzic ten czas z dziećmi, bez niego)
                potrzebuję czasu...
                • jarkoni Re: phokara! 14.04.07, 22:42
                  Lady P., masz rację, Alicjo na pewno uspokoić emocje...Na upartego w tysiącach
                  postów znajdziesz własciwie swój zwierciadlany, a i podpowiedzi i sugestie
                  innych piszących może zaczną Ci teoretycznie rozjaśniać i rozwiewać chmury w
                  zachmurzonej głowie..I nic bardziej błędnego, bo każda historia jest inna, mimo
                  podobieństw, które zwodzą...
                  Twoja jest wyjątkowa, a inne analizuj jak obserwator z widowni, nie jak aktor
                  grający w przedstawieniu. Być może są podobne, być może nawet bardzo, ale na
                  pewno NIE TAKIE SAME..Pamiętaj, że wszyscy tutaj oceniają Ciebie i całą sytuację
                  tylko na podstawie tego, co napisałaś i faktów, które poznali..
                  Być może nie napisałas wszystkiego, być może jest jakieś "ale", być może
                  podejrzewasz, że wiesz jak się zachować a tutaj szukasz tylko potwierdzenia, ze
                  robisz dobrze..
                  Jak zwykle zbyt dużo tych "ale"...
                  ALE : nie pochopnie, nic na siłę i na "hura", przemyśl, odpocznij, zbierz myśli...
                  • jasminowo Re: phokara! 14.04.07, 22:45
                    Jestem zdecydowanie za skorzystaniem z pomocy psychologa, jezeli tylko masz taką
                    możliwość a poczujesz, że żadna z decyzji nie wydaje Ci się dobra albo wręcz
                    żadnej nie jesteś w stanie podjać.
            • a.niech.to Re: phokara! 15.04.07, 08:19
              nie_alicja napisała:

              > boję się spojrzeć w stronę masztu.
              ...zardzewiała balia, stra tratwa, dziurawy katamaran...
      • 13monique_n Re: Kilka słów do Nie_Alicji... 14.04.07, 16:59
        Tri, skubańcu jeden smile Dla takich postów jak ten Twój warto jest to wszystko
        czytać. Dobrze, że mnie Pho zachęciła, by tu zajrzeć.
        Miłego popołudnia, skoro dyżur skończyłeś, a zapewne i pranie smile
    • polka28 Re: mnie tu nie ma... 15.04.07, 01:05
      Droga nie-ALicjo,
      Sama nie wiem od czego zacząć, chyba od szczerego wspóczucia i życzenia mądrego
      wyboru.Jak widzę wątek szybko przybrał barwy "potencjalnego przebaczenia" i
      trzeba traktować to jako jedną z możliwości ( tu słowo dla kaspra-> słowa "
      fanaberia byłej żony", "przysięga do czegoś zobowiązuje" i " zawsze w imię
      utrzymania rodziny wybaczać" w ustach męża, który zdradził brzmią jak kpina,
      drogi Panie)..Ale nie o tym. Mam doświadczenie jeśli chodzi o wybaczenie, mąż
      miał romans jakiś kilka lat temu w sytuacji totalnego upadku naszego związku (
      niezrozumienie obustronne, brak szacunku, nakładające się inne problemy).
      Wyczułam to szybko, bo jako rak mam genialną intuicję.. Szedł w zaparte, ale w
      końcu przyznał się.. żę się zakochał. Jako osoba z niemałą wyobraźnią i fantazją
      jestem w stanie to sobie wyobrazić, choć cholernie bolało. Znam go jednak na
      tyle dobrze, że wiedziałam, że zaangażował się emocjonalnie i uczuciowo, nie
      jest typem rozrywkowego bawidamka od pikantnych esemesów, jednorazowych skoków w
      bok no i nie jest recydywistą, że tak się wyrażę. Przyjęłam do wiadomości.
      Poinformowałam go, że go kocham, co było zgodne z prawdą, i że jeśli chce
      cokolwiek ratować to natychmiast ma zerwać z tamtą panią wszelkie kontakty, co
      uczynił. Wiedział, że za drugim razem nie przebaczę. Udało się, mimo bólu, łez,
      i tego wszystkiego wyszliśmy na prostą. Z perspektywy czasu wiem, że postąpiłam
      mądrze. Poniósł karę, którą były wyrzuty sumienia ( jego własne) i psychiczny
      dyskomfort. Moje ja zareagowało doskonale ( nie przechwalam się tu jako osoba,
      mówię o pewnym mechaniźmie psychologicznym, który szczęśliwie stał się moim
      udziałem)Poczułam się jak wyspa, nie jak bluszcz na drzewie, gdzie drzewo
      odmaszerowujesmile) i tylko z tej pozycji wybaczenie było możliwe. Długo
      zastanawiałam się, czy kocham tego człowieka, i wyszło na to ,że tak. Pozwoliłam
      mu wrócić, skorzystał. Oczywiście złe obrazy często stawały mi przed oczyma, w
      najmniej oczekiwanych chwilach i na to się przygotuj, ale z czasem wyblakły.
      ALE
      ALE
      Może ktoś powie, że zdrada to zdrada i nie ma nmniejszej ani większej; może
      ALE
      uważam, że zdradzacze dzielą się na co najmniej dwa typy.
      Jedni się zakochują, flirtują, szukają czegoś, czego brakuje im w związku i
      zazwyczaj jest to szacunek, zaiteresowanie, zrozumienie, poczucie, że GRAMY W
      JEDNEJ DRUŻYNIE, seks jest na dalekim miejscu, jeśli jest ( w przypadku moim nie
      było, ale gdyby nawet był wiele by to nie zmieniło)
      Drugi typ to erotyczni poszukiwacze mitycznego eldorado, którzy traktują kolejne
      panienki jako przygodę, oderwanie się od prozy życia i nieco opatrzonej już
      żony, szukają podniecenia i rozrywki.
      NIestety droga nie- Alicjo, choćbym chciała powiedzieć coś pozytywnego, twój mąż
      przypomina ten drugi typ, co wróży niedobrze, bo o ile tym pierwszym się to
      przytrafia, to o tyle drudzy tego poszukują, wciąż i wciąż. Zadaj sobie pytanie
      na ile takich razów starczy ci przebaczenia? NA dwa, pięć? Czy ten jogurt na
      penisie ( sorry) nie zaważy na twojej ew, relacji intymnej z odzyskanym mężem??
      ( mi by mocno zaważył, kto wie, czy nie zaciżążył by w zwisie do samej podłogi).
      Wiele osób ci to powiedziało, i ja dołączam, że odpowiedzi musisz poszukać
      sama.Jeśli w cokolwiek lub kogokolwiek wierzysz proś o mądrość. TA nie pomyli
      się z honorem, dumą, ani też z zezwoleniem na upokarzanie.
      Bardzo cię pozdrawiam, trzymaj się, wypłącz się, nabierz dystansu, kup piwo, wyjdź.
      PS. Cóż. Moja historia nie jest tak optymistyczna skoro tu zaglądam, moje
      małżeństwo się wali, bo o ile kocham mojego męża a on mnie, czego jestem pewna,
      to po prostu nie umiemy razem mieszkać. TYle.Zeby małżeństwo się udało miłość
      nie wystarczy, trzeba umieć ze sobą żyć. Ja mojemu oddałabym nerkę, płuco,
      wskoczyłabym do wody choć nie umiem pływać,ale za cholerę nie umiem z nim być w
      relacji współmieszkaczy.
      A co do zdrady, nie zrobił tego więcej, nie żałuję, że mu wybaczyłam, a tamten
      incydent nie ma związku z moimi myślami krążącymi wokół rozwodu.Pozdrawiam.a.
    • sonrisa3 Re: mnie tu nie ma... 15.04.07, 19:16
      > on, jak mówił, traktował go zawsze "tymczasowo".
      Bardzo to okrutne i pokrętne tłumaczenie.
      Ten pan po takim stwierdzeniu byłby u mnie skreślony za podejście do związków
      jako takich i za wkręcanie mi brzydkich bajerków, bo o czym jak o czym, ale o
      czternastoletnim związku nijak nie da się powiedzieć, że był tymczasowy. To już
      związek z solidnym stażem.
      Bałabym się, że po kilku latach ja też okażę się tymaczasowa.

      • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 00:22
        dzieki za Wasze wsparcie.
        zanurzona w emocjach, nie bardzo potrafię spojrzeć na to wszystko z dystansu,
        tracę poczucie proporcji, przechodzę gwałtownie z nastroju w nastrój...

        dziś naszła mnie gwałtownie myśl, która ścisnęła mi w kulkę żołądek (ciekawe,
        jak emocje odbijają się błyskawicznie na ciele).
        myśl, która wyjaśniałaby wszystko, nie zostawiając żadnego pytania bez
        odpowiedzi...
        ON MNIE NIE KOCHA.
        wtedy wszystko jest dopuszczalne, usprawiedliwione, nie wywołuje wyrzutów
        sumienia, nie czeka na wybaczenie.
        tak - po - prostu.
        nie
        ko
        cha.

        ........................................................................

        przysłał maila.
        kryzys. że wina jego rownież, i że mu przykro.
        ale dostawał ode mnie za mało ciepła i zainteresowania.
        czuł się zagubiony, niedoceniony.
        kocha dzieci. chce nadal byc ze mną, ale muszę spojrzeć na siebie krytycznie.
        muszę się zmienić. on też jest otwarty na moje sugestie.
        latami pracował na dobro rodziny i nie chce jej tracić.
        mam nie wyolbrzymiac znaczenia "tego zajścia".
        interesuje go TYLKO przyszłość, nie będzie wracac do przeszłości.
        "możemy jeszcze wiele uratować. zależy to jednak od TWOJEJ postawy".

        ----------------------------------------------------------------------------

        czy my mamy jeszcze jakąkolwiek szansę na zrozumienie??!!

        • anula36 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 00:53
          czy dobrze rozumiem, ze on sie zmieniac nie zamierza, ale ciebie chetnie potresuje?
          • danagr Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 01:53
            nie wypowiadalam sie w temacie ale go sledzilam i kurcze!!!! odnosze takie samo
            wrazenie jak anula, co jeszcze, jakby chcial wywolac w tobie poczucie
            winy....brrrr.
        • calineczka2 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 06:34
          Nie-Alicjo,
          przeczytalam Twoj watek. Bardzo mi przykro, smutna historia.
          Ten email co Ci wyslal... zachowuje sie jak dupek. Bezczelny!
          Probuje uczynic Cie wspolwinna, przerzucic czesc odpowiedzialnosci na Ciebie...
          Prosze nie daj sie. Jesli nawet zdecydujesz sie z nim zostac, on musi
          zrozumiec, ze to on jest winny. Nie moze byc tak, ze to Ty masz sie teraz
          zmieniac i starac... To jest ODWRACANIE KOTA OGONEM.

          Bardzo egoistyczne jest to, co napisal.

          Pozdrawiam cieplo.
          C.
          • z_mazur Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 08:23
            Zgadzam się z dziewczynami.
            To odwracanie kota ogonem.
            W tym momencie istotne jest to co pisał wcześniej Tri.
            Jeśli facetowi by rzeczywiście zależało to by stanął na głowie jednocześnie
            żąglując żeby tylko odzyskać Twoje zaufanie.
            W tym momencie on koi swoje poczucie winy - "Miałem do tego prawo, bo Ty jesteś
            taka" - i przerzuca na Ciebie emocjonalny ciężar wynikający z tego poczucia
            winy. Najlepiej dla niego by było jakbyś to Ty go zaczęła przepraszać i żałować
            jaki to on biedny jest "bo musiał Cię zdradzić".
        • verita75 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 09:15
          nie_alicjo, ja też się zgadzam z poprzednimi wypowiedziami.
          Kryzys, owszem, tu wina leży po obu stronach. Ale kiedy się kryzys pojawia to
          raczej powinno się go próbować zaleczyć. A Twój mąż znalazł sobie egoistyczny
          sposób na to by jemu było lepiej. W przypadku zdrady, Twojej winy w tym nie ma.
          To on dokonał wyboru.
          Skoro już to zrobił i myśli o byciu razem nadal to jego postawa jest żenująca.
          Nie Ty jesteś winna, że zradził. I nie Ty masz się zmieniać w tym momencie. Ty,
          tak jak pisał Tri, powinnaś siedzieć i machać nóżką. I ON powinien coś zrobić,
          prosić o szansę, udowadniać Ci, że mozesz mu jeszcze zaufać, walczyć, zmienić
          się. A nie stawiać Ci warunek, że jeśli się zmienisz to może on szansę da
          Tobie. W ten sposób cała odpowiedzialność chce zrzucić na Ciebie. Nie
          przyznaje, że to co zrobił jest straszne. Chce to zminimalizować i żyć dalej.
          A tak się nie da, tak mi się wydaje. Można próbować coś odbudowywać, moim
          zdaniem wtedy, jeśli zdrajca zrozumie, weźmie odpowiedzialność, żałuje.
          I to nie zależy od Twojej postawy. To powinno zależeć od jego postawy.
          • phokara Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 11:11
            Nie-alicjo,
            DYSTANS.
            Nie bierz stwierdzeń kategorycznych jako jedynie słusznych, bo nikt tu nie zna
            sytuacji i wszystcy możemy sie mylić.
            Jedna refleksja - sporo pisałaś na początku o Waszym związku, który sama
            nazwałaś dobrym i szczęśliwym. Sądząc z wypadków dalszych, to jakaś Twoja
            iluzja była tylko w owym temacie, a nie osąd faktyczny, w każdym razie, jak juz
            wiemy, nie ocena dwustronna, tylko Twoja.
            Nie znam Twojego męża, z tego, co czytam, to jawi mi się, jako kompletny
            głupek, ale jakos nie sądzę, żebyś się wydała za kompletnego głupka, jak
            zrobiłam to ja. (haha to zart)
            Przy humanitarnym założeniu, że nie jest to kompletny palant, byłabym bardzo
            ostrożna w przypisywaniu tu win wszelkich do jednej strony, a z drugiej
            robienie anioła. Zwłaszcza, że taki anioł to też nieźle potrafi przywalić i
            obrzydzić życie, tak na marginesie.
            Tylko wiesz co - jestem przeciwniczką rozdrapywania ran i udowadniania win
            wszelkich, bo to niczemu nie służy, a juz najmniej naprawianiu związku.
            Naprawdę. Emocje i reakcje obronne są tak silne, że sensu w tym niewiele, za to
            bólu i rozpaczy po kilometr, dogadać się nie sposób, rozgrzeszyć tym bardziej.
            Szkoda prądu. Nie mam już siły po raz tysięczny pisac o zdradzie i mądrym
            dawaniu szansy partnerowi - jak pokopiesz w archiwum, to sobie znajdziesz te
            epopeje i przeczytasz. Powtórzę tylko, że taka szansa, to heroizm tego, kto ją
            daje. Wyłącznie Twój ból do udźwignięcia i przerobienia, jakkolwiek wyda Ci się
            to niesprawiedliwe i chore - "bo w końcu to ON mi zrobił, to niech teraz jego
            boli i niech się skręca". Jak facet nie jest gamoniem wypranym z uczuć
            wszelkich, to go będzie bolało i się będzie skręcał i się będzie starał. Ale i
            tak Twojego bólu nie przerobi, zaś wieczne przypominanie mu, że jest oprawcą,
            który złamał Ci życie, nie przyniesie nic sensownego i budującego, ewentualnie
            w to uwierzy, czyli efekt będzie wbrew intencjom. Naprawdę.
            Co nie znaczy, że masz się bawić w dobrą wróżkę, i jak za dotknięciem
            czarodziejskiej różdżki odpuścić mu winy wszelkie, bo tak się po prostu nie da.
            Fecet MUSI mieć konkret - że to jest dla niego JEDNA szansa i jak ją spieprzy,
            to wiza, waliza i kop na drogę. I masz pełne prawo przyglądać mu się i oceniać
            jego aktualna postawę, postawę "tu i teraz" (bez odwracania się ciągle za
            siebie) i masz absolutne prawo do surowszej oceny wszystkiego. Poprzeczka siłą
            rzeczy pójdzie w górę. TY siłą rzeczy się zmienisz. A on albo da radę te
            poprzeczkę przeskoczyć, albo nie - tego nie wiemy. Ale to jest jego problem, a
            nie Twój.
            Wbrew poprzednim opiniom, zgadzam się z Twoim mężem, że teraz musicie patrzeć w
            przyszłość - Wy, jako para. W przeszłość każde niech patrzy na własny rachunek
            i przerabia tę traumę po swojemu. A jesli on nie będzie chciał i przejdzie nad
            tym do porządku dziennego, jakby nic się nie stało, jeśli żadna nowa jakość nie
            pojawi się w Waszym związku - to też będzie dla Ciebie bardzo konkretna
            informacja.
            Pisałaś wyżej o tym, że potrzebujesz czasu dla siebie, że chcesz sama wyjechać.
            Zrób to. Złap oddech. Określ się SAMA w tej sytuacji. Tak naprawdę to ma
            największy sens - zająć się sobą. Nie zgrywaj matki Teresy i nie wmawiaj sobie,
            że teraz będziesz w stanie naprawić związek. To bzdura totalna. Jesteś połową
            tego związku (obawiam się, że tą silniejszą połową) i zacznij od siebie. W
            życiu nie ma tak, żeby dwie kaleki bez nóg osiągnęły wespól w zespół rekord
            świata w biegu na setkę. Nie wskakuj mu na plecy i nie każ się nieść, i sama
            tym bardziej nie przenoś go na plecach przez to bagno, w którym siedzicie po
            uszy. To nie ma sensu. Bo albo się z miejsca potopicie, albo ugrzęzniecie w tym
            do końca świata, międlac w nieskończoność wątek, kto kogo w to bagno wpuścił. A
            nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby wyleźć na brzeg.
            DYSTANS. DYSTANS. DYSTANS.
            • kurka_wodna2 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 14:13
              Super:

              wiza i waliza

              smile)
        • kurka_wodna2 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 14:10
          Cześć
          Odpuść temu staruszkowi, niech dalej sobie podzwania rodowymi klejnotami...
          Puść go wolno...
          Nie ograniczaj.
          Nie znęcaj się nad tym biedakiem, przecież takiej krzywdy doznawał przez lata.
          Pozwól mu cieszyć się życiem-tak niewiele już mu zostało.
          Od dziesięciu lat zdradzacz jest w grupie podwyższonej śmiertelności ...

          Przecież jego argumenty to encyklopedyczna manipulacja i emocjonalny szantaż.
          Widzisz, jak Cie wytresował abyś z nieskazitelnym obrazem rodziny była jej
          filarem a on ciesząc się zaufaniem używać życia.

          Liczę i liczę-dziewczyno-masz 30 (+) latek i zastanów się, czy jest sens ...

          smile
          • wojtekp67 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:02
            Cholera. Współczuje. nagle jak za jednym pstryknieciem okazuje sie ze zyjemy w
            swiecie iluzji. Przeżyłem to i podejrzewam, ze jesteś w niezłym szoku.
            facet dziwnie sie teraz zachowuje. Nie oceniam jego zdrad, oszustw bo nie wiem
            co je powodowało. Może jest seksoholikiem, moze ma jakieś psychiczne
            uwarunkowania, moze..., moze....
            Ale po tym co sie wydarzyło przyjąl postawę atakujacą. Nie błaga o wybaczenie.
            Moze w waszym zwiazku on bardzo dominował, moze byłaś uległa i od jego decyzji
            wszystko zależało.
            Trudno coś doradzić. Zeby komuś wybaczyc , ten ktos musi chcieć tego
            wybaczenia - ktoś to na tym forum kiedyś chyba napisał. i to bardzo madra mysl.
            Być moze on nie rozumie, jak Cie skrzywdził....
          • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:17
            pho, nie jestem aniołem pod żadnym względem. bywam despotyczna i upierdliwa,
            reaguję impulsywnie i nie lubię, szlag by trafił, gotowania.
            to wszystko, i pewnie jeszcze pare innych cech, to prawda.
            tylko widzisz, przeracam ten jego list na prawo i lewo, próbując doszukac sie
            czegoś, co potwierdziłoby, że jednak chodzi mu w tym wszystkim trochę o mnie.
            nigdy nie usłyszałam, że jak nie będę robić dwudaniowych obiadów, to pójdzie do
            innej. nigdy żaden jego zarzut wobec mnie zarzut nie ocierał sie nawet o
            podobne ryzyko.
            czuje sie obrzydliwie oszukana.
            nawet nie tym, że wybrał łatwiejszy sposób na odstresowanie, że szukał na
            zewnątrz tego, co miał w zasięgu reki, ale trzeba by sie trochę postarać.
            najwiekszy żal do wczoraj miałam o tą swoją kompletną nieświadomośc. zmienił
            warunki obowiązujące w naszym związku, zapominając mi o tym napomknąć. kłamał,
            oszukiwał, robił ze mnie idiotkę.
            tak było do wczoraj.
            po jego przepieknym mailu pogrążyłam się jeszcze bardziej (ile jeszcze mułu tam
            pode mną?...) - nie dość, że nie poczuwa sie kompletnie do winy, to jeszcze
            warunkuje nasze dalsze losy moją ochotnością do zmian, które mi zasugeruje.
            pieprzony łaskawca, czy ja nie powinnam mu podziekować za ten gest i
            przeprosić, że bez pytania pomieszałam jego ładnie funkcjonujące dwa życia?
            taka jakaś bez taktu jestem... nie chce mi się cytowac fragmentów tego listu,
            ale to w całości jest jakies kuriozum. jakby napisał go wtedy, kiedy zaczynał
            czuc, że coś sie psuje, a jak x "zwykłych znajomości" dalej zagroziłam
            rozwodem, to zrobił leniwie "enter".
            mam nadzieję, że nie jest głupi.
            ale to właściwie jesczcze gorzej, bo znaczy, ze jest kompletnie zdemoralizowany.
            cierpnie mi skóra na myśl, ze nasi synowie mogą się kiedyś zachowywać podobnie.

            w środę starszy sym ma urodziny.
            tatuś zapowiedział swój przyjazd, pisząc mi jednocześnie, że "To Jego dzień i
            jemu głównie poświęcę moją uwagę. Nie poruszę tego tematu z Tobą."

            CZY JEST NA SALI LEKARZ?....




            • chalsia Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:28
              faktem jest, że pomimo, iż on powinien starać się odbudowacć Twoje zaufanie (a
              Ty w tym czasie bimbasz sobie nogą), to jednak dla przyszłości związku
              potrzebna jest praca z obu stron - a więc zmiany i jego i Twoje także.
              Tyle tylko, że według mnie - zmiany - później (w dalszej kolejności) tzn. gdy
              on swoimi działaniami doprowadzi do tego, że uwierzysz, że jemu naprawdę zalezy.

              Rozumiem co czujesz w kwestii oszukania co do warunków - gdy się rozstawaliśmy
              eks powiedział mi, że "dawałem Ci sygnały o tym, co mi nie pasuje", a znając
              mnie naście lat wiedział, że jestem osobą, której trzeba prosto w twarz mówić o
              ważnych sprawach. Dawał te "sygnały" a w tym samym czasie twierdził "akceptuję
              Cię taką jaka jesteś".
              SYGNAŁY !!!! - do kobiety w drugiej połowie ciąży czyli nastawionej na sygnały -
              ALE Z BRZUCHA.
              Chalsia
              • angoisse Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:36
                heh, a mój mówił ciągle "kocham cie, uwielbiam, jestes wspaniała i jedyna" a
                potem sie przyznał, ze równocześnie podobno mu wiele rzeczy nie odpowiadało,
                uff, dzizas... zrozumieć chłopa!dajcie spokoj smile można akceptowac takim jaki
                jest..lub nie akceptować. Byle tylko jakimś cudem od razu wiedzieć jaki jest.
            • angoisse Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:32
              Alu, On już zdradzał trochę w swoim życiu... I dla niego nie jest to tak
              "nienormalne" jak dla Ciebie. Niestety. Moze nie jest "aż tak bardzo podły" jak
              teraz to czujesz, ale z granicami "tego co oboje akceptujecie" się trochę
              rozmineliście. Poukładaj swoje emocje i odczucia które potrafisz unieść, zanim
              podejmiesz wiążącą decyzję co dalej.

              Trzymaj się, ..bo otwieranie oczu teraz będzie Cię cholernie bolec.
              • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:37
                tak, masz rację.
                troche sie nazdradzał, więc ciężar gatunkowy bzykania i czulenia się na boku
                jest dla niego zupełnie inny, niż dla mnie.
                zapewne powinno mi to wiele wyjaśnić.
                chwilowo jednak ani trochę nie pociesza.
                • angoisse Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 15:55
                  Alu_ wiem ze jestes na niego wsciekła, zniesmaczona,upokorzona, oszukana i
                  niedobrze Ci na samą myśl...
                  Ale co mogę radzić- nie daj sobą manipulowac ani wpędzac się w poczucie
                  winy-stawiaj temu odpór konsekwentnie i stanowczo,
                  a z drugiej strony postaraj się aby cały wasz związek nie został zbyt utatułny w
                  tym brudzie jego zdrady. Miałas (do tej pory)udany związek, wyszły nowe fakty
                  które zmieniają bardzo Twoją (i rodziny) terażniejszość i przyszłość, i to
                  będziesz musiała ułożyć sobie od nowa, zastanowić się czy przy tych faktach,
                  chcesz kontynuacji związku z tym kimś trochę innym niż twój wyobrażany mąż. Ale
                  nakręcanie się na niego nienawiścią to takie zapędzanie się samemu w kozi róg,
                  fatalnie się żyje z tymi uczuciami w środku.
                  Co do pocieszania smile zawsze można sobie wyobrazić że inni mają większe
                  problemy: choroby, wojny, głod w Afryce. Niby nie śmieszne, ale...
                  Łap dystans!
                  • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 16:07
                    taa, wczoraj pomyslałam sobie, że gdybym miała mieć raka w ostatnim stadium, to
                    jednak wolę swój problem wink

                    ja się nie nakręcam.
                    to ciągle szok i niedowierzanie, że to wszystko dzieje sie naprawdę i to MÓJ
                    PRYPADEK nabija licznik na TYM forum.

                    kilka nocy temu przyśnił mi sie npais: WYBRAŁAŚ ZŁEGO CZŁOWIEKA.
                    jesli to prawda, wiem, że muszę nauczyc sie z tym żyć.
            • phokara Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 16:24
              > tylko widzisz, przeracam ten jego list na prawo i lewo, próbując doszukac sie
              > czegoś, co potwierdziłoby, że jednak chodzi mu w tym wszystkim trochę o mnie.

              Co konkretnie chciałabys znaleźć w tym liście? Serio pytam. Bo w ogóle
              komunikacja na łączach pani - pan, to jest temat na poemat. Może on napisał, że
              chodzi mu 'trochę o Ciebie' (dlaczego trochę?) w jego mniemaniu. Mówię Ci - te
              męskie mniemania to bywają dla nas często niezrozumiałe.

              > nigdy nie usłyszałam, że jak nie będę robić dwudaniowych obiadów, to pójdzie
              > do innej.
              Wiesz, jak ja bym coś takiego usłyszała, to bym go sama do tej innej posłała na
              kopach. Tu gotowanie nie ma nic do rzeczy, naprawdę.

              > czuje sie obrzydliwie oszukana.
              wiem.

              >nie dość, że nie poczuwa sie kompletnie do winy, to jeszcze
              > warunkuje nasze dalsze losy moją ochotnością do zmian, które mi zasugeruje
              > pieprzony łaskawca,

              Jesteś na niego wściekła. I bardzo dobrze - naturalny odruch. Powiem Ci coś,
              jak masz ochotę, to go walnij w łeb raz a porządnie, to Ci trochę ulży. Ja w
              ataku furii waliłam talerzami w ścianę, po dziś dzień żałuję, że nie w niego.
              Jego już tu nie ma, a dziury w scianach są. Bez sensu.
              A tak serio - miej świadomość, że złość kompletnie oślepia. Masz do niej
              absolutne prawo, ale to nie jest jeszcze czas na sensowne szacowanie czyich
              intencji.

              > mam nadzieję, że nie jest głupi.
              > ale to właściwie jesczcze gorzej, bo znaczy, ze jest kompletnie
              >zdemoralizowany

              O, z dylematem, czy wyszłam za kompletnego glupka, czy totalnego skurwiela, to
              się woziłam z rok czasu. Żadna z odpowiedzi mi się nie podobała. Żadna też nie
              byla prawdziwa. Tak myślę dzisiaj.

              > cierpnie mi skóra na myśl, ze nasi synowie mogą się kiedyś zachowywać >
              >podobnie.

              A ja myślę, że masz bardziej aktualne tematy do 'cierpnięcia skóry' niż
              fatalistyczne myśli względem bliżej nieokreślonej przyszłości. Charaktery
              zresztą nie są dziedziczne, jakby co.

              > w środę starszy sym ma urodziny.
              > tatuś zapowiedział swój przyjazd, pisząc mi jednocześnie, że "To Jego dzień i
              > jemu głównie poświęcę moją uwagę. Nie poruszę tego tematu z Tobą."
              >
              > CZY JEST NA SALI LEKARZ?....

              Wiesz, akurat tutaj postawa Twojego męża wydaje mi się dość sensowna,
              jakkolwiek rozumiem, że Ci się to wcale nie podoba. Niech poświęci ten czas
              dzieciakowi, w prezencie. Waszego tematu i tak w jeden dzień nie przerobicie,
              więc niech chociaż dzieciak ma urodziny.
              • nie_alicja Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 18:39
                co chciałam znaleźć?...
                no jak to: "wybacz mi kochanie, popełniłem straszliwy błąd, jesteś kobietą
                mojego życia, żadna inna nie jest mi w stanie ciebie zastapić i nie wyobrażam
                sobie bez ciebie dalszej egzystencji..."
                może być? wink

                a tak na serio - coś, o co mogłabym zahaczyć moją kiełkującą myśl, że może
                pojmie, co zrobił i da temu wyraz.
                no to sie nie doczekałam.

                że kobiety i mężczyźni komunikują się z wielkimi problemami, wiem nie od dziś.
                nawet prawie myslałam, że jestem od tego ekspertem.
                hahaha.

                wiesz, że to gotowanie jednak mu przeszkadzało? bo ideał kobiety i matki, która
                stworzona została dla dbałości o domowe ognisko, to ciepła, wyrozumiała,
                dbająca o dom niewiasta. przy czym kuchnia jest, proszę państwa, tego domu
                sercem. (dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze uważałam, że on
                trochę w tej kwestii żartuje).

                jakoś nie mam ochoty go bić.
                poza tym powiedziałam mu od razu, że ma mnie nie dotykać bez kompletu
                aktualnych badań.
                no chyba ich jeszcze nie załatwił wink

                wołanie o lekarza miało charakter ogólniejszy, nie urodzinowy.
                bo to wszystko jest takie strasznie surrealistyczne.


                • marek_gazeta Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 18:48
                  Słowa można sobie wsadzić w d..., jeśli nie są skorelowane z zachowaniem i reakcją na odkrycie zdrady. Z jego twarzy i gestów wyczytasz prawdę. Słowa to tylko słowa, można zawsze poprosić o pomoc kolegę.

                  Tak na marginesie, mnie dwudaniowych obiadków jakoś nigdy w małżeństwie nie brakowało, no ale zostałem pzreszkolony odpowiednio smile Teraz mi trochę brakuje, ale żyję jakoś. Dzięki Oszołomowi i kurczakom z różna.
                • phokara Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 20:49
                  > co chciałam znaleźć?...
                  > no jak to: "wybacz mi kochanie, popełniłem straszliwy błąd, jesteś kobietą
                  > mojego życia, żadna inna nie jest mi w stanie ciebie zastapić i nie wyobrażam
                  > sobie bez ciebie dalszej egzystencji..."
                  > może być? wink

                  Może. Wręcz proponuję zawiesić na forum, jako wzorzec dla wiarołomnych exów bez
                  względu na płeć. haha.
                  Swoją drogą, pewnie jakbym coś takiego usłyszała, pognała bym takiego gamonia w
                  cholerę, nie wyobrażając sobie z nim "dalszej egzystencji".

                  > że kobiety i mężczyźni komunikują się z wielkimi problemami, wiem nie od dziś.
                  > nawet prawie myslałam, że jestem od tego ekspertem.
                  > hahaha.

                  To zupełnie tak, jak ja. hahaha. No może z tą różnicą, że ja o swoim experctwie
                  byłam nie 'prawie' ale absolutnie przekonana.

                  > stworzona została dla dbałości o domowe ognisko, to ciepła, wyrozumiała,
                  > dbająca o dom niewiasta. przy czym kuchnia jest, proszę państwa, tego domu
                  > sercem.

                  Zaczynam podziwiać mojego Exa. Doprawdy nie wiem, jak tyle czasu wytrzymał w
                  domu bez serca. Jestem w szoku.

                  > bo to wszystko jest takie strasznie surrealistyczne.

                  Prawda?
                  Życie to taki trochę surrealistyczny komediodramat. Błogosławieni, którzy
                  stawiają na komedię.
                  Wiesz, co Ci powiem - tak zupełnie na marginesie. Masz kobieto genialną cechę,
                  wcale nie tak często występującą w przyrodzie, a szkoda, bo świat byłby
                  zdecydowanie lepszy i łatwiej strawny. Masz poczucie humoru z lekką szczyptą
                  zbawiennej ironii. I dystans do samej siebie. To naprawdę wiele ułatwia.
                  Przynajmniej się nie udusisz. Najwyżej udusisz męża. No trudno. Trochę dramatu
                  w tej komedii musi być.


                  • kasper254 Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 22:52
                    Trudno byłoby w naukowych książkach znależć tyle mądrości, ile w
                    korespondencji, którą wywołałaś nie_alicjo. To samo życie. Myślę, że Twój mąż
                    nie może napisać: "wybacz mi, kochanie..." Słusznie spuentowała to phokara
                    (musi byc niezwykle mądrą dziweczyną).Trudno Mu przyjdzie wypowiedzieć Twój
                    tekst. Zresztą, co byś z tym zrobiła? On, tak mi się wydaje, mówi innym
                    tekstem: "jestem zagubiony, stało się żle, nie wiem, co z tym zrobić, nie wiem,
                    jak się zachować, ziemia pęknęła mi pod stopami, nie wiem, jak żyć."
                    Krótki epizod mojej historii był banalny. Nie lubię się zwierzać. Być może
                    jednak przyczynię się do uratowania Twojego związku, nie_alicjo, stąd parę słów
                    na ten temat. Może robiąc tą dobrą rzecz - tak jakbym uratował pół świata (to a
                    propos surrealistycznych, komediowo-dramatowych tonów w ostatnich postach).Gdy
                    moja była żona przeczytała moją 1,5 - miesięczną korespondencję majlową, w
                    której nawet pisalem, że kocham Ją, że Ją bardzo cenię i szanuję, postanowiła
                    się rozwieść. Przekreślić dwadzieścia parę lat życia. Z dziewczyną. która mnie
                    pokochała - jak mówiła - ten stan trwał kilka miesięcy, zanim mi o tym
                    powiedziała - nie łączym mnie romans. Prosiła, żebym z Nią rozmawiał, żebym
                    tylko był, żebym chciał odbierać komórkowe telkefony, że dzięki mnie żyje itd.
                    Piękna, smutna, tragiczna istota, pozostająca w związku małżeńskim z młodym
                    człowiekiem.
                    Spełniłem wszelkie warunki, jakie mi oznaczyła była żona, gdyż zależało mi
                    na Niej, na małżeństwie, na rodzinie. Pierwszą sprawę rozwodową wycofała i
                    córka była wówczas naszczęśliwszą istotą, jak kiedykolwiek widziałem. Drugiej -
                    już nie. Przez ostatnie wiele lat ciężko pracowałem, nie było mnie dużo w domu -
                    mogłem zapewnić godziwy byt rodzinie. Moja była żona mogła sobie pozwolić na
                    samodzielność. Upraszczam pewnie, ale tak to określiła starsza córka: "gdyby
                    nie miała pieniędzy, nie pozwoliłaby sobie na samodzielność, musiałaby iść na
                    kompromis."
                    I wracając do poprzedniej myśli. Wykrzyczałem najpierw mojej byłej żonie
                    mniej - więcej tak: O co Ci chodzi? Nie rozbijałem rodziny, nie miałem romansu,
                    czego mi zazdrościsz, czego chcesz? Po kilkunastu latach ktoś powiedział mi, że
                    kocha. Już nigdy więcej mnie to nie spotka. Już wiem, jak to smakuje, już nie
                    odpowiem itd. A potem mówiłem przepraszam, wybacz itd.A potem wobec nieugiętej
                    postawy mojej byłej żony, chcącej za wszelką cenę rozwodu, byłem bezradny.
                    Staczałem się coraz niżej - depresja, specjaliści i inne duperele. A Ona była
                    coraz bardziej twarda i bewzględna - nieustępliwa. Im ja bardziej rozpaczałem -
                    Ona rosła w siłę. Dlatego mówiłem o spaleniu ziemi, bo zaszły pewne inne
                    rzeczy, o których nie chcę mówić.
                    Jeśli Twój mąż, nie_alicjo, mówi tyle, to mówi bardzo dużo. Rozegraj mądrze
                    karty, podaj warunki, określ cele. Bądż twarda, ale bądż przyjazna. Wiesz, jak
                    ja potrzebowałem ciepła, serdeczności, jasnych reguł dalszej gry - ale na
                    wspólnej drodze. Nie dostałem tego. Więc Ty to daj swojemu mężczyżnie. On dalej
                    jest Twój, jak ja długo byłem mężczyzną swojej byłej żony. Nie poszedłem na
                    rozprawę rozwodową, by jeszcze zatrzymac rozkład. Miesiąc póżniej już
                    poszedłem. Teraz się temu dziwię, patrzę na to , co tam następowało, w zwykły,
                    pogodny dzień, szeroko rozwartymi oczyma - do mnie chcieli wzywac pogotowie, a
                    była żona była jak skowronek. Po dwudziestu paru latach związku. To dopiero
                    komediodramat, phokaro.
                    Gdyby Twój mąż, nie_alicjo,chciał innej, gdyby planował życie z inną - po
                    prostu zrobiłby to. Wyciągnij więc wnioski z mojej przygody. Po prostu oddaj Mu
                    to, czego ja nie dostałem. I uratuj pół świata. A przynajmniej świat dzieci - i
                    swój.Ja świata mojego pierwszego małżeństwa nie mogę już uratować. chociaż do
                    samego końca walczyłem i oddałbym za niego pół reszty życia i cały majątek.
                    W komedii nie ma dramatu, phokaro, jak w dramacie komedii. Życie samo to
                    komediodramat, gdy głupota zdominuje racjonalność. Ale jest piękne, a Ty
                    wydajesz się mądrą, nie_alicjo, więc wszystko przed Tobą. Wierzę w Ciebie.



                    • reddy_to_go Re: mnie tu nie ma... 16.04.07, 23:07
                      jak tak czytam kaspra, to przepraszam, ale mi sie nasuwa coś o budzeniu się z
                      ręką w nocniku.
                    • marcelka38 Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 08:37
                      Tak... Po kilku latach małżeństwa ktoś powiedział, że Cię kocha.. Ale Ty
                      pozwoliłes na to, na to, żeby ten ktoś Cie pokochał, mając zone rodzine, na
                      której Ci ponoć zależało... Ponoć... To samo dokładnie mówi moj mąż, powiem
                      więcej, mówi, że go nie obchodzą uczucia drugiej strony... Pomimo, że z
                      korespondencji wynika zupełnie co innego. Piekna, tragiczna istota, pozostająca
                      w związku małżeńskim... Piekne tragiczne istoty - mają wiele możliwości na
                      znalezienie pomocy i wsparcia, nie muszą szukać tego u Panów w związkach
                      małżeńskich - dobrych psychologów, terapeutów w dzisiejszych czasach
                      dostatek... Chyba, że taka istota dostaje przyzwolenie (zaproszenie???) od
                      takiego pana...
                      Ja mam podobna sytuację, też przeczytałam... I oczywiście nie mam zdolności
                      rozumienia tekstu pisanego.. Czyli banał... Czyli jak u wiekszości... Czyli jak
                      czytam ten wątek, to boli jak cholera... Czyli pomimo, że minęło wiele miesięcy
                      to tkwi.. Czyli wiem, ze nie pomimo prób zaufania, zapomnienia, ta pani
                      ciągle "wisi" pomiędzy nami.. Dlatego nie potrafię tkwic w tym dłużej...
                      Dlatego... Dlatego w pewnym sensie jestem w stanie zrozumiec Twoja żonę..
                      • angoisse Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 09:10
                        a mnie smutno podwojnie;
                        raz cierpienie żony i perspektywa rozbicia rodziny,
                        dwa "piękna tragiczna istota" młodziutka, z problemami emocjonalnymi i po próbie
                        samobójczej....-na co może liczyć od faceta /po 40tce? ano na to, ze jeszcze i
                        on, poznając ją, pożeruje na jej emocjach(i ciele), zamiast dać jej prawdziwe
                        wsparcie emocjonalne i rady jak sobie ma z życiem lepiej rodzic, to wyssie z
                        niej troche uczuc dla chwilowego poczucia się bogiem,dla niezobowiązującego
                        poszeptania "kocham", nie liczac sie z dalszymi mozliwymi skutkami, a potem w
                        panice rzuci "koniec z nami,żona sie dowiedziała, udawaj że sie nie znamy,
                        bye!". (a jesliby chciała znowu się zabić?)
                        Zeby to jakis odosobniony przypadek był... Ale nie. Panowie gdzieś indziej mają
                        percepcję emocji umiejscowioną.. i tory w jednym kierunku, prościutkie.
                    • z_mazur Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 09:39
                      Kasprze fajnie piszesz, ale zbyt autorytarnie twierdzisz co Alicja powinna a
                      czego nie powinna.
                      Jakby pogrzebać na tym forum to na jedną Twoją historię, można by znaleźć co
                      najmniej kilka w których kobieta dawała w podobnej do Alicji sytuacji szansę
                      mężowi i jak to pięknie piszesz "sobie", po to tylko by za parę lat zostać
                      ponownie zraniona jeszcze mocniej, a dodatkowo ze świadomością kilku straconych
                      niepotrzebnie na budowanie fikcji lat.
                      Zauważ, że nikt tu nie twierdzi, że po zdradzie związek musi się rozpaść, ale
                      nikt nie udziela autorytarnych i jedynie słusznych rad, tak jak to Ty robisz.

                      Poza tym zastanawia mnie jedno, jak można "potrzebować ciepła, serdeczności,
                      jasnych reguł dalszej gry" gdy samemu się tego nie zrobiło???
                      To mnie zawsze zastanawia u zdradzających osób.
                      "Zdradziłem i jest mi źle z tym, czuję się taki z tego powodu nieszczęśliwy,
                      przytul mnie i bądź serdeczna, bo tego potrzebuję" dla mnie to chore. Bo to ona
                      potrzebowała w tym momencie tego, tylko niekoniecznie chciała to brać od osoby,
                      która ją tak zawiodła.

                      Jakoś nie dziwię się, że była "jak skowronek" uwalniając się z takiego chorego
                      układu. Facet powinien być facetem i umieć ponosić konsekwencje swoich czynów,
                      a Ty zachowując się i oczekując tego od swojej żony zachowałeś się jak mały
                      chłopiec, który po przeskrobaniu czegoś nie tylko boi się ponieść konsekwencje,
                      ale jeszcze ucieka pod skrzydła "mamy". Nie każda kobieta chce grać w związku
                      rolę opiekunki.
                      • kasper254 Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 10:26
                        Jeśli komuś tutaj się wydaje, że się chcę usprawiedliwiać za swoje
                        postępowanie, błędnie mysli. Swoje odpokutowałem, a płacz córki będzie mi
                        zawsze towarzyszył. Nie umiem juz żyć, jak kiedyś. Chciałbym tylko, aby
                        nie_alicja wzięła pod uwagę wszystko, dobre i złe. Żeby zważyła, że związek ma
                        szansę się odbudować,a rozwód niszczy wszystko.
                        Przez całe zycie pracowałem ciężko (już pisałem), a przez ostatnie około 10
                        lat - brałem wiele kontraktów. Nie pamiętam, co to weekend, co to "wolne", bez
                        pracy, wczasy. Mimo tego wszystkiego moja ex-żona nie wiedziała, co to
                        sprzątanie, zakupy, mycie okien np. Wszystko to robiłem ja. Pomagałem także
                        przy gotowaniu. Czy nie zasłużyłem sobie chociaż na uczciwy "proces"? Sama
                        widziała,jak ciężko pracuję, często mówiła, jak jestem blady, jak żle wyglądam
                        itd. Mimo tego nie było ochoty do pomocy. Gdy prosiłem o to, słyszałem, że stać
                        mnie na gosposię, "sprzątaczkę", że mam się zwolnić, gdyż nie muszę pracować
                        itd. a Ona nie jest kucharką, gospodynią itp. W pewnym miejscu i czasie, gdy
                        miałem wszystkiego dość, gdy moje życie okazało się nagle (w moim mniemaniu
                        świadomości) - samą harówką, usłyszałem: "kocham". Po kilkunastu latach życia
                        właściwie z pracą.
                        Co do tej dziewczyny,z którą korespondowałem i która wypowiedziała te
                        słowa. To porządny, uczciwy człowiek. Zasłużyła sobie na szacunek. Chciała mieć
                        ze mną kontakt majlowy, telefoniczny, chciała tylko, abym z Nią był; nie żądała
                        niczego. Wiedziała, że mam żonę, dzieci, że Ich nigdy nie opuszczę. Już
                        pisałem - nie mieliśmy romansu. Proszę czytać przyjażnie, a nie wrogo.
                        Reasumując. Nie udzielam żadnych rad, słusznych czy autorytarnych. Nie
                        jestem mądrym człowiekiem, coraz mniej rzeczy rozumiem. Pragnę tylko, aby
                        nie_alicja dalej walczyła o swój związek. Być może Jej mąż nie jest jeszcze w
                        stanie zrozumieć, jaką katastrofą jest rozwód. Kończy właściwie wszystko. Pada
                        pytanie, jak ciepła i serdeczności może żądać ten, kto sam ich nie przestrzega?
                        Po prostu - dlatego,że cierpi,że zbłądził, ze woła o współczucie. Właśnie w
                        imię przeszłości, w imię przeżytych razem lat i w imię przyszłości.Nawet
                        skazany ma prawo do tego. Inna jest funkcja bliskiej osoby, inna - sędziego, a
                        inna - kata. Jestem człowiekiem, mam prawo do błędu, do wyrażenia żalu i
                        skruchy, do wybaczenia. Myślę, że miarą człowieczeństwa jest próba uniesienia
                        ciężaru nawet czyiś win.
                        Jeśli Was to interesuje, to moja ex-żona już dawno przestała być "jak
                        skowronek". Gdy tylko poznałem dziewczynę, ożeniłem się (nie uznaję luznych
                        związków, kochanek), Jej wrogość przejawiała się w okropnych formach.
                        Żegnam wszystkich. Nie-alicjo, przyjmij mój dramat i weż coś na swój
                        użytek. Dziękuję, phokaro.
                        • anula36 Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 10:47
                          w jednym twoja zona miara racje moim zdaniem - nie warto calego zycia spedzic tylko na obowiazkach i pracy, a potem zalowac ze nie dalo sie sobie samemu szansy na przyjemnosci i odpoczynek.
                        • angoisse Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 10:47
                          Wiec jestes kolejnym (drugi mam w rodzinie) przykładem, ze pieniadze szcześcia
                          nie dają, bo większą wartość (dla szczescia swojego i otoczenia) ma wyjechanie z
                          rodziną razem na weekend na zieloną trawkę niż harowanie na okrągło by
                          dostarczyc jak najwięcej dóbr materialnych. Mam wrażenie, że żonie się
                          "nazbierało" niezadowolenia z wczesniejszych lat więc moment przyłapania cię
                          zadziałał jako katalizator by się wyładować.

                          Ale,
                          jak najbardziej sie z Tobą zgadzam w tym, że jesli jest szansa, warto walczyć o
                          rodzinę, bo gdy się za dużo brudu wyleje "za karę" na niewiernego małżonka, to
                          potem już nie ma do czego wracac ani odbudowywać, choćby się chciało. A czasem,
                          gdy emocje opadną, to się jednak chce.




                        • chalsia Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 10:56
                          > Przez całe zycie pracowałem ciężko (już pisałem), a przez ostatnie około 10
                          >
                          > lat - brałem wiele kontraktów. Nie pamiętam, co to weekend, co to "wolne",
                          bez
                          > pracy, wczasy. Mimo tego wszystkiego moja ex-żona nie wiedziała, co to
                          > sprzątanie, zakupy, mycie okien np. Wszystko to robiłem ja. Pomagałem także
                          > przy gotowaniu. Czy nie zasłużyłem sobie chociaż na uczciwy "proces"? Sama
                          > widziała,jak ciężko pracuję, często mówiła, jak jestem blady, jak żle
                          wyglądam
                          > itd. Mimo tego nie było ochoty do pomocy. Gdy prosiłem o to, słyszałem, że
                          stać
                          >
                          > mnie na gosposię, "sprzątaczkę", że mam się zwolnić, gdyż nie muszę pracować
                          > itd. a Ona nie jest kucharką, gospodynią itp.

                          ja Twoją żonę świetnie rozumiem - jako kobieta wolę mieć mniej kasy ale za to
                          więcej człowieka, którego wybrałam na towarzysza życia.
                          Kiedyś, gdy nie mogłam się doprosić pomocy męża w cosobotnim sprzątaniu - ja
                          pracowałam wtedy a on nie (dopiero po ponad 3 latach zaczął pracować) - co
                          kończyło się złą i napiętą atmosferą - po prostu stwierdziłam, że lepiej wydać
                          te parę groszy na panią do sprzątania raz w tygodniu, bo nasze uczucia
                          (wspólne, a także jego i moje) oraz związek są ważniejsze. Ja się nie
                          denerwowałam juz, ze porządki są na mojej głowie i że nie mam oczekiwanej (i
                          wyartykułowanej) pomocy, on nie czuł się już zmuszany do robienia czegoś, na co
                          nie miał ochoty.
                          Chalsia
                          • chalsia Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 13:39
                            > denerwowałam juz, ze porządki są na mojej głowie i że nie mam oczekiwanej (i
                            > wyartykułowanej) pomocy, on nie czuł się już zmuszany do robienia czegoś, na
                            co
                            >
                            > nie miał ochoty.

                            to jeszcze specjalnie dla Kaspra dopiszę by było bardziej zrozumiałe -
                            moje "pretensje" do męża wynikały z jego braku chęci pomocy mi, a nie z tego,
                            że nie miał ochoty na sprzątanie. Bo ja też nie miałam ochoty na sprzątanie,
                            tylko pewnie byłam bardziej od niego obowiązkowa a próg dopuszczalnego bałaganu
                            i brudu miałam niższy niż on.
                            Nie trzeba sprzątać i gotować by być kochanym.

                            A Twoja żona JASNO dawała Ci do zrozumienia, że jej na Tobie zależy przejmując
                            się Twoim złym wyglądem i dokładnie podała Ci na tacy CO ZROBIC by było lepiej
                            (mniej pracować i wynająć panią do sprzątania). Ale nie, Ty wolałeś (jak
                            klasyczna "matka Polka") pełnić rolę poświęcającego się cierpiętnika, którego
                            nikt nie rozumie i on taki biedny jest.
                            Chalsia
                        • kurka_wodna2 Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 12:32
                          Kasper, straciłam już orientację;z którego Twojego związku rozpaczali synowie, z
                          którego córka, z którego zwiazku odchodziłeś do kochanki a który platoniczny
                          zakończyłeś ślubem z młodą dziewczyną...
                        • anja_pl Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 23:26
                          kasper254 napisał:


                          > Przez całe zycie pracowałem ciężko (już pisałem), a przez ostatnie około
                          10
                          >
                          > lat - brałem wiele kontraktów. Nie pamiętam, co to weekend, co to "wolne",
                          bez
                          > pracy, wczasy.

                          po co?
                          jeśli nie chciałeś zatrudniać pomocy domowej, a samemu wszystko robić?
                          po co marnotrawiłeś czas na pracę, zamiast być z żona i powiedzieć jej "kocham"?
                          po co brałeś kontrakty, skoro nie miałeś czasu, aby od najważniejszej (podobno)
                          dla ciebie istoty wysłuchać słowo "kocham"?

                          dopiero jakieś sms'y?
                          pomyłka w czytaniu, bo może od kontrachenta?

                          [ciach]
                          > widziała,jak ciężko pracuję, często mówiła, jak jestem blady, jak żle
                          wyglądam
                          > itd.
                          i co wziąłeś pod rozwagę jej słowa troski o ciebie, czy traktowałeś to
                          jako "brzęczeni muchy", bo ty wiesz najlepiej?


                          > Co do tej dziewczyny,z którą korespondowałem i która wypowiedziała te
                          > słowa. To porządny, uczciwy człowiek. Zasłużyła sobie na szacunek. Chciała
                          mieć
                          >
                          > ze mną kontakt majlowy, telefoniczny, chciała tylko, abym z Nią był; nie
                          żądała
                          >
                          > niczego. Wiedziała, że mam żonę, dzieci, że Ich nigdy nie opuszczę. Już
                          > pisałem - nie mieliśmy romansu. Proszę czytać przyjażnie, a nie wrogo.

                          jaki to uczciwy człowiek, skoro żonatemu, dzieciatemu facetowi przysyła sma'a,
                          że kocha?
                          niec nie chce, tylko:"żeby z nią był", a żona w tym czasie to gdzie ma się
                          znaleźć?
                          miała być z wami, chciałeś młoda adptować?


                          >Pragnę tylko, aby
                          > nie_alicja dalej walczyła o swój związek.

                          dlaczego? bo ty się obudziłes z ręką w nocniku ?


                          > Po prostu - dlatego,że cierpi,że zbłądził, ze woła o współczucie.

                          nie wyczytałam nigdzie, żeby mąż nie_alicji wołał o wsółczucie, że cierpi
                          dltego, że zbłądził
                          raczej cierpi, bo mu tresura nie wyszła i trzeba na nowo do czynności kobitke
                          przyuczać..

                          >Właśnie w
                          > imię przeszłości, w imię przeżytych razem lat i w imię przyszłości.

                          zostawmy przeszłość, właśnie w imie przyszłości

                          > Jestem człowiekiem, mam prawo do błędu, do wyrażenia żalu i
                          > skruchy, do wybaczenia. Myślę, że miarą człowieczeństwa jest próba uniesienia
                          > ciężaru nawet czyiś win.

                          ty nie potrafisz nawet swoich unieść, przerzuciłeś je na swoją żonę..

                          > Jeśli Was to interesuje, to moja ex-żona już dawno przestała być "jak
                          > skowronek". Gdy tylko poznałem dziewczynę, ożeniłem się (nie uznaję luznych
                          > związków, kochanek), Jej wrogość przejawiała się w okropnych formach.

                          i wyczuwam u ciebie satysfakcję, że jednak "dowaliłeś" żonie...

                          jakoś cię nie polubiłam,
                          za to rozumiem twoją żonę
                    • phokara Re: mnie tu nie ma... 17.04.07, 10:07
                      >A Ona była coraz bardziej twarda i bewzględna - nieustępliwa. Im ja bardziej >
                      > rozpaczałem - Ona rosła w siłę.

                      Dokładnie tak. To jest właśnie paradoks takich sytuacji. Rozgrywki emocjonalne
                      i próba sił, żerujaca na rosnącym poczuciu winy i chorej satysfakcji z drugiej
                      strony. To droga donikąd, jeśli chce się wyjść z kryzysu. Często się zdarza, że
                      kobiety (przykro mi bardzo) tak długo 'międlą temat' i wymuszają wieczną pokutę
                      u wiarołomcy, że sił mu nie starcza do dalszego życia i ucieka w siną dal,
                      przez co zostaje ostatnim złamasem. Jeśli nie ucieka tylko pełza
                      dalej, "błagając o wybaczenie", gdy źle ukroi chleb na śniadanie, - bo paranoja
                      narasta zamiast opadać, to kobieta dochodzi w koncu do wniosku, że to jakiś
                      skończony frajer i sama odchodzi. Bo w końcu każda chce byc z rycerzem, a nie z
                      rozmemlaną kluchą. Nie da się żyć w ciąglym poczuciu winy i nie da się żyć z
                      kimś, do kogo się czuje pogardę. Ale da się żyć z kimś, kto popełnia będy, bo w
                      koncu nikt nie jest doskonały.
                      Oczywiście przejaskrawiłam wyżej, ale zasada działan psychologicznych
                      (podświadomych najczęściej) pozostaje taka sama.
                      Dlatego zapytałam, co chciałabyś Nie-alicjo usłyszeć od męża, żebyś mogła
                      zrobić krok do przodu. Jesli czujesz niedosyt, to zadaj mu pytanie WPROST, w
                      przeciwnym razie zapetlicie sie komunikacyjnie, zupelnie inaczej interpretujac
                      slowa. Szkoda pradu.
                      • phokara Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 11:53
                        ... tak na koniec. Do tego, co napisał chłopak Z Mazur. I bardziej 'na
                        przyszlość', bo w końcu, to co było to czas przeszły - dokonany.
                        Ja już się nie będę czepiać do kategorycznego tonu, bo o tym pisałam, zresztą
                        to cecha charakteru, a wszelki charakter sobie cenię wysoko. I naprawdę
                        potraktuj to, nie jako mądrzenie się - tylko sugestię do przemyślenia, którą Ci
                        dam w dobrych intencjach.
                        Jesteś bardzo kiepski w rozumieniu kobiet - choćby śladowym. I nawet jeśli
                        kobiet nie da się nigdy do końca zrozumieć (jak głoszą przesądy) to Ty nie
                        jesteś nawet w połowie, co mnie trochę zastanawia, zważywszy na lata, jakie
                        masz na liczniku. To jest tak, że im dłużej słucham Twojej historii, tym
                        bardziej Ci wspólczuję, ale daleko bardziej wspólczuję Twojej byłej żonie.
                        Serio. Mam jakieś dziwne wrażenie, że nigdy nie potrafiłeś na nia spojrzec, jak
                        na drugą, w pełni autonomiczną jednostkę - że cała optyka sprowadziła się do
                        pełnienia jakis funkcji - matki, żony, czegoś tam jeszcze. Powiem Ci, że to
                        bywa dla kobiety koszmarne, bez względu na to, jak doskonale odgrywa każdą z
                        ról. To dla każdego człowieka jest koszmarne, faceci też zdychają w związkach,
                        gdzie się ich traktuje na zasadzie słupa stabilizacyjnego, skarbonki i tatusia,
                        a nie widzi w nich rycerza. Niby wszystko jest cudnie i pięknie, a pustka w
                        środku coraz bardziej frustrujaca.

                        Nie wierzę, że Twoje małżeństwo rozpadło się z powodu krótkiego romansu.
                        Ten "skowronek", który tak nagle wyfrunał z Twojej żony, nie wziął się znikąd.
                        Ta jej bezkompromisowość, zdecydowanie, ten, jak to romantycznie
                        nazwałeś "kat" - wykluwał się latami, dzien po dniu, kiedy pracowałeś, byłeś
                        zmęczony, nie było Cię, lub byłeś obok niej. Ale nie z nią. I nie dla niej.
                        Więc i ona dla Ciebie zniknęła - choc nawet tego nie zauważyłeś. Jesteś dość
                        krótkowzroczny w ocenie tego, co Cię spotkało i wydaje mi się, że popełniasz
                        błąd, bo naprawdę tu nie chodzi raczej o jakąś zdradę. Kobiety potrafia
                        wybaczyć nie takie rzeczy i nie takie grzechy, jeśli kochają i jeśli chcą z
                        kimś być z wewnętrznego przekonania. Poczytaj sobie uwaznie to forum -
                        znajdziesz tony takich przykładów. Kobiety, jeśli wierzą w sens jakiejś walki,
                        to będę się biły do ostatniej kropli krwi, dadzą się torturować,a nawet spalic
                        na stosie. Ale tylko wtedy, gdy naprawdę będą wierzyć, że nie jest to walka dla
                        pustej idei, ale dla treści - dla tego czegoś, co jest dużo głębiej niż fasada
                        domu, wszystkie w nim meble i domownicy na tych meblach.
                        Będę wstrętnie szczera. Są też kobiety, może nawet większość jest takich
                        kobiet, którym to zwisa i powiewa, bo funkcja żony jest wbrew pozorom bardzo
                        wygodna i zapewniajaca bezpieczeństwo (męża zresztą też). Ale gdyby Twoja była
                        żona należała do tej grupy, to w życiu by się z Toba nie rozwiodła po tym
                        romansie, tylko ustawiła świetnie w tym związku, żerując na tym Twoim poczuciu
                        winy i przez następne lata opływała w dostatki wszelkie. Taka jest prawda.
                        Decyzja, którą podjęła była koszmarnie trudna. Możesz się z nia nie zgadzać,
                        ale nie wolno Ci jej nie szanować. To naprawdę nie jest tak hop-siup zaczynać
                        kobiecie w jej wieku nowe życie i nie uwierzę, że wart jest tego chwilowy
                        kaprys, czy uniesienie się dumą. Nie wierzę też, że była bezduszną zołzą bez
                        grama empatii, bo takie rzeczy to zazwyczaj tylko w bajkach wyustępują. To jest
                        fikcja, Kasper - Twoja interpretacja zjawisk, których widzisz mały fragment, bo
                        tak się przyzwyczaiłeś ogladać świat drugiego człowieka, świat kobiety. To tak,
                        jak z górą lodową - widzisz wierzchołek, ale cała magia jest pod powierzchnią
                        wody. Jak się chce z kimś sensownie byc, to trzeba nurkować, podziwiać skały i
                        kaleczyć sie o nie, a nie mieć potem żal do wierzchołka, że gdzieś wziął
                        i odpłynął.

                        Polecam Ci "Godziny" - książke lub film. Spróbuj się zanurzyć w tym świecie - i
                        spróbuj go POCZUĆ, wyłącz na moment racjonalne podejście do życia, bo sam już
                        wiesz, że wszystko rozwala się najczęściej o to, co nieracjonalne i
                        niewidzialne - tak, jak statki przecież nigdy nie rozbijają się o czubek góry
                        lodowej.

                        Napisałam to do Ciebie, ale chyba tak naprawdę, dla tej kobiety, z która jesteś
                        teraz. Tak myślę.

                        ps.
                        >Upraszczam pewnie, ale tak to określiła starsza córka: "gdyby
                        >nie miała pieniędzy, nie pozwoliłaby sobie na samodzielność, musiałaby iść na
                        >kompromis."

                        Miałam napisać ostrzej, ale się powstrzymam. Ze starszą córką to pogadamy, jak
                        będzie jeszcze starsza i będzie miała szerszy ogląd świata. Jest kobietą, więc
                        siłą rzeczy życie nauczy ją tolerancji, czy tego chce czy nie. Choć życzę jej,
                        żeby nie musiała pod przymusem chodzić na kompromis, tylko mogła się na niego
                        sama decydować i wybierać go z własnej woli. To uskrzydla i to ma sens. Pod
                        przymusem na kompromis to się chodzi najczęściej po własnym trupie. A wszyscy
                        chcemy żyć.

                        • angoisse Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 13:04
                          Phokara, masz wielki talent przekładania zrozumiale po polsku mysli na zdania a
                          nawet poematysmile.
                          Bo to autorytarne przypisanie kobiecie z ktorą sie jest "funkcji żonomatki
                          obowiazkiem tkwiącej na wyposażeniu rodziny bez prawa ruchu, glosu, veta"
                          przewija się ciągle od bodajze drugiej wypowiedzi Kacpra. A pracoholizm...
                          przedstawiany przez K. jako jego zasługa i poświęcenie... -przeciez to wada a
                          nie zaleta, ..tylko trzeba chcieć to zauważyć!
                          • marcelka38 Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 15:37
                            A piekna nieszczęsliwa istota dostawała zapewne to, czego potrzebowała żona -
                            zainteresowanie, wsparcie, w jakimś sensie opiekę.. Bo była biedna i
                            nieszczęsliwa... A zona musiała pewnie nauczyc sie być silną, samodzielną,
                            niezależną - bo na niej spoczywały główne obowaiązki rodzinne... Tak sobie
                            teoretyzuję teraz, pewnie nawet bardziej myślę o sobie. O tym, że "pani"
                            dostawała, to co powinnam była dostać, i to własnie wyczytałam w
                            korespondencji, to właśnie może wyczytała żona.. Nie trzeba wcale pisać o
                            szalonych ekscesach seksualnych, nie trzeba pisać o namiętnych uczuciach.. Nie
                            trzeba tego co panowie nazywaja romansem. Wystarczy to nieuchwytne "coś" coś na
                            co czekamy,a nie dostajemy, coś co mąż (partner życiowy) daje własnie innej.. I
                            To własnie boli baardzo, baardzo mocno... Może nawet mocniej niz jednorazowy
                            wyskok łóżkowy. Może...
                            • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 16:49
                              >Tak sobie teoretyzuję teraz, pewnie nawet bardziej myślę o sobie.

                              Bez wątpienia to są wyłacznie Twoje projekcje, Marcelko, bo autor watku nic
                              takiego nie napisał. Rozumiem, że trudno wyjść poza ramy własnej historii, ale
                              trzeba próbować, jeśli ta dyskusja ma mieć jakiś sens i przynieść komuś
                              refleksję na przyszłość. Jak nie mozna wytrzymać, to zawsze lepiej założyć
                              własny wątek, niż "wiedzieć lepiej od poety, co poeta chciał powiedzieć".

                              >Wystarczy to nieuchwytne "coś" coś na co czekamy,a nie dostajemy,

                              ... i czego same czesto nie dajemy, zapomniałaś dodać. Wszystko ma awers i
                              rewers, a romanse nie biorą się znikąd, choć ich bynajmniej nie
                              usprawiedliwiam. Jak się tylko czeka na nieuchwytne "coś" i nic nie robi, to
                              można mieć pewność, że to nieuchwytne "coś" złapie ktoś inny. Taka jest smutna
                              prawda. I w sensie "nic nie robi" nie chodzi mi o obowiązki rodzinne, w postaci
                              rozbijania kotleta na obiad, z jednej strony, czy przynoszenie do domu wypłaty -
                              z drugiej. Historie z tego forum są doskonalym dowodem na to, że to nie
                              wystarcza. Tyle.

                              • marcelka38 Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 17:30
                                To nie jest projekcja- zwłaszcza, że napisałam, że bardziej myslę o sobie...
                                Piszac tutaj trudno oddzielić własne emocje, i własne zycie... Oddzielic może
                                terapeuta i to po własnej terapii i pod okiem superwizora jakby... Ale kiedy
                                juz wchodzą własne emocje... Chyba o tym wiesz.. I pewnie wiesz na czym
                                polega projekcja, znasz inne mechanizmy obronne.. I wiesz równiez jak bardzo
                                trudno wyzbyc sie własnej oceny. A jeżeli dyskusja ma mieć jakis sens, to warto
                                tez posłuchać innych głosów, innych doswiadczeń.. To jak grupa wsparcia -
                                przyjrzenie sie w lustrze innych , nie terapia indywidualna... To zasadnicza
                                różnica. Tu terapii indywidualnej nie ma. Wręcz przeciwnie, czasami jest to
                                jedynie miejsce dla zabłysnięcia dla wszelkiej maści grafomanów. I całej rzeszy
                                narcyzów, histrioników i innych którzy chcą za wszelką cenę zabłysnąć
                                edrudycją . Czyimś kosztem zwłaszcza.
                                I jeszcze jedno - po to, aby druga strona wiedziała co to jest to "coś" to
                                powinna też umieć i chcieć słuchać... A nie zawsze chce, a czasami po prostu
                                tego nie umie... "Korzenie przeszłości" się kłaniają . Ale to odrębny temat.
                                • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 18:20
                                  >A jeżeli dyskusja ma mieć jakis sens, to warto
                                  > tez posłuchać innych głosów, innych doswiadczeń..

                                  W pełni się zgadzam. Tylko trzeba się trzymać tematu, bo inaczej sie zaczyna
                                  mówic o wszystkim i o niczym - a głównie o sobie. I to nie ma nic wspólnego z
                                  narcyzmem czy grafomanią (forum 'rozwód i co dalej' wydaje mi się zresztą dość
                                  naciąganym miejscem lanserki, ale ok), tylko z nadmiarem emocji, jakie się w
                                  nas kłębią. Ja nigdzie nie napisałam, że nie trzeba słuchać innych - ja
                                  napisałam, że nie powinno się mówić za innych, głosem własnych fantazji.

                                  Nigdy nie chciałam oddzielać wasnych emocji i własnego życia od tego co piszę,
                                  ale bardzo się staram (nie zawsze się to udaje, fakt)nie wydawać ocen przez ich
                                  pryzmat, skręcając w jakieś schematy i wygodne dla siebie skróty. Mówiąc
                                  inaczej - staram się pokazać, jak się mogła czuć żona Kaspra (bazując na
                                  własnym doświadczeniu, bolesnym dość) ale nie ciskać w niego gromami za
                                  własnego exa, który historię romansową ma na koncie zdecydowanie większych
                                  gabarytów.

                                  • kasper254 Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 10:13
                                    Phokaro, jesteś bardzo mądrym człowiekiem; autorytetem, co wynika z
                                    towarzyszących Twoim wystąpieniom postów. Wielu na pewno będzie się stosować do
                                    zasad, które głosisz.
                                    Nie zgadzam się z Tobą w pewnych rzeczach i ośmielam się jednak zabrać głos.
                                    Pewnie, że jestem kiepski w rozumieniu kobiet, nie mam na to monopolu, nie
                                    jestem w ogóle fachowcem w sprawach damsko-męskich. Ale czemu miałbym nim być?
                                    Tylko dlatego, że przeżyłem ponad 50 lat? Staram się rozumieć, co to
                                    odpowiedzialność, opieka, troska o innych. Starałem się nie zawodzić w trudnych
                                    sytuacjach, być na każde zawołanie. Moja ex-żona zawsze mnie miała blisko, gdy
                                    byłem potrzebny.Czy jednak mimo tego zawodziłem? Tak, kilka razy i tego żałuję.
                                    I już nigdy tego nie będę robił. Wiele razy byłem bezwzględny, tak jak i moja
                                    ex-żona. Zawsze była w pełni autonomiczną jednostką, mogła realizować się w
                                    pewnych obszarach wspólnego życia, ale rezygnowała z tego. Wcale nie chciałem,
                                    żeby pełniła jakieś funkcje, ale przecież każdy z nas jakąs rolę wypełnia.
                                    Takie jest po prostu życie, albo inaczej - takie jest wspólne życie. Jedno musi
                                    uzupełniać drugie.
                                    Gdy moja siostra, 60-letnia, prosta kobieta,głęboko religijna,której całe
                                    niemalże życie zostało określone miejscem, spędzonym za za maszyną krawiecką,
                                    która nie przeczytała żadnej książki, dowiedziała się o rozpadzie naszego
                                    związku, nie mogła uwierzyć. :To jak to tak - mówiła - jeden człowiek zostawia
                                    drugiego, któremu przysięgał, który ma mu służyć pomocą." "Jak ja bym mogła tak
                                    zostawić swojego..." Nie mieściło się to w Jej pojęciu świata, w Jej ujmowaniu
                                    miłości czy powinności.
                                    Trzymajmy się jednak Twoich słów, Phokaro. O "skowronku" juz pisałem.
                                    Przestał śpiewać, gdy się ożeniłem. Gdybym opisał, jakich okrucieństw
                                    dopuszczała się eks-żona, po tym, nieistotnym przecież dla Niej fakcie, nie
                                    uwierzyłabyś. Gdybym to opowiedział, pewnie wówczas, jak ktoś napisał, można
                                    byłoby na wspomnienie tego budzić się z ręką w nocniku. Co w tych momentach
                                    robił "kat"? Swoje rzemiosło powinien skończyć w chwili "zwycięstwa", czyli
                                    rozwodu.
                                    I puenta pierwsza. Wiele czasu minęło, wiele rozmów, stania przy mnie moich
                                    bliskich i przyjaciół. Ty, phokaro, doszłaś do tego szybciej, niż ja, dzieląc
                                    kobiety na dwie kategorie. Tak, to prawda, gdyby eks-żona mnie kochała,
                                    bylibyśmy dalej ze sobą i byłaby rodzina. Ja zresztą nieraz używałem tego
                                    argumentu, ukazując inne, znane eks-żonie małżeństwa. Jedno z nich: facet
                                    odszedł do innej na wiele miesięcy, a gdy wrócił, żona przyjęła Go. Inne:
                                    facet pił nałogowo. Minęły lata - spotykam tych ludzi, idą, trzymając się za
                                    rękę, żyją zgodnie (o tym wiem). Na to moja ekx-żona mówiła: "ja nie będę się
                                    poświęcać, ja nie jestem głupia".
                                    I puenta druga - nie wymagaj wiele od kogoś na rzecz innego, gdy on nie nie
                                    chce dawać nic. Rozumiem alegorię góry, ale - niestety - statki rozbijają się
                                    najczęściej o wierzchołek.
                                    I puenta ostatnia - Po własnym trupie nie ma już kompromisu. Życie to
                                    wieczny kompromis, życie to ocean wybaczania. Czasem, nie z włsnej woli,
                                    wybieramy kompromisy i to jest miara naszej wielkości - tak myślę. Tak chcę żyć.
                                    I jakaś tam refleksja. Jak myślicie, skąd dzisiaj tyle rozwodów? Skąd tyle
                                    lużnych związków, samotnictwa, życie w pojedynkę? Byle drobiazg, byle kłótnia -
                                    i ludzie się rozchodzą. Jak ten przykład, który podałem, moich znajomych. Może
                                    hedonizm? Może ta słynna "emancypacja" kobiet, w której mężczyzna musi poznawać
                                    kobietę, zanurzać się w jej świecie, poczuć go... A rola kobiety? Co ona musi,
                                    czy też tylko chce? Dziwny jest ten świat. A może po prostu brak dobroci,
                                    wytrwałości, serca? Gdzie w tym swiecie jest miejsce dla mężczyzny? Ma on
                                    służyć tylko samorealizacji kobiet? Jeśli tak - to której z dwóch kategorii.
                                    To puenta zamykająca.
                                    Wybierz-nie_alicjo.


                                    • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 12:00
                                      > Phokaro, jesteś bardzo mądrym człowiekiem; autorytetem, co wynika z
                                      > towarzyszących Twoim wystąpieniom postów. Wielu na pewno będzie się stosowaćdo
                                      > zasad, które głosisz.

                                      To raczej nie będzie świadczyć o ich mądrości. Do własnych zasad to się moge ja
                                      sama stosować, i dość komicznie szukać 'autorytetu' w zakresie relacji kobieta-
                                      mężczyzna, u kogoś kto siedzi na forum 'rozwód i co dalej'. Naprawdę.

                                      > Rozumiem alegorię góry, ale - niestety - statki rozbijają się
                                      > najczęściej o wierzchołek.

                                      To podstawowa różnica w naszym postrzeganiu świata i zjwisk. To są dwa zupełnie
                                      różne podejścia, stąd ta dyskusja. Każde ma w sumie rację, prostych recept nie
                                      ma. Akceptuję Twój punkt widzenia, choć się z nim nie zgadzam.

                                      >Byle drobiazg, byle kłótnia - i ludzie się rozchodzą.

                                      Nie znam takich ludzi, no chyba że są totalnymi głupolami - ale takimi staram
                                      się nie otaczać. To jest znowu ta różnica w patrzeniu - "byle kłótnia, byle
                                      drobiazg, byle czubek góry lodowej..." nie wierzę. Bylejaki związek i ludzie
                                      się rozchodzą - no to tak. Nie wszyscy chcą przejść przez życie chodząc na
                                      wieczny kompromis - nie wszyscy maja na to siłe, albo inaczej - niektórzy mają
                                      odwagę, żeby tak nie robić. Czy rozwód jest aktem tchórzostwa czy odwagi - to
                                      możemy dyskutować długo i bez jednego, słusznego wniosku. Każdy przypadek
                                      trzeba rozpatrywać indywidualnie. Przytaczasz przykłady Twoich znajomych, ale
                                      ja Ci powiem, że nie wierzę w wiarygodną ocenę czyjegoś życia - to są tylko
                                      nasze wyobrażenia na ten temat, czasem słuszne, czasem nie.

                                      >Może hedonizm? Może ta słynna "emancypacja" kobiet, w której mężczyzna musi
                                      >poznawać kobietę, zanurzać się w jej świecie, poczuć go...

                                      Nic nie musi. Naprawdę, nic nie musi. Może chcieć, ale nic nie musi.
                                      O "emancypacji" (dobrze, że choć w cudzyslowiu) kobiet nie podejmuję się pisac,
                                      bo to za szeroki temat; faktem jest, że mężczyźni się w tym dość mocno gubią,
                                      same kobiety czasem też - ale biegu rzeczy się nie odwróci. Trzeba szukać
                                      środków pozwalających jak najpełniej żyć 'tu i teraz', a nie wspominać z łezką
                                      w oku "jak to kiedyś bywało", bo nic z tego nie wynika. Zresztą nie
                                      idealizowałabym tamtych czasów, bo mam jakieś dziwne przekonanie, że nie było
                                      tylu rozwodów z przyczyn głównie bytowo-ekonomicznych, skutecznie podsycanych
                                      ostracyzmem społecznym, zaś z kondycja związków jako takich, to nie mialo wiele
                                      wspólnego. Pod tym względem to się znowu nie tak wiele zmieniło, sam człowiek
                                      też się niewiele zmienił, wbrew pozorom - tylko możliwości ma większe, co z
                                      jednej strony rozszerza perspektywy, a z drugiej ogłupia. I zawsze było tak, że
                                      ta druga grupa była liczniejsza.
                                      Oczywiście, kobiety siedziały grzecznie w domku - no bo nie bardzo miały gdzie
                                      indziej, a mężczyźni ten dom utrzymywali i było prześlicznie. Może byli tylko
                                      bardziej rycerscy, bo jak obracali kochankę na boku (całkiem oficjalnie
                                      zresztą), to potem żona przynajmniej dostawała fajne futro. haha... Tak mi
                                      prababka opowiadała i nie da się ukryć, że dla kobiet tez przyszły chude czasy,
                                      bo jakoś żadnego futra nie mam, a powinnam mieć normalnie całą szafę. Żartuje
                                      oczywiście, ale pewnie wiesz, o co mi chodzi.
                                      Ale co z tego wynika? Nic. Nie zmienisz biegu świata. Zamiast sentymentalnych
                                      rozważań filozoficznych lepiej się zająć własnym podwórkiem i od tego zacząć.

                                      >Gdzie w tym swiecie jest miejsce dla mężczyzny?

                                      Mnie się pytasz, rycerzu?

                                      >A rola kobiety?

                                      Ale jakas jedna obowiązujaca, jak mundurki w szkołach? Wyobrażasz sobie dookoła
                                      same Anny Kareniny czy Siłaczki tłoczące się na scenie życia?
                                      Wiesz co. Bo to chyba właśnie na tym polega, żeby każdy sam okreslił jaką chce
                                      rolę odegrać i dobrał sobie partnerkę taka, żeby grali w jednej sztuce.
                                      To się chyba nazywa wolny wybór czy jakoś tak. Jeden z największych darów i
                                      przekleństw, w jakie został wyposażony człowiek. Zawsze straszne z tym były
                                      problemy. Dzisiejszy świat daje większe możliwości korzystania z owego daru -
                                      no i jest jeszcze gorzej. Gubimy się, gubimy, jak cholera. Jedno się tylko nie
                                      zmieniło - zawsze chcemy, by nasz wybór był także wyborem drugiej strony. W
                                      ogóle nie potrafimy załapać, że "wolny" dla niej może (nie musi) oznaczać coś
                                      zupełnie innego. Ty to sam pięknie napisałeś w zdaniu, które mnie rozbroiło -
                                      bo to jest cały ten nasz elaborat w paradoksalnej pigułce:

                                      >Czasem, nie z włsnej woli, wybieramy kompromisy

                                      Czy można coś WYBRAĆ nie z WŁASNEJ woli?
                                      Powiesz pewnie, że to tylko kwestia semantyki. Ale to nie jest takie proste.
                                      Życie nigdy nie jest takie proste, jak nam się wydaje. Na szczęście zresztą.

                                      pozdrawiam Cię serdecznie


                                      > Wybierz-nie_alicjo.

                                      I uwierz w to, że wybrałas dobrze. Bez względu na to, co zdecydujesz - wiara
                                      czyni cuda (serio, serio)
                                      • kasper254 Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 22:32
                                        Nie chcę już pisać, pewnie temat został wyczerpany, ale trudno też przejść
                                        obojętnie obok Twoich słów czy też Marcelki38. Jesteście odemnie dużo bardziej
                                        mądre.
                                        Pozdrawiam cię mocno, phokaro i dziękuję.
                                        Czemu więc piszę? Katharsis? Żegnanie się z przeszłością? Lament nad
                                        minionymi latami? To i mój pogrzeb. Piszę tez pewnie, żeby odpowiedzieć na
                                        Wasze mądre, głębokie słowa - nie dyskusją lecz dalszym zwierzeniem. To nie
                                        zaproszenie do dalszej dyskusji - skądże znowu. Tym, co mną wstrząsnęło w
                                        historii mojego konduktu, który tak sobie jechał prawie 16 miesięcy, to
                                        bewzględność i brutalność ekx-żony i negacja przez Nią wszystkich lat, całego
                                        wspólnego życia. To pewnie legitymizowało fakt, że nie chciała niczego ratować.
                                        Nie chciała iść do specjalistów, mimo że ja spełniłem Jej wszelkie warunki:
                                        pozbyłem się jednej dobrej pracy itd.
                                        Mówisz,phokaro, że kobieta nie chce mieć maślącego się faceta. Byłem takim
                                        przez okres wielu miesięcy; płakałem z byle powodu, np. w czasie spotkania
                                        przed dużym audytorium. Nic nie dawały spotkania u psychologów i psychiatrów.
                                        To dawało Jej pretekst do szydzenia, mimo, że znała mnie jako upartego,
                                        silnego, umiejącego pokonywać wiele trudów człowieka. Czy można się śmiać a
                                        kaleki? I po co? Teraz czasem jeszcze zapłaczę, ale pojawi się tylko jedna -
                                        dwie łzy. I koniec. Doświadczyłem z Jej ręki lub z Jej przyzwolenia - od
                                        innych - takich okropności, że wstyd mi o tym mówić. Stwardniałem. Ale też
                                        patrzę na życie inaczej, bardziej miękko, łagodnie, spokojniej i swobodniej.
                                        Przedtem biegłem, ale teraz staram się smakować każdą chwilę życia. Wstałem z
                                        klęczek i myślę, że już nikt nigdy mnie nie powali. Podobno, jak mówił Miller,
                                        mężczyznę poznaje się nie wtedy, jak zaczyna, ale jak kończy. To mam nadzieję,
                                        że jestem chociaż mężczyzną, jeśli już nie rycerzem.
                                        Moja eks-żona często powtarzała, że gdyby poznała lepszego odemnie, to
                                        zdradziłaby mnie. Co jest więc zdradą? Czy to były żarty, czy takie tam głupie
                                        gadanie - nie wiem. Natomiast w pewnym miejscu i czasu zrozumiałem, że gdyby
                                        mnie kochała - wybaczyłaby to, co mnie się przytrafiło. Jeśli przestała mnie
                                        jednak kochać mimo ofiarności całego mojego życia, a przy tym błędów, które
                                        popełniłem to z tą chwilą , z chwilą tego odkrycia, zacząłem inaczej mysleć.
                                        Zaczęła mi być obca. Nie - wroga, ale obca. A potem coraz bardziej się
                                        oddalała, bezkształtna. I już nie chciałem Jej widzieć i słyszeć, chciaż
                                        przedtem zabiegałem o cieplejsze słowo, o gest, o wpuszczenie do mieszkania.
                                        Marcelka38 powiedziała coś, o czym nie wiedziałem, co rzuca jakieś światło na
                                        kilka istotnych zdarzeń, w których uczestniczyłem.
                                        I tak dalej sobie myślę, że jestem człowiekiem i mam prawo do błędu. I inni
                                        ludzie też je mają. Gdzie więc szukać tego przeważającego argumentu: dać komuś
                                        szansę czy nie? To proste. Trzeba zawsze ją dać, gdy druga strona o to prosi, a
                                        nawet błaga; gdy suma zdarzeń pozytywnych przeważa nad negatywami, a nawet
                                        wówczas, gdy wszystko wydaje się beznadziejne. Czy my sami jestśmy ideałami?
                                        Czy kiedyś my sami nie będziemy potrzebowali łaski wybaczenia? Jestem ateistą,
                                        ale przemawia do mnie wiele gestów religijnych.Czem u więc są to dla nas tylko
                                        figury retoryczne?
                                        Masz rację, phokaro - wiara naprawdę czyni cuda. Nie znaczy to że
                                        uwierzyłem. Dziękuję - każdy dał mi coś cennego. Będzie mi łatwiej. Może i
                                        łatwiej będzie nie_alicji...
                                        • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 19.04.07, 11:55
                                          > Teraz czasem jeszcze zapłaczę, ale pojawi się tylko jedna -
                                          > dwie łzy. I koniec. Doświadczyłem z Jej ręki lub z Jej przyzwolenia - od
                                          > innych - takich okropności, że wstyd mi o tym mówić. Stwardniałem. Ale też
                                          > patrzę na życie inaczej, bardziej miękko, łagodnie, spokojniej i swobodniej.
                                          > Przedtem biegłem, ale teraz staram się smakować każdą chwilę życia.

                                          Widzisz - bo to tak właśnie jest, czasami trzeba przeżyć jakiś solidny wstrząs,
                                          żeby zobaczyć zupełnie nowe przestrzenie życia. Teraz wydaje Ci się pewnie, że
                                          mógłbyś to odkryć także u boku byłej żony, gdybyście to przetrwali - ale
                                          pewności nie ma, a czasu nie możesz cofnąć. Nie warto żyć życiem równoległym,
                                          należącym do przeszłości, nawet nie dlatego, żeby o niej zapomnieć czy ja
                                          zanegować (ani sie nie da, ani to nie ma sensu) - ale dlatego, że energia jest
                                          potrzebna do włożenia w "tu i teraz", bo to się liczy najbardziej. I nie chodzi
                                          mi bynajmniej o płaski hedonizm czy wypieranie złych wspomnień ale o konkretne
                                          działania, którymi wypełni się wyrwę po tym, co było. Wszystkich dopadają
                                          jakieś katastrofy życiowe - bez wyjątków. I myslę, że człowieka poznaje właśnie
                                          po tym, jak z nich wychodzi. Tak naprawdę za decyzje takie, jak rozwód - płaci
                                          się czasem przyszłym, a konkretnie jego jakością. To taki debet rozłożony w
                                          ratach i latach, a cała rzecz polega na tym, żeby go spłacić, wyjść na zero, a
                                          potem zacząć zarabiać na siebie i innych. To jest sztuka, nie - to jest ciężka
                                          harówka, żeby zgromadzić tyle, żeby się móc tym dzielić, beż żalu i liczenia
                                          kosztów. Poczucie winy czy wyrzuty sumienia - to nie jest żadna cena. To taki
                                          nasz abonament, bezwartościowy dla innych, i trzeba mieć tego świadomość.

                                          Ja zawsze powtarzam, że zburzyć, to każdy glupi potrafi - zbudować, tylko
                                          wyjatki. A juz na takim leju w ziemi i zgliszczach - to jest doprawdy coś.
                                          Mówiąc wprost - rozwieść się, żeby nie było źle, to żadna sztuka. Rozwieść się,
                                          żeby było tylko 'inaczej', najcześciej tylko 'inaczej byle jak', to nie ma
                                          żadnego sensu, bo przynosi tylko kolejne rozczarowania. Ale rozwieść i zbudować
                                          na zgliszczach nowe, bardziej prawdziwe i pełniejsze życie (specjalnie nie
                                          piszę szczęśliwsze) to jest coś, jakkolwiek czuję, że dość patetycznie brzmi w
                                          opisie. Ceną za negatywne wydarzenia nie są bynajmniej negatywne uczucia
                                          (złość, strach, poczucie winy) tylko pozytywne DZIAŁANIA, jakie po nich
                                          następują. Trzeba wypłakać swoje, odchorować porażkę, a potem wstać i iść
                                          walczyć dalej. Żaden to bohater, który poniósł w boju ogromne straty i odniósł
                                          prawie-śmiertelne rany, a potem wziął i poszedł na rentę.
                                          Szanuję ludzi, którzy po rozwodach zmieniają się na lepsze - co bynajmnie nie
                                          jest regułą. Na tym forum jest mnóstwo osób, którym sie to udało, co więcej,nie
                                          ma znaczenia, czy same podjęły tę decyzję, czy zrobiła to druga strona.
                                          Przyszłość jest doprawdy nieprzewidywalna i nigdy się nie wie, po której
                                          stronie potem los rzuci więcej kłód, a po której więcej podków. I nie o to
                                          chodzi. Chodzi o to, żeby wierzyć w to, co się robi,i, żeby przyjąc głęboko
                                          szczerą i otwarta postawę wobec siebie i innych ludzi. To ma sens, bo rozwod to
                                          tak naprawde wyzbycie sie iluzji. Zamiana jednej iluzji na inna nie ma sensu,
                                          podobnie, jak nie ma sensu dalsze tkwienie w iluzji, gdy sie zostaje.

                                          I, tak na koniec, refleksja własna. W takich sytuacjach nie wierze w kompromis,
                                          w poswiecenie sie, ktore zostawia w kimś poczucie krzywdy. To nie działa. Tu
                                          musi zaistniec wolny wybor z jednej i drugiej strony, zeby moglo sie udac i
                                          przynioslo nowa jakosc. U niektorych rozwód jest pójsciem na łatwizne, u innych
                                          pozostanie jest pójściem na łatwizne, i nie ma tu żadnego paradoksu. Jest
                                          takie powiedzenie zen, ktore bardzo lubie, i które sama sobie często powtarzam,
                                          jak mantre.

                                          Jeśli masz przed sobą dwie drogi, i nie wiesz, którą pójść, wybierz te, która
                                          wydaje ci się trudniejsza.



                                          • kasper254 Re: Kasper - krótka refleksja... 19.04.07, 15:17
                                            Czytać Twoje słowa to prawdziwa przyjemność, phokaro. Tutaj właściwie temat
                                            został wyczerpany, co nie oznacza, że nie odpowiem na aktualną treść Twojej
                                            ostatniej wiadomości. Może jest jakiś sposób, byśmy mogli dalej pisać, z
                                            pominięciem forum? Nie gniewaj się na tą propozycję.
                                            • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 19.04.07, 17:24
                                              > Czytać Twoje słowa to prawdziwa przyjemność, phokaro.

                                              Dziękuję. Ja to zresztą piszę trochę też sama dla siebie, żeby była jasność.
                                              Sama sobie zawsze mogę poczytać własne 'mądrości', jak mam gorszy dzień i
                                              wszystko wydaje mi się bez sensu. Bo to każdemu się przytrafia, normalna rzecz.
                                              I coś ważnego, dla osób, które są w tym wszystkim 'na świeżo' - dwa lata temu
                                              pisałam trochę w innym tonie, czasami rzeczy, których się dzisiaj wstydzę -
                                              choć pewnie równie okrągłymi zdaniami. I to nic nie znaczy, forma może być
                                              kulawa, jak treść jest ok. Nie zawsze była. Nie jestem typem stoika, i do tego
                                              etapu musiałam dojść z czasem - a tam naprawdę zaczynałam od czołgania, jak
                                              każdy tutaj. Ale dzisiaj juz przynajmniej wiem, że czołagałam się w dobrą
                                              stronę, dzięki czemu pewnie szybciej stanęłam na nogach. I bynajmniej, nie
                                              chodzi mi o fakt, że mi się tak wspaniale wiedzie i układa (haha, fakty raczej
                                              są w tej materii dość wątpliwe) czy jakiś fart mnie niewiarygodny spotkał czy
                                              cudem zleciał z nieba. Ostatnio tylko miska mi na głowę zleciała i nabiła guza,
                                              z czego się pół dnia śmiałam, a mogłam przecież wyć i złorzeczyć, że nawet
                                              przedmioty martwe są przeciwko mnie - a to wszystko przez mojego exa albo
                                              pierwszą wojnę światową. No taka jest prawda. I wydaje mi się, tak z
                                              perspektywy czasu, że dwie cechy bardzo mi w tym wszystkim pomogły: intuicja i
                                              śmiech. Naprawdę. No i czas - ale ten pomaga każdemu, kto da mu szansę, a tak
                                              naprawdę sobie.
                                              Ja to jeszcze raz napiszę Nie-alicji, która jest na początki drogi, na której
                                              też kiedyś byłam - intuicja. Jeszcze jej nie słyszysz, bo wrzeszczą Ci w głowie
                                              różne sprzeczne myśli, ale w pewnym momencie, jak będzie chwila ciszy -
                                              posłuchaj intuicji. Nie wchodź w schematy, nie szukaj podobieństw do innych
                                              historii ani reguł. Intuicja - to jest jeden głos, w którym jest wszystko - Ty-
                                              kobieta, Ty-żona, Ty-matka i cała Twoja przeszłość i wszystko inne. Ten głos
                                              bardzo trudno usłyszeć, ale warto - wyłapie wszystkie fałsze dookoła, a to
                                              teraz najważniejsze. I smiech - to w ogóle błogosławieństwo od losu chyba
                                              najbardziej niedoceniane. Daje dystans, cholernie istotną rzecz. Jak masz się
                                              wściekać na męża, to lepiej śmiej się z niego, naprawdę. I przy okazji z
                                              siebie, nawet z ironią czy sarkazmem, ale to zawsze lepsze niż tona frustracji
                                              i schizów, które kiszą się w środku.
                                              Tak, ja wiem, że to się teraz tak prosto pisze, wiem. Ale trzeba NA SIŁĘ nawet
                                              ciągnąć w stronę dobrych rzeczy, żeby coś sensownego z tego było. Naprawdę.

                                              I doceń siłę własnego wyboru, jakikolwiek będzie. To jest naprawdę piękna
                                              rzecz - wybierać świadomie. Koszmarnie trudna ale piękna. Potem już nigdy nic
                                              nie jest takie samo, ale może byc lepsze. Twoje życie z mężem może byc takie -
                                              i bez niego też. Spójrz na to wszystko, jak na szansę, którą dostałaś, a nie
                                              przekleństwo losu. Wiem, że to trudne - w naturze człowieka leży fakt, że jak
                                              się zdarzają rzeczy dobre, to się ich specjalnie nie celebruje, bo każdemu się
                                              wydaje, że sie nam należą, jak psu micha; a jak nam się coś niedobrego
                                              przytrafi, to koniec świata i niesprawiedliwość absolutna, dlaczego to spotkało
                                              mnie, a nie wrednego sąsiada? Sąsiad, jak jest wredny, to i tak ma gorzej.
                                              Mówię Ci.
                                              Nie wpychaj exa w rolę czarnego charakteru, w ogóle w żadna rolę go nie
                                              wpychaj. Ani siebie. Włącz czujniki intuicyjne, które każda baba ma, bo my w
                                              końcu jesteśmy urocze czarownice, nawet jeśli wyemancypowane. To działa. A czy
                                              ktoś Ci przypnie potem łatkę Matki Teresy czy głupiej wydry, to w ogóle nie ma
                                              znaczenia, bo Matka Teresa, wierząc w to co robi była bardzo szczęśliwa, a
                                              wydry to jedne z najbardziej radosnych stworzeń, jakie świat widział. Więc sama
                                              rozumiesz - właściwie każda opcja jest dobra. Trochę pojechałam, ale to po to,
                                              żeby trochę w Ciebie wlać optymizmu na przekór wszystkiemu. Oddech. Złap oddech.

                                              To jeszcze do Kaspra
                                              > Może jest jakiś sposób, byśmy mogli dalej pisać, z
                                              > pominięciem forum? Nie gniewaj się na tą propozycję.

                                              Ja tego w ogóle nie traktuje, jako propozycji, gdyby tak było, faktycznie
                                              mogłabym się obruszyć, zwłaszcza w świetle opisywanej przez Ciebie historii o
                                              młodej damie vel czubku góry lodowej, no to byłby niezły żart. To był żart.
                                              Sens pisania na ogólnym forum jest taki, że ktoś inny coś jeszcze z tego
                                              wyniesie. Ale wiem, że są rzeczy, których się tu nie chce pisać, sama poziom
                                              ekshibicjonizmu mam raczej umiarkowany, więc rozumiem. Zawsze można jeszcze
                                              spróbować napisać na gazetową pocztę, która wszyscy tu mamy - nick@gazeta.pl


                                  • marcelka38 Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 11:03
                                    Tak naprawdę wiekszość tutaj pisze o sobie, albo przez pryzmat własnych
                                    doświadczeń, lub znanych doswiadczeń. To całkowiecie normalne i tak w zasadzie
                                    powinno byc- bo tylko wtedy mozna wyrazić to co sie naprawde czuję. Pamiętam
                                    jak bedąc jeszcze młodą ambitna dziewczyną w małym palcu miałam wszystkie
                                    teorie psychologiczne, a pytana o jakiś problem potrafiłam cytowac co, kiedy,
                                    który autor na ten temat powiedział, który psycholog miał jakie zdanie na ten
                                    temat... smile)) A nie potrafiłam odpowiedzieć na najprostsze pytanie: "jak sie z
                                    tym czujesz???". Ale dostawałam za to po głowie od tych "doświadczonych"!!! :-
                                    )). Długo sieę tego uczyłam i dzisiaj przychodzi mi to prawie naturalnie, ale
                                    tez mam swoje zboczenie i zwracam na to uwagę w wypowiedziach innych. I
                                    zdecydowanie wiecej wniosków potrafię wyciągnąć na podstawie informacji o
                                    uczuciach towrzyszących niż interpretacjach czyjegoś zachowania. Ja również
                                    pisząc o własnych uczuciach chiałam pokazać dokładnie to samo co i Ty,
                                    zwłaszcza, że poruszyło mi to mój osobisty wątek. Bo ja mam baaardzo podobne
                                    doświadczenia, poniekąd widzę ogromne podobieństwa Kacpra i jego postępowania
                                    do postepowania mojego jeszcze nie EX. Stąd emocje. Zrozumiałe zresztą. A
                                    wracając do tematu, niezależnie co ktoś napisze, niezależnie od rad, pokazania
                                    własnych rozwiązań i tak DOBRĄ decyzja autorki całego wątku będzie JEJ decyzja,
                                    ta z którą ONA bedzie czuła się dobrze, której będzie pewna. Pewna na każdym
                                    poziomie, nie tylko pozornie. Nie decyzja żadnego, czy żadnej z nas..
                                    Niezależnie od tego czy bedzie się podobała komuś z zewnatrz, czy nie.. I o to
                                    w tym chodzi.. To jest bardzo trudne, wymaga czasu i czasami warto skorzystać z
                                    tego "lustra" ale w wydaniu fachowym, żeby własnie nie "międlić" tego wkoło. Ja
                                    o ile potrafię spojrzeć obiektywnie i być pomagaczem w innych dziedzinach tutaj
                                    ciąglę "łapię" się że reaguję zbyt emocjonalnie, przez własny pryzmat.. To
                                    normalne, ale dobrze jest że mam świadomość własnej "słabości". Wszak jestem
                                    zwykłym czlowiekiem z emocjami, własnymi słabościami, siłą, zaletami i wadami.
                                    Jak każdy z nas. I nie napiszę, ze moje emocje, czy doświadczenia są lepsze lub
                                    gorsze.. Bo tak nie ma. A z fantazjami to jest tak, że często- w terapiach
                                    zresztą też używa się sformuowania -"mam taka fantazję...." i obserwuje czy
                                    wzbudza to emocje czy nie. Ot takie sobie narzędzie poniekąd diagnostyczne..
                                    Ale tez pozwalające nakierowac drugą osobę na inny tok postrzegania.. Ale to na
                                    marginesie.
                                    • marcelka38 Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 11:34
                                      To bylo do Phokary.. A do Kaspra - kieruj sie bardziej własnymi uczuciami niż
                                      zasadami innych... Naucz sie patrzec bardziej w głąb siebie wtedy łatwiej
                                      będzie zrozumiec innych. Bo nie ma tak, że cos jest albo czarne, albo białe.
                                      Życie to przeważnie różne odcienie szarości. I życze powodzenia smile
                              • sonrisa3 Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 22:20
                                > >Wystarczy to nieuchwytne "coś" coś na co czekamy,a nie dostajemy,
                                > ... i czego same czesto nie dajemy, zapomniałaś dodać. Wszystko ma awers i
                                > rewers, a romanse nie biorą się znikąd, choć ich bynajmniej nie
                                > usprawiedliwiam. Jak się tylko czeka na nieuchwytne "coś" i nic nie robi, to
                                > można mieć pewność, że to nieuchwytne "coś" złapie ktoś inny. Taka jest
                                > smutna prawda. I w sensie "nic nie robi" nie chodzi mi o obowiązki rodzinne,
                                >w postaci rozbijania kotleta na obiad, z jednej strony, czy przynoszenie do
                                >domu wypłaty z drugiej.


                                To jest ta smutna prawda, do której dochodzi się z czasem, najczęściej wtedy,
                                jak już jest za późnosad
                                Kurde, Pho... mówiłam Ci już, że z Ciebie jest baaardzo mądra babka? wink

                                • nie_alicja Re: Kasper - krótka refleksja... 17.04.07, 23:20
                                  i mnie ten fragment dał do myslenia.
                                  gdybym wiedziała, co nam grozi...
                                  gdybym...
                                  o ile mniejsze byłoby ryzyko tego, co sie stało?...

                                  nigdy juz sie nie dowiem.
                                  • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 12:12
                                    > gdybym wiedziała, co nam grozi...
                                    > gdybym...
                                    > o ile mniejsze byłoby ryzyko tego, co sie stało?...

                                    Nie płacz nad rozlanym mlekiem. Naprawdę szkoda prądu. Nie płacz nad nim, tylko
                                    je zetrzyj z podłogi, zanim się skiśnie i wyciągnij wnioski na przyszłość.
                                    Gdybanie to takie typowo ulubione babskie zajęcie, sama się w nim lubuję,
                                    zaczynając od "a gdybym była eteryczna brunetką...to " To co? Cholera, nigdy
                                    się już nie dowiem.
                                    • nie_alicja Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 11:19
                                      to nie płacz nad rozlanym mlekiem, pho, to po prostu refleksja, moze wniosek na
                                      jakąś bliżej niesprecyzowana przyszłość?

                                      a z eterycznych to wybieram rudzielca. rude jakies bardziej eteryczne są wink
                                      • reddy_to_go Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 11:22
                                        nie_alicja napisała:


                                        > a z eterycznych to wybieram rudzielca. rude jakies bardziej eteryczne są wink


                                        oj tak, tak smile
                                      • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 11:34
                                        > to nie płacz nad rozlanym mlekiem, pho, to po prostu refleksja, moze wniosek n
                                        > jakąś bliżej niesprecyzowana przyszłość?

                                        To od Ciebie zależy. Może być i jednym i drugim.

                                        > a z eterycznych to wybieram rudzielca. rude jakies bardziej eteryczne są wink

                                        W rudym mi wybitnie nie do twarzy. Cóż...
                                  • marcelka38 Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 14:06
                                    To nie jest wcale takie proste.. ja mam wiedze, umięjetności psychospołeczne :-
                                    ))) bywa nawet, że uczę innych. I tez "potknięcie".. Pociesza mnie jedynie
                                    fakt, że ostatnio rozmawiając w tzw kuluarach tak całkiem "po babsku" z osobą
                                    stanowiącą autorytet (przynajmniej dla mnie) w środowiskach psychologiczno-
                                    psychoterapeutycznych usłyszałam, że w jej małzeństwie podejmowane były
                                    kilkakrotnie kroki rozwododowe. Zanim udało sie porozumieć, zanim udało się
                                    wszystko "odczarować". A teraz, po latach - ideał małżeństwa.. To tak ku
                                    pokrzepieniu serc dla tychh, którzy chcą próbować. Chociaż sama doskonale wiem,
                                    ze czasami łatwiej trzasnąć drzwiami i uciec od partnera, trudnych emocji, od
                                    siebie. Łatwiej -niż zburzyc wszystko co było i zacząć od nowa, inaczej. Ale
                                    tak bez pomocy raczej trudno-polecam dobrą (podkreślam DOBRĄ u sprawdzonego
                                    terapeuty - czasami trzeba trochę poszukać) terapię małżeńską. To trudne
                                    bardzo, boli jak cholera, ale myslę, że warto spróbować. Oczywiście o ile chcą
                                    obie strony. O ile nie poszło już za daleko.. Bo to jest tak... Teraz postaram
                                    sie napisac bez zbytniego emocjonowania sie i nawiązywania do siebie..
                                    Spotykają sie dwie różne osobowości, niejednokrotnie napiętnowane
                                    wcześniejszymi doświadczeniami życiowymi, nauczone różnych relacji rodzinnych,
                                    z różnymi wzorcami.. To jakby wszyscy wiemy. Kiedy jest uczucie wszystko wydaje
                                    sie proste, tyle, że zaczyna się życie z codziennymi problemi, troskami. A
                                    każde ma swoje potrzeby.. Najprościej jest mówić - zdradziłem bo czegoś nie
                                    dostałem, zdradził, bo czegoś nie dałam.. Bo brak zrozumienia, bo.. bo.. itd. A
                                    tak naprawde czasami nawet trudno mówić o czyjejkolwiek winie... Czasami jest
                                    tak, że relacje zaburzają się, bo nie "działamy" na tych samych płaszczyznach,
                                    bo mowimy różnymi językami, bo inaczej rozumiemy. I czasami nie wystarcza tylko
                                    powiedzenie sobie jasno o swoich potrzebach bo części potrzeb po prostu nie
                                    uświadamiamy. Bo znaczna część komunikacji odbywa sie na poziomie nieświadomym.
                                    Bo "pomiędzy" wchodzi właśnie to co jest ukryte tam gdzieś głęboko. Do czego
                                    trzeba dotrzeć, a nie zawsze chcemy, umiemy. Wręcz przeciwnie wolimy, zeby to
                                    tam zostało zapomniane, bo boli.. Czasami zdradzamy nie żonę, czy męża, ale
                                    nieświadomie mścimy się na ojcu, matce, kimś jeszcze.. czasami powielamy
                                    wzorce, bo tego sie nauczyliśmy -pomimo, ze wielokrotnie powtarzamy w
                                    dzieciństwie: nigdy nie będę taka (taki) jak... Czy tak nie jest???... I
                                    własnie to wszystko trzeb "zburzyć" odczarować, przede wszystkim popracować.
                                    Nawet na przyszłość, nawet jeżeli zdecydujemy sie na rozwód - po to by
                                    spokojnie móc wejść w nowe zycie. A emocje?? One są i dobrze, że są - to trzeba
                                    wszystko przeżyc po kolei, żeby móc pójśc dalej.. Żeby nie "dopchnąć" do
                                    całkiem sporego "plecaczka", który ze sobą niesiemy od dzieciństwa. Złość, ból,
                                    nienawiść, smutek, żal... To jak żałoba, każdy musi przez to przejść.. Ja wciąż
                                    jestem na etapie i bólu i złości... I czasami "biję' na oslep- z rozpaczy,
                                    bezsilności.. Niestety i wiem, że potrwa... Chociaż czasami mam dość i
                                    chcę "trzasnąć drzwiami". Pisanie tutaj to tez forma wylewania uczuć. To bardzo
                                    dobra forma... Pisanie o swoich emocjach - nawet nie na forum, ja zdecydowanie
                                    więcej napisałam "do szuflady", w wirtualna przestrzeń. Pisanie listów do osób,
                                    nawet do wykasowania, czy porwania, to też bardzo pomaga... I może jeżeli jest
                                    szansa, jeżeli jest cień uczuć z obu stron - to warto spróbować, może się uda..
                                    Trzeba sie liczyć równiez z tym, że sie nie uda. Tyle, że przynajmniej zostanie
                                    poczucie, że się próbowało..
                                    • angoisse Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 19:53
                                      marcelka38 napisała:

                                      "tak naprawde czasami nawet trudno mówić o czyjejkolwiek winie... Czasami jest
                                      tak, że relacje zaburzają się, bo nie "działamy" na tych samych płaszczyznach,
                                      bo mowimy różnymi językami, bo inaczej rozumiemy. I czasami nie wystarcza tylko
                                      powiedzenie sobie jasno o swoich potrzebach bo części potrzeb po prostu nie
                                      uświadamiamy."


                                      Właśnie..., czytając wypowiedzi Kaspra (tak jakby niewiele zrozumiał z tylu
                                      wypowiedzi, inny język?...) znowu sobie to jaskrawo przypomniałam.
                                      Ze dwoje ludzi będąc razem może byc obok siebie na co dzień przez lata a ani
                                      razu się nie spotkać naprawdę. I kazde może spacerować tylko po swojej
                                      płaszczyźnie w przekonaniu, ze żadnej innej nie ma, i basta, koniec. I różne
                                      sprawy na swoich różnych płaszczyznach uważać za akceptowalną normalność. A
                                      potem zdziwienie... Bo ze słownikiem translacyjnym zapomniano się zapoznać
                                      wcześniej. smile
                                      Ale,
                                      uczymy się całe zycie. Byle potrafić z doświadczenia wyciągać praktyczne
                                      wnioski na przyszłość..a nie wpadać w ten sam schemat zakodowany gdzies w
                                      podświadomości. Bo to wszystko oczywiste i zrozumiałe w teorii,a w praktyce to
                                      cięęężka harówka.


                                      PS.
                                      Fajnie, że tu jesteście.
                                • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 18.04.07, 12:06
                                  > Kurde, Pho... mówiłam Ci już, że z Ciebie jest baaardzo mądra babka? wink

                                  Kurde, Sonrisa... no weź, nie bądź głupia.
                                  haha.
                                  Trzeba na wódkę chyba jakąś iść czy coś. I się posmiac.
                                  • nie_alicja Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 12:05
                                    minęło kilka dni.
                                    nie jestem o nie ani mądrzejsza, ani spokojniejsza.
                                    to znaczy - bywam. raz wydaje mi się, że poukładałam sobie wszystko jak puzzle
                                    i ogarniam całość, kiedy indziej, że chaos i beznadziejność sytuacji wgniatają
                                    mnie w ziemię.

                                    przyjechał na urodziny syna.
                                    nie udało się tak całkiem bez rozmów, choc naturalnie nie przy stole i nie przy
                                    dzieciach.
                                    nie dowiedziałam się w sumie niczego nowego. jest mu przykro, przeprasza mnie,
                                    czuje sie winny, ale ma nadzieję, że nie wszystko między nami skończone.
                                    a wiecie, ze on wcale nie zaprzestał kontaktu z Alinką? (to imię tej pani, od
                                    której zaczęła się cała historia. to znaczy ta, którą odkryłam, bo przecież
                                    alinek mogło byc teoretycznie znacznie więcej).
                                    otóż Alinka nadal się sprawdza jako wsparcie, również w jego perypetiach
                                    małżeńskich.
                                    buhahahaha. no fakt, od kiedy sie pojawiła, nasz związek kwitnie.
                                    a czemu ona tak dobrze radzi, a się nie polepsza? a bo może on nie potrafi tych
                                    rad wprowadzić w życie...

                                    według niego, z Alinką nie było nic fizycznego. owszem, częsty kontakt, ale on
                                    wcale sie nie zakochał. jej - ewidentnie widoczne w listach - zauroczenie po
                                    prostu mu schlebiało, poza tym ona tak cudownie go rozumie.
                                    taki lajcik, no po prostu zwykła znajomość i już.
                                    kiedy przysłał mi tamtego majla z przemysleniami o naszym związku, przekleiłam
                                    go sobie z listu na kompa.
                                    to był dokument w wordzie. kiedy najechałam na niego kursorem, pojawił mi się
                                    napis: autor - Alina, tytuł - przemyslenia.
                                    poprosiłam o wyjaśnienia, skąd Alinka w jego tak osobistym liście??
                                    a, a bo to było tak: rozmawiał z nią, że chciałby do mnie napisać, ale nie
                                    bardzo wiedział, jak się za to zabrać. ona zaczęła mu doradzać, poprosił, żeby
                                    zrobiła to na piśmie, no to wysłała, jak to nazwał, "ściągę", na której on juz
                                    potem pisał.
                                    a tytuł został.
                                    bęc.

                                    jest jeszcze jeden wątek, który wcześniej pominęłam.
                                    on nie lubi tańczyć, taniec go nie bawi i męczy. tak było przez ostatnie 14
                                    lat. nawet się dziwiłam, bo jak juz musiał, to szło mu całkiem dobrze, no ale
                                    jak nie lubi, to przeciez trudno.
                                    i na samym początku naszych perypetii, kiedy jeszcze nie miałam pojęcia, co się
                                    naprawdę dzieje, on zaproponował, zebyśmy chodzili na kursy tańca.
                                    tango argentino. co wtorek, na drugi koniec miasta.
                                    zdębiałam. on i taniec?? regularne kursy? przecież on jest ciągle w rozjazdach?
                                    i tak daleko? zostawimy na całe popołudnie dzieciaki same w domu?? skąd w ogóle
                                    ten pomysł??
                                    otóż pomysł podrzuciła Alinka, o której wtedy oficjalnie się dowiedziałam. ona
                                    jest pasjonatką tańca i tak go zaraziła, ze chciałby, żebyśmy i my skorzystali
                                    z tej formy rozrywki, co powinno dobrze wpłynąc na nasze małżeństwo...
                                    aaa, na marginesie - ona te kursy prowadzi...
                                    pomysł wysmiałam, ze względów podanych powyżej. zresztą imię tej pani już się w
                                    naszych rozmowach wczesniej przewinęło i nie był to kontekst sympatyczny.
                                    potem, kiedy odkryłam listy, w jednym z alinkowych przeczytałam fragment: "w
                                    sprawie tego wyjazdowego kursu tanca w lipcu w Niemczech, to odpisali mi, że
                                    nasz poziom umiejętności jest wystarczający, ale powinienes przedtem wziąć
                                    troche lekcji, bo szkoda czasu na nauke chodzenia".
                                    zamarłam. więc po to mielismy się uczyć tańczyć? ON sie miał uczyć? żeby potem
                                    z nią wyjechać i zapewne przekonywać mnie przez telefon, ze jak zwykle ciężko
                                    pracuje??
                                    zapytałam go o te plany. niczego takiego sobie nie przypomina. byc może ona coś
                                    takiego sugerowała, ale nie kojarzy żadnych szczegółów.
                                    a teraz, wiecie, chodzi na lekcje tańca w Berlinie. taki zmęczony, że zwykle
                                    nawet mu się na róg do knajpy na piwo nie chciało wychodzić, wsiada w auto i
                                    jedzie tańczyć. a dlaczego?
                                    bo go to o d s t r e s o w u j e.
                                    łał.

                                    rozmawiałam wczoraj z jedna bardzo racjonalnie patrzącą na świat koleżanką.
                                    mówi mi: tak naprawdę, to nie masz żadnych dowodów, że ta Alinka faktycznie nie
                                    jest tylko niefizycznym zauroczeniem, i ze mu fajnie czuć, jak go docenia i
                                    wspiera, a może i nawet się zadurzyła - to musi być dla niego miłe.
                                    ta druga, od erotycznych tekstów, też przecież nie pisze, że umawia się z nim
                                    na wtorek na rogu, tylko sobie fantazjują. owszem, niepiękne to, ale przecież
                                    nie powód do rozwodu.
                                    moze faktycznie jest w fazie kompletnego zagubienia, troche mu odbiło, ale to
                                    minie i pojmie, że to wszystko nie warte waszego związku?
                                    tak, ale...

                                    rozmawiałam z nim zupełnie spokojnie.
                                    zero agesji czy nawet wyrzutów, to jak u psychologa, a on na kozetce.
                                    bo chcę coś zrozumieć, pojąc jego tok myslenia, powody, dotrzec do tego, co dla
                                    niego jest ważne.
                                    czego by chciał?
                                    żeby miedzy nami było dobrze.
                                    co będzie w tym kierunku robić?
                                    on... nie wie.
                                    co czuje do mnie?
                                    on... nie wie, jak to uczucie nazwać. ono jest, ale trudno mu je zdefiniować.
                                    aha.

                                    wraca na długi weekend. ma wyjechać z dziećmi (nasze wspólne plany wyjazdowe
                                    anulowałam).
                                    dałam mu czas na rozeznanie się we własnych uczuciach. niech poukłada wszystko
                                    i powie mi, co wymyślił - obojętnie, czy zdecyduje się na ratowanie naszego
                                    związku, na "alinkowanie" czy cokolwiek innego.
                                    dodałam przy tym, że nawet, jeśli wybierze związek, nie mogę obiecać, że
                                    przyjmę go z otwartymi ramionami, szczęśliwa, że w ogóle jest.
                                    ale ma się jasno określić i unikać zwrotu "nie wiem" czy "nie potrafię tego
                                    nazwać".

                                    gdyby mnie ktos przed miesiącem zapytał, co zrobiłabym w takiej sytuacji...
                                    śmiałabym sie bardzo.








                                    • phokara Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 12:30
                                      > nie dowiedziałam się w sumie niczego nowego. jest mu przykro, przeprasza
                                      mnie,
                                      > czuje sie winny, ale ma nadzieję, że nie wszystko między nami skończone.

                                      To już coś.
                                      Teraz - konkretnie trzeba do pana przemówić, bez pretensji i jęków, ale bardzo
                                      wprost. Przestaje utrzymywać jakikolwiek kontakt z pomocną Alinką, bo musi sam
                                      być bohaterem - bez tyczki wspierającej i bez dupochronu. Tańczyć może, ale sam
                                      albo z Tobą, w trójkątach się można wywalić i połamać. I to jest warunek
                                      podstawowy - żadnych Alinek, Balladynek i wątków pobocznych. Ma energię włożyć
                                      w Ciebie/w Was.
                                      I musi się określić - czego chce. Inaczej nie ma siły, żeby ruszyć dalej.

                                      Tak szczerze, to jak czytam tę historię, to Twój mąż jawi mi się, jako totalny
                                      mięczak. No niestety. W ogóle motyw z autorem listu "Alina" to perła. Zatkało
                                      mnie...
                                      • nie_alicja Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 12:40
                                        żadnych Alinek, Balladynek".... smile))
                                        pho, zapomniałaś o Goplanie!
                                        a Skierka na hondzie??
                                        on fascynuje sie motorami wink

                                        taaa, niestety...
                                        mięczak.
                                        biedny miś rzucany bezwładnie od jednej pociechy do drugiej.
                                        makaron podejrzanie bezjajeczny.
                                        szfak.
                                        nie chciałabym świadomie takiego gościa nawet w promocji z gratisowym słoikiem
                                        majonezu.
                                        ale teraz...
                                        to dla mnie zbyt ważna sprawa, żeby nie doprowadzić jej do końca.
                                        jakikolwiek by on miał nie być.
                                        • notting_hill Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 14:35
                                          No, moim zdaniem, jeśli nawet między nimi jeszcze nic nie ma, to ta panna (?)
                                          ostro wzięła się do roboty. Padło na podatny grunt, bo Twojemu mężowi to
                                          najwyraźniej bardzo pochlebia.
                                          Jest na etapie duchowego porozumienia z jakąś panią, która go kręci. Do tego
                                          stopnia go kręci, że jest w stanie zrezygnować ze swoich starych przyzwyczajeń
                                          i fobii (vide- nie tanczył bo nie). Jak się człowiek zakocha, to i nowej
                                          energii nabiera...

                                          Nie wiem, dla mnie coś takiego jest gorsze niż zwykły seks z kimś na boku. Z
                                          taką fascynacją chyba trudniej walczyć.

                                          Nie daj sobie wmówić, że to nic nie znaczy. On jest na różówej chmurce i nie ma
                                          zamiaru podejmować jakiś wiążących decyzji, bo tak jak jest jest fajnie, więc
                                          chwilo trwaj. Nie licz na to, że je podejmie w najbliższym czasie. Obawiam się
                                          że te decyzję Ty będziesz musiała podjąć. Jemu przecież jest tak wygodnie.
                                          Będzie Cię zwodził i opowiadał to co będziesz chciała słyszeć, byle mieć spokój
                                          i metę w domu. A na słodkie tete-a- tete zawsze może przecież wyjechać pod
                                          pretekstem pracy.
                                          Nie- alicjo, nie mogłam nie zauważyć tego co pisałaś na forum "Brak seksu w
                                          małżeństwie" jakoś tak na jesieni ubiegłego roku. Facet Cię olewał już od
                                          dawna, ale wymyślał standardowe wymówki, byle tylko mieć spokój.
                                          Jesteś taką fajną osobą, sądząc z tego co tu piszesz, szkoda że przez to
                                          przechodzisz, bo to boli jak cholera. Ale cóż, przecież sobie tego nie
                                          wybrałaś. Bądź twarda, to będzie krócej bolało.
                                          • nie_alicja Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 14:52
                                            notting, ta "panna" jest w wieku zbliżonym do mojego jeszcze - męża, a jej
                                            starszy syn ma tylko 5 lat mniej niż ja. jest mężatką (on zawsze mówił, że jak
                                            romans, to tylko z mężatką, bo to mniej klopotów, haha).
                                            nie jest to więc fascynacja "młodym mięskiem".
                                            no ale niewątpliwie świeższym niż ja.

                                            tam ten mój "jesienny" post to efekt frustracji, która gromadziła się przez
                                            długie miesiące, może lata.
                                            starałam się rozumieć, że bywa zmęczony, że ma więcej lat, że, że...
                                            ale to nie zmianiało faktu, że w naszej sypialni było dla mnie za śpiąco.
                                            żeby było zabawniej, mój poprzedni związek był oparty głównie na seksie. ale
                                            tamten był dla mnie jakoś mało odpowiedzialny, jak na partnera "na poważnie".
                                            no to sobie wybrałam.
                                            w efekcie - ani odpowiedzialności, ani seksu smile

                                            decyzje podejmę ja, ale w oparciu o to, co mi powie.
                                            i co będzie mogło mnie jakoś przekonać.
                                            kwestia "alinek" pozostaje naturalnie aktualna. zapytany, dlaczego szuka
                                            wsparcia u innych kobiet odpowiedział, że z kobietami zawsze mu sie lepiej
                                            nawiązywało porozumienie.
                                            jak nic wychodzi, ze jestem facetem.



                                            • notting_hill Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 18:53
                                              Z tego co napisałaś:
                                              > decyzje podejmę ja, ale w oparciu o to, co mi powie.
                                              > i co będzie mogło mnie jakoś przekonać.
                                              to dla mnie Ty tę decyzję już podjęłaś...
                                              Bardzo chcesz żeby to co on powie mogło Cię przekonać, i zapewne tak będzie. No
                                              cóż, to Twoje życie i Twoje rozterki, nikt za Ciebie tego nie przeżyje i nie
                                              poniesie konsekwencji. Nie zazdroszczę Ci, raczej oddycham z ulgą, że te chwile
                                              już poza mną. Rozstanie jest traumą, ale nieporównanie gorszą traumą jest
                                              czekać na jakiś serdeczniejszy odruch ze strony faceta i czuc się nieustannie
                                              odtrąconą i niekochaną.

                                              Tak sobie myślę, że taka mała książeczka, która tu była już przez kogoś (Pho?)
                                              kiedyś przywołana: "Nie zależy mu na Tobie. Koniec złudzeń - poznaj prawdę o
                                              tym, jak rozumieć facetów" powinna stanowić lekturę obowiązkową dla
                                              dorastających panien. A my nic, tylko ciągle jak ta Scarlett, walczymy o
                                              odzyskanie miłości. Ech...

                                    • chalsia Re: Kasper - krótka refleksja... 23.04.07, 23:52
                                      > niego jest ważne.
                                      > czego by chciał?
                                      > żeby miedzy nami było dobrze.
                                      > co będzie w tym kierunku robić?
                                      > on... nie wie.
                                      > co czuje do mnie?
                                      > on... nie wie, jak to uczucie nazwać. ono jest, ale trudno mu je zdefiniować.
                                      > aha.
                                      >


                                      taaaaak, mój eks również nie znał odpowiedzi na podobne podstawowe pytania.
                                      Jedyna odpowiedź to była "nie wiem".

                                      A potem sie okazało, że w tle był damski katalizatorek.

                                      Alina, tego kwiatu jest pół światu. Zwlaszcza w świetle autorstwa maila Twojego
                                      męża do Ciebie.
                                      Tak właściwie, jak się chce, to da się wszystko wyjaśnić, ale nie dorabiajmy
                                      dupie uszu.
                                      Chalsia
                                      • chalsia Bardzo przepraszam .... 23.04.07, 23:56

                                        • chalsia Re: Bardzo przepraszam .... 23.04.07, 23:56
                                          errata - miało być oczywiście ALICJO !!!!!!!!!!!! a nie to drugie imię na A.
                                          Chalsia
                                          • nie_alicja Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 11:50
                                            że podjęłam decyzję o wybaczeniu jeszcze przed jego powrotem?...
                                            że chcę uwierzyć we wszystko, co mi powie?...

                                            tak, chcę.
                                            i wiem, że niewykluczone, iż to naiwność.
                                            ale chcę mimo wszystko, bo raz, że to 14 lat życia, o którym mówiłam, że jest
                                            udane, bo dwa, że dzieci.
                                            (taaa, taaa, do niedawna sama załamywałabym ręce nad podobnym rozumowaniem, ale
                                            doprawdy tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono).

                                            każdy ma szanse na jedną szansę?
                                            no to jestem gotowa mu ją dać.

                                            tak sądziłam i tak powiedziałam, gdy wczoraj przyjechał.
                                            gdy opowiadał, że chce być z nami, że mnie przeprasza,a tamto wcale się dla
                                            niego nie liczy. fizycznej zdrady nie było, kontakty pozrywał i będzie
                                            żyć "normalnie", nie uciekając się już do podobnych zachowań, w co naturalnie
                                            mogę ze zrozumiałych względów powątpiewać, ale on mi to deklaruje.

                                            i wiecie co?
                                            jestem cyniczna, ironiczna, złośliwa i zimna. nazywam go "dupkiem", a jego
                                            znajome "dupami".
                                            do tego użyłam kika razy wyrazu na "k", który - uwierzycie? - mówiłam na głos
                                            po raz pierwszy w życiu.
                                            poddaję w wątpliwość wszystko, co mówi.
                                            drwię i ironizuję.
                                            a jednoczesnie mówię, ze daje szansę, ale nich tylko cokolwiek wzbudzi moje
                                            wątpliwości...

                                            (pewnie tak odreagowuję długtrwały stres?)

                                            a on jest nieprzyjemnie zaskoczony moim zachowaniem.
                                            penie myślał, ze po dotychczasowych spokojnych rozmowach czekam tylko na jego
                                            deklarację i juz wszystko będzie na najlepszej drodze do renesansu.

                                            nie mogę sie pozbyć swjej zajadłości.
                                            może mi minie, jak moje inne, nieprzewidywalne ostatnio emocjonalnie
                                            zwichrowania.
                                            a może nie?

                                            zaczyna mi odpowiadać tym samym.
                                            dostosowuje się do tonu moich rozmów.

                                            być może dojrzewam do momentu, w którym powinnam rozejrzeć się za mniej cennymi
                                            domowymi talerzami.
                                            a może już sama przestałam rozumieć, czego chcę.

                                            • phokara Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 12:08
                                              > każdy ma szanse na jedną szansę?
                                              > no to jestem gotowa mu ją dać.

                                              Ale nie z łaski i nie z miną cierpiętnicy. To nie działa. W ogóle wywal z
                                              mysli, ze to jest szansa dla NIEGO. Pomyśl, że to sobie dajesz szansę i tego
                                              się trzymaj.

                                              > i wiecie co?
                                              > jestem cyniczna, ironiczna, złośliwa i zimna. nazywam go "dupkiem", a jego
                                              > znajome "dupami".

                                              Mogło być gorzej...
                                              (Znajomych i nieznajomych 'dup' bym jednak do tego wątku nie wplatała, nie ma
                                              sensu)

                                              > do tego użyłam kika razy wyrazu na "k", który - uwierzycie? - mówiłam na głos
                                              > po raz pierwszy w życiu.

                                              Gratuluję. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Od rzucania mięsem (w odróżnieniu
                                              od talerzy) jeszcze nikt nie zginął.

                                              > a jednoczesnie mówię, ze daje szansę, ale nich tylko cokolwiek wzbudzi moje
                                              > wątpliwości...

                                              Ale muszą być podstawy do tego - konkretne. Wątpliwości generowane wyłącznie w
                                              Twoich fantazjach się nie liczą.
                                              Facet MUSI mieć swiadomość, że jak teraz narozrabia i jakkolwiek zawiedzie
                                              Twoje zaufanie - to wiza, waliza i kop w dupę na drogę. Ale nie trzeba tego
                                              codziennie powtarzać, bo to nie zwiększa rangi słów.

                                              > (pewnie tak odreagowuję długtrwały stres?)

                                              Tak.
                                              Wyjedź gdzieś sama, jeśli możesz. To pomaga.

                                              > nie mogę sie pozbyć swjej zajadłości.
                                              > może mi minie, jak moje inne, nieprzewidywalne ostatnio emocjonalnie
                                              > zwichrowania.
                                              > a może nie?

                                              Minie, minie. Albo przejdzie w co gorszego... haha.

                                              > zaczyna mi odpowiadać tym samym.
                                              > dostosowuje się do tonu moich rozmów.

                                              Bo nie ma pojęcia, jak zareagować - to dla niego nowość i się gubi. Klasyka.


                                              > być może dojrzewam do momentu, w którym powinnam rozejrzeć się za mniej
                                              >cennymi domowymi talerzami.

                                              Szkoda talerzy. Serio. Rzucaj mięsem - mniejsze straty.

                                              > a może już sama przestałam rozumieć, czego chcę.

                                              Najpierw zrozum, czego nie chcesz, a potem przejdź do kolejnej fazy. Inaczej
                                              zrobi się jeszcze większy pieprznik.
                                              • nie_alicja Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 12:17
                                                pho, jak zwykle mnie uśmiechnęłaś smile))

                                                (czy Ty nie mogłabyć czerpać jakichś wymierniejszych korzyści z udzielania
                                                porad na forum? wink )

                                                i masz rację - najpierw ustalić, czego nie chcę.
                                                • phokara Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 12:38
                                                  > pho, jak zwykle mnie uśmiechnęłaś smile))

                                                  A to bezcenne choć nic nie kosztuje.
                                                  Dlatego zawsze warto śmiać się dużo i szeroko, bo tylko weseli ludzie napędzają
                                                  tern świat w dobra stronę.


                                                  > (czy Ty nie mogłabyć czerpać jakichś wymierniejszych korzyści z udzielania
                                                  > porad na forum? wink )

                                                  Cholera no... Teoretycznie może i tak, ale praktycznie to raczej siebie samej
                                                  nie przeskoczę i pozostanę dożywotnią frajerką. Ale za to bardzo zadowolona z
                                                  siebie.

                                                  ps.
                                                  Ja czerpię bardzo z tego bardzo wymierne korzyści. W obiadach. No tak.
                                                • z_mazur Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 13:13
                                                  nie_alicja napisała:

                                                  > pho, jak zwykle mnie uśmiechnęłaś smile))

                                                  Strasznie mi się spodobało to określenie. smile))

                                                  Pho mnie też na tym forum nie raz "uśmiechnęła".
                                                  • phokara Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 14:11
                                                    > Strasznie mi się spodobało to określenie. smile))
                                                    > Pho mnie też na tym forum nie raz "uśmiechnęła".

                                                    Się normalnie wzruszyłam. Określenie jest cudne, ja w ogóle myślę, że to jest
                                                    jeden z najpiękniejszych komplementów, jakie zdarzyło mi się usłyszeć -
                                                    kobieta 'usmiechajaca' ludzi. Absolutna rewelacja. Teraz będę dążyć do ideału -
                                                    zeby wszyscy przeze mnie płakali. Ze śmiechu.
                                                  • kurka_wodna2 Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 14:46
                                                    Pho..
                                                    Wytłumacz mi , po co te wszystkie zagrywki zdradzaczy:kłamanie,przerzucanie
                                                    winy, wypieranie się, zrywanie z kochanicą, ośmieszanie jej,pokazywanie emaili,
                                                    smsów, podawanie jej personaliów, nagle okazywanie uczuć najbliższym...
                                                    Przecież zdradzacze wiedzą,że odchodzą ,że stworzyli inne stadło,dziecko, często
                                                    mają już tam wspólne interesy, często utrzymują kontakty z najbliższą rodziną
                                                    kochanki/a ??

                                                    Po co to robią, dlaczego mamią, udają powroty, nawrócenia??

                                                    Czy to lęk przed opłatami sądowymi- nie wiem, coraz mniej rozumiem, nie umiem
                                                    powiązać logicznie wielu zachowań...

                                                  • phokara Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 15:56
                                                    > Po co to robią, dlaczego mamią, udają powroty, nawrócenia??

                                                    Ze strachu. Dlatego, że są słabi. Dlatego, że nie potrafią nic zdecydować i
                                                    doprowadzić spraw do końca - nie mają na to siły. Wizje sa zawsze duzo prostsze
                                                    niż rzeczywistość. Nie sądzę, że są źli i świadomie wyrządzają krzywdę sobie i
                                                    innym, bo człowiek jednak instynktownie ciągnie w stronę dobra (i związanego z
                                                    nim poczucia szczęścia). Odejść jest trudniej niż zostać; potrzeba do tego dużo
                                                    większej siły i (paradoksalnie) mocniejszej postawy etycznej. I cholernie dużo
                                                    wiary, i to nie wiary w zrządzenia losu, tylko w siebie. Oni tego najczęściej
                                                    nie mają - stąd zresztą najczęściej nie odchodzą w pustkę - tylko do kogoś, to
                                                    im daje siłę. Potem okazuje się, że pozorną; że tak naprawdę są kompletnie
                                                    bezsilni i bezradni wobec wydarzeń, wyrzutów sumienia, które ich gnębią i
                                                    rozczarowania - że "jak to ? Mialo być tak pięknie i prosto, a nie jest?". Nie
                                                    jest, bo nie może być. I paranoja się zapetla - może wróce? Może zobaczę? Może
                                                    dam radę z żoną, jak nie z kochanką? Może poczekam i trafi mi się coś lepszego?
                                                    Może... może... wieczne bujanie i coraz większa ruina dookoła. Słabi ludzie nie
                                                    powinni odchodzić, bo to ich przerasta - jak każde wyzwanie w życiu zresztą.
                                                    Przerasta ich też zresztą proza życia, bo jak zostają to nic z tym nie robią,
                                                    tylko cierpią i tęsknia dalej do 'lepszego zycia', jakby to była jakaś ziemia
                                                    obiecana. A własne leży odłogiem. To są tacy bohaterowie z własnych fantazji
                                                    sennych, i piszę to bez ironii, bo mi jest szkoda takich ludzi, są koszmarnie
                                                    nieszczęsliwi sami ze sobą. Potem, to nieszczęście zaraża innych. Można się tak
                                                    bujać do końca życia, z rycerzem, który nie dorasta do własnej legendy, ani we
                                                    wlasnych oczach, ani w naszych - jeśli następuje przebudzenie. Jedyna szansa,
                                                    że stwardnieją, to kopnąć ich solidnie w dupę. To doprawdy akt miłosierdzia, bo
                                                    daje cień nadziei, że doświadczając raz prawdziwego aktu decyzji - do końca, z
                                                    konsekwencjami - może zrozumieją, na czym polega życie. I przestana się go bać.
                                                    A to w ogóle warunek dobrego, pełnego i fajnego życia. Ale nie wiem.

                                                    Dla mnie mężczyzna, który zdradza żonę to cienias. A mężczyzna, który po fakcie
                                                    ośmiesza kochankę, którą sobie sam wybrał, zrzucając winę na cały świat - to
                                                    gnój do kwadratu, kompletny słabeusz, którego bym w życiu nie wpuściła z
                                                    powrotem do domu po czyms takim. Nie po samej zdradzie - ale po takim
                                                    zachowaniu właśnie. Dla mnie jest nie do przyjęcia, nawet przy założeniu, że to
                                                    wszystko ze strachu i ze słabości. Jestem w stanie to zrozumieć, jestem w
                                                    stanie to nawet wybaczyć - ale nie jestem w stanie tego zaakceptować, bo ja
                                                    musze wierzyć, że mam u boku rycerza, jeśli mam być dobrą księżniczką, a nie
                                                    sfrustrowana wydrą.
                                                    Piszę o mężczyznach - ale to nie tylko ich przypadłość, oczywiście. Kobiety też
                                                    się boją, też są wygodne, też wolą funkcjonować w czymś fikcyjnym, ale dobrze
                                                    znanym. Żony się boją, że odejdzie do kochanki, kochanki, że wróci do żony, a
                                                    facet w tym wszystkim się boi i żony i kochanki i własnego cienia. Prawda jest
                                                    taka, że ze słabości i ze strachu to jeszcze nic sensownego na tym świecie nie
                                                    wyrosło.
                                                    I to jest odpowiedź - słabość i strach. Ale taka odpowiedź i tak niczego nie
                                                    rozwiązuje i nikogo nie uczy odwagi.
                                                    Wiem, że to dość smutno brzmi - ale najwazniejsze, to wierzyć, że świat nie
                                                    składa się tylko z wystrachanych ołowianych żołnierzyków i rozzkapryszonych
                                                    lal.. zresztą tak nie jest, bo już dawno by się wziął i zapadł sam w sobie. A
                                                    się jednak kręci... i to już wystarczy za całe wesołe miasteczko. Bujać się nie
                                                    ma sensu.
                                                    I jeszcze coś optymistycznego na koniec. Ja naprawde wierzę w to, że każdy ma
                                                    szansę być bohaterem - tylko może przy kims innym, i po pewnych
                                                    doświadczeniach. Mam nadzieję, że następczyni zobaczy w moim meżczyźnie
                                                    rycerza, jakiego w nim juz nigdy nie zobaczę, żebym nawet sobie kupiła lunetę.
                                                    I to jest ważne, żeby chciał i potrafił nim być, tak jak ja ciągle chcę być dla
                                                    kogoś światełkiem, a nie trutką na szczury. A reszta to pierdoły.
                                                  • marcelka38 Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 16:52
                                                    Podpisuję się.. Słabość i strach... Czasami też próba utrzymania wlasnego
                                                    dobrego wizerunku, próba udawanie przed samym sobą, ale to tez wynika, ze
                                                    słabości. Czasami próba udowodnienia, przerzucenia winy: no przecież ja tak się
                                                    starałem , robiłem wszystko - ale to ty nie potrafiłaś mnie zaakceptować,
                                                    mojego zachowania ( "kolezanki" zwykłej w tle???), to ty wszystko rozpie... Ja
                                                    jestem kobieta (ponoć skomplikowaną) ale dla mnien pewne sprawy sa jasne i
                                                    proste: albo się jest uczciwym wobec siebie i innych, albo nie jest i po co
                                                    udawanie, działanie na kilka frontow, partyzantka.. Tak nie postepują dojrzali
                                                    ludzie. Cenię sobie odwagę ludzi, którzy potrafią podjąć decyzję, potrafią
                                                    załatwić sprawę jak dorosli ludzie powinni to robic.. A nie kluczyć, mamić itp.
                                                    Zdecydowanie bardziej wolałabym usłyszec proste: zakochałem się , przemyślałem
                                                    wszystko, odchodzę, nie chce Cie oszukiwać, pomogę zająć sie dzieckiem, będę
                                                    dla niego prawdziwym ojcem choćby z daleka, ale będę... Tak naprawde mój pan
                                                    mąż nie przyznał się nawet do odrobiny drgnięcia serca (chociaż i częstotliwość
                                                    i jakość kontaktów świadczyło o czym innym) i dlatego tak wiele u mnie
                                                    stracił. I tak naprawdę wkurza mnie nie to, że jest taki jaki jest, tylko to,
                                                    że zawsze uważałam go za odważnego, uczciwego człowieka.
                                                  • phokara Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 17:02
                                                    > Zdecydowanie bardziej wolałabym usłyszec proste: zakochałem się ,przemyślałem
                                                    > wszystko, odchodzę, nie chce Cie oszukiwać,

                                                    To wymaga odwagi. Docenilabym exa, gdyby tak postawil sprawe. Choc
                                                    paradoksalnie, jego sciemnianie i bujanie sie, pomoglo mi podjac decyzje i jej
                                                    nie zalowac. W sumie powinnam byc mu wdzieczna. W sumie to nawet jestem.
                                            • marcelka38 Re: Bardzo przepraszam .... 26.04.07, 13:32
                                              Oooo jakbym o sobie czytała i czasami swoim panu i tej trzeciej... smile)))
                                              Talerzyki pewnie są dobre - bo ja użyłam telefoniku - i trochę to było
                                              kosztowne smile)) Przerobiłam różne etapy i ciągle jeszcze "wraca". Może pogadamy
                                              poza forum?
    • kurka_wodna2 Pho, u mnie chyba to nie to... 26.04.07, 16:47
      Ale dzięki 8)
      • phokara Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 26.04.07, 16:56
        Wiesz, w tym "chyba" to lezy pies pogrzebany. To mówią wszystkie kobiety - ja
        tez tak mówiłam. A jak się spojrzy z dystansu - to 'to' sie sprowadza zawsze do
        tego samego.
        Ale spokojnie, zawsze sa po pierwsze wyjatki. Po drugie, nawet do regul
        dochodzi sie samemu. I tak powinno byc.
        • nie_alicja Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 01.05.07, 09:59
          właśnie zaczął się mój ulubiony miesiąc roku
          (oryginalne, co?...)

          huśtawki ciąg dalszy.
          w czasie jednego bardzo niemiłego dialogu, kiedy na moje złośliwości odpowiadał
          tym samym (NIGDY nie słyszałam, żeby z kimkolwiek rozmawiał w ten sposób),
          trzasnęłam o podłogę kubkiem po herbacie.
          całkiem spontanicznie, gdybym to planowała, wybrałabym zupełnie inny, ten
          bardzo lubiłam.
          dzieci za ścianą, więc słyszały i to walnięcie, i następne, drzwiami, gdy
          wybiegałam z kuchni.
          rozpłakały się bardzo, zwłaszcza młodszy.
          szfak, nie mamy nawet warunków do kłótni.

          niedzielny poranek.
          godzina 9, jeszcze śpimy.
          dzwoni telefon.
          po kilku dzwonkach niechętnie zwlekam sie z poscieli.
          podnoszę słuchawkę, na moje "halo" nikt nie odpowiada.
          patrzę na display - noż cholera, skąd ja znam ten mumer!
          rozłączam się i wracam do sypialni, sycząc do niego: "czy ta kobieta nie wie,
          że sie wyświetla jej numer??!! umówiliście się na poranne pogaduszki?!"
          nie, on przecież skończył tą znajomość, nie ma pojęcia, dlaczego dzwoniła.
          robię powtarzanie numeru i podaję mu słuchawkę.
          on mówi: przecież mówiłem, że to koniec, dlaczego jeszcze dzwonisz?
          odbieram mu słuchawkę. znowu wyrażam sie nieparlamentarnie.
          on mi tłumaczy - nie ma wpływu na jej telefon, z jego strony to koniec i nie
          rozumie, dlaczego ona to zrobiła.

          w kilka godzin później oddzwaniam do niej ja.
          a tak sobie,na babskie pogaduchy. i profesjonalnie podbudowanie, bo wiecie, ona
          ma doktorat z psychologii, haha.
          przeprasza, że zakłóciła nasz spokój. chciała tylko powiedzieć, że juz nie
          będzie szukać kontaktu (zaiste bardzo logiczne).
          i że on jest wyjątkowym człowiekiem (niewątpliwie) i że z jej strony było duzo
          więcej zaangażowania i że to ona "pękała", odnawiając kontakty. i że obiecuje,
          że juz nie będzie.
          i że mamy pokonać nasz kryzys, bo on jest bardzo związany z rodziną, czaeo
          początkowo nie doceniła.
          (powinnam jej coś dać za psychologiczne konsultacje??)
          i nawet proponowała mi spotkanie, gdybym chciała porozmawiać, haha.
          i że życzy nam szczęscia.

          po południu, gdy wrócilismy z bardzo rodzinnej wyprawy "w zielone" (dzieci
          szlały na rowerach, my szliśmy obok siebie niewiele rozmawiając), siadłam sobie
          w łazience i... dostałam histerii.
          ryczałam jak bóbr, zanosiłam się szlochem i z trudem łapałam powietrze.
          dzieci przy TV, więc nikt nie słyszy.
          on usłyszał.
          wszedł i zaczął mnie pocieszać.
          że jeszcze będzie dobrze.
          że "nie jestem mu obojętna" (dobre, dobre!)
          trzymał mnie za trzęsące się kolana i wspierał.
          sielanka, isnt`it?

          bo wiecie, on jest bardzo poprawny i przeciez złożył deklaracje.
          nawet jak powiedziałam, ze ma natychmiast kończyć z berlińskim kursem tańca,
          nie protestował (a planował dojechać sobie na dzisiejszy!! tak na jeden dzień!!)
          przy mnie pisał listy do prowadzącej tańce i do swojej kursowej partnerki, że
          rezygnuje.
          a pisał z nowej skrzyneczki, którą założył sobie w 4 dni po tym, jak odkryłam
          jego poprzedni "osobisty" adres mailowy.
          no pokazał mi ją, i że jest pusta, co miało potwierdzić, że pozrywał kontakty.
          (puste były foldery, weszłam w adresy - no proszę, Alinka w dwoch odsłonach i
          pani od peniska w podobnej liczbie, adresy nowe - przy mnie je pokasował).
          wczoraj poprosiłam, aby przy mnie wszedł na tę skrzynkę jeszcze raz - czy
          panienki od tańców odpisały.
          i owszem.
          partnerka nawet dość obcesowo, że to nieładna forma wypisania się, i że
          powinien chociaz zadzwonić.
          prowadząca też dość niemile zaskoczona.
          pamiętacie, jak miałam bardzo uzasadnione podtawy podejrzewać, że on z Alinka
          planują sobie w lipcu tydzień w plenerze na wyjazdowym kursie nauki tego
          pieprzonego tango argentino?
          on tłumaczył, że jeśli nawet coś o tym wspominała, to była to wyłącznie jej
          inicjatywa i on nawet tego specjalnie nie kojarzy (haha).
          no i teraz Ines od tańcow napisala, ze w formie rozliczenia za zaplacony kurs
          moze ewentualnie ujac inne formy rekompensaty, gotówki nie zwroci, ale może być
          na ten przyklad Tangoreise.
          jak zbaczyłam to słowo, pociemniało mi przed oczami.
          on siedział przed kompem, ja stałam obok.
          wiecie, co zrobiłam?
          walnęłam go z całej siły w twarz, aż poleciały mu na ziemię okulary.
          powiedziałam cos bardzo brzydkiego i trzasnęłam drzwiami.
          (tak, tak, dzieci znowu w płacz).
          nie jestem z tego dumna, o nie.
          prawdę rzekłszy, zupełnie się tego po sobie nie spodziewałam.
          wybiegł za mną po chwili (ha, miał czerwono przy nosie) ze wzburzeniem
          tłumacząc, że przecież to tylko p r o p o z y c j a rozliczenia kasy i nie ma
          nic wspólnego z jego planami, do cholery!
          i że mam wreszcie zacząć myśleć rozsądnie.
          jakoś nie byłam w stanie.

          zaproponował, żebyśmy jednak wyjechali razem.
          nie zdecydowałam się.
          myslałam, że jak zostanę na troche sama, to mi będzie lepiej, wyciszę się,
          zmienie klimat.
          tymczasem katuję się ciągle tymi samymi myslami i zadręczam, a
          wszelkie "bezrodzinne" atrakcje wydają mi sie puste i bez sensu.

          wczoraj wieczorem złapał mnie taki doł, że o pierwszej w nocy zadzwoniłam do
          niego i z płaczem powiedziałam "zrób coś".
          (tak, wiem, bez sensu).
          powiedział: próbowałem, i dostałem w twarz.
          napisalam mu w smsie, że nie byłoby tego wszystkiego, nie mogłoby tego być,
          gdyby nie fakt, że jego uczucia do mnie zdychają od dawna i teraz to widze
          dokładnie, i że mało co z nich zostało.
          czekałam, co odpowie.
          nie odpisał.

          rozmawialiśmy o terapii, chyba nawet sam to zaproponował.
          jest gotów dojeżdżać na spotkania z psychologiem.
          znalazłam kilka namiarów, może w środę ktoś będzie pod telefonem.

          "będzie to, co musi być" - śpiewa mi w radiu.
          pewnie tak....
          • marcelka38 Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 02.05.07, 14:51
            Wiesz, czytam Twoje teksty i od nowa "przerabiam" punk po punkcie coś co juz
            było.. Deja vu.. To chyba jakiś schemat, a podobno człwiek jest niepowtarzalną
            jednostką smile Wiem, że Cię to nie pocieszy, ale Twój Pan mąż i "Twoja Pani
            Alinka", to chociaż odrobinę poczucia winy okazała.. Ja dostałam jeszcze po
            głowie, że jak śmiałam ingerować.. W coś czego nie było zresztą smile) Moze
            dlatego wciąż to "coś" we mnie siedzi, pomimo, ze juz trochę minęło.. i ciągle
            boli.. A tak dla pocieszenia- profesjonalną podbudowę w postaci doktoratu można
            sobie w d... wsadzić w momencie kiedy w grę wchodzą osobiste emocje - bo
            człowiek jest tylko człowiekiem... O tym wie każdy kto profesjonalnie zajmuje
            sie "pamagactwem". Więc coś tu nie gra... A Pani z doktoratem nie ma
            świadomości i udziela porad twojemu panu mężowi????? Jak ułozyć małżenstwo
            może??? Gdzie kończy sie etyka tam tez kończy się psychologia.. Ta prawdziwa..
            Nie ta na papierze... Aha, napisz przynajmniej skąd jesteś, na priv jeżeli nie
            chcesz publicznie.. Może cos mogłabym podpowiedzieć, jezeli chodzi o pomoc
            profesjonalną, żeby trafić na właściwą osobę.. Bo ogłoszeń dostatek, a z tego
            trzeba sito...
            • nie_alicja Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 02.05.07, 17:38
              marcelka, dzięki za życzliwość smile
              wysyłam Ci maila.
          • z_mazur Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 02.05.07, 17:55
            Dalszy ciąg Twojej historii niestety potwierdza moje obawy związane z odbudowywaniem relacji po zdradzie.

            Deklaracje woli z obu stron to dopiero pierwszy i chyba najłatwiejszy krok na tej drodze. Muszę przyznać, że Twój mąż przejawił dużo dobrej woli co potwierdzałoby, że rzeczywiście chce odbudowania waszego związku.
            Rozumiem Twoje emocje, ale takimi zachowaniami zniechęcisz go do pracy nad tym. W końcu powie sobie: "niezależnie od tego ile i co bym zrobił, ona i tak mi nie wybaczy, będzie to ciągle wypominać i będzie to tkwiło między nami, więc czy to ma sens?", a to wszystko jeszcze ze świadomością, że gdzieś tam czekają chętne do utulenia ramiona i ktoś kto wysłucha ze zrozumieniem i współczuciem.

            Poszukajcie profesjonalnej pomocy, póki nie zapętliliście się w spiralę wzajemnych oskarżeń i licytację win.
            • anula36 Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 05.05.07, 18:09
              podpisuje sie.
              I po raz kolejny sprawdzaa sie ze najbardziej przesrane to byc ta strona co kocha bardziej.
              • nie_alicja Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 10.05.07, 17:40
                a kto kocha?... a kto bardziej?... a co w tej sytuacji znaczy "kochać"?

                pewnie to typowe, pewnie wszyscy tak miewają w analogiczych sytuacjach, chyba
                tylko ja sie dziwię, bo nie wiedziałam, że tak można...

                mieszanka uczuć, poplątanie głodnej czułości z jątrzącym zawodem, nadziei z
                beznadzieją...
                kim on dla mnie jest? najbliższą osobą pod słońcem? wrogiem, który chce nadal
                krzywidzć?
                czy mogę mu jeszcze wierzyć? które słowa, wypowiadane prosto w oczy są prawdą,
                które wyssaną z palca historyjką, stworzoną na potrzebę chwili?...
                czy odległość, która nas dzieli, może sie zmniejszyć? czy mozna mieć na to
                świadomy wpływ?
                zmęczona do granic emocjonalną huśtawką, zapadam w maju w zimowy sen.
                nie chcę analizować, roztrząsać, snuć domysłów, przypuszczać.

                czy to wszystko może "samo się" rozstrzygnąć?...
                • anula36 Re: Pho, u mnie chyba to nie to... 10.05.07, 18:27
                  ten co sie miota, zdecydowanie bardziej kocha i bardziej mu zalezy, ten kkto z zimna kwia klamie i manipuluje i nie ma potrzeby zapadania w majowy zimowy sen ma latwiej.
                  Samo to sie moze co najwyzej rozpasc.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka