nie_alicja
11.04.07, 15:32
...ponieważ mam to szczęście, że od 14 lat jestem w udanym, szczęśliwym
związku.
tak powiedziałabym jeszcze przedwczoraj. tydzień temu? dwa tygodnie?
trafiłam kiedyś na to forum, bo szukałam pomocy dla koleżanki. potem
podczytywałam, patrząc z podziwem, jak można podnosić się z życiowych ruin i
żyć dalej. czytałam z tamtej strony, z mojej dotychczasowej strony kobiety,
która miała szczęście trafić na właściwego faceta.
mój związek był moją życiową ostoją. lata razem, budowanie bliskości,
poczucia bezpieczeństwa, zaufania. chociaz nie - zaufanie było od początku,
bo przecież bez niego nie można decydować się na bycie razem.
zaufanie miałam zawsze. bardzo dużo wyjeżdżał, nigdy nie sprawdzałam, czy
zawsze tam, gdzie mówił - bo po co miałby kłamać??
bez problemu spotykał się ze znajomymi, koleżankami, ba - nawet byłymi
narzeczonymi - co tam znowu, to przecież część jego przeszłości, a
terażniejszość to żona, dzieci, rodzina, całe morze ciepłych uczuć i poczucie
spełnienia.
w poprzednim związku szybko zaczął zdradzać partnerkę, ale to był związek
niedobrany, a on, jak mówił, traktował go zawsze "tymczasowo". tymczasowośc
trwała 14 lat, ale jakos mi to nie wadziło, bo to ze mną miało być wreszcie
to "prawdziwe" życie, rodzina, która stanowiła dla niego wartość nadrzędną.
więc wierzyłam bezwarunkowo, bo mieliśmy przeciez takie same priorytety.
nawet, jeśli coś budziło przez sekundę mój niepokój, odganiałam go szybko.
gdy zdarzało mi się słuchać od kogoś półżartem, że może nie powinnam byc taka
ufna, usmiechałam sie tylko. on? ten lojalny, odpowiedzialny, kochający, MÓJ
mężczyzna? ciężko pracujący na rodzinny byt, cudowny ojciec z autorytetem i
mąż, do którego czułam prawdziwy szacunek - Boże, jakie to cudowne, mieć
świadomość, że wszystkie problemy, które przeciez czasami się pojawiały, damy
radę pokonać, bo CHCEMY być razem i to jest dla nas najważniejsze...
tyle bajki.
bajki, która była przez lata moim życiem i punktem odniesienia.
niedawno przyłapałam go na kłamstwie. wykręcił się w dziecinny sposób, który
nie przekonałby średnio rozgarniętego dziecka.
on wie, ze kłamstwo działa na mnie jak czerwona płachta na byka. wpajamy
prawdomówność dzieciom, sama bywam do bólu szczera, bo uważam, że tylko na
prawdzie mozna budować coś trwałego.
więc skłamał. podejrzewałam, że podczas mojej nieobecności w domu gościł
jakąś kobietę, o której istnieniu w ogóle mi nie wspomniał.
wypierał się nadal. tak nieudolnie, że aż żenująco.
po kilku dniach sprawa wróciła. przyparty do muru, przyznał, że jednak była w
naszym mieszkaniu.
wściekłam się. jak to - tyle wolności, braku kontroli, samodzielnych
wyjazdów, niesprawdzania wydatków - żeby było mu jeszcze mało?? przecież
jesteśmy z sobą, bo CHCEMY, bo to dla nas życiowy wybór, bo nie mamy przed
soba tajemnic, które musielibyśmy wstydliwie ukrywać, bo jesteśmy wobec
siebie lojalni!
w nocy nie mogłam zasnąć.
dlaczego on kasuje natychmiast wszystkie wiadomości z komórki? dlaczego
strzeże hasła do maila jak niepodległośći? dlaczego między nas wkradł chłód,
który zdaje mu się nie przeszkadzac?... dlaczego, dlaczego...
wstałam i usiadłam przy komputerze. zaczęłam szperać.
natknęłam się na nieznane mi jego konto pocztowe. weszłam na nie, zmieniając
hasło. zaczęłam czytać listy...
znacie te opisy, kiedy ktos próbuje wyrazić, jak mu sie usuwa ziemia spod
stóp? czytałam je dotąd, nie bardzo potrafiąc to sobie wyobrazić.
siedziałam i czytałam miłosną korespondencję mojego cudownego, lojalnego i
wiernego męża.
za którego prawość mogłabym się dać pokroić.
do wczoraj.
romans, czułe słówka, obietnice przyjemności, tęsknota.
to z jedną. druga skupiała się na konkretach, obiecując zlizywać jogurt z
jego "peniska".
banalne, trywialne, jasna dupa, to nie może być prawdą, przecież to
niemożliwe, to nie mogło przydarzyć sie w naszym dojrzałym, stabilnym
związku... czy to mozliwe, że facet, ktoremu tak wierzyłam, okazał sie takim
egoistycznym, wyrachowanym, kłamliwym dupkiem, który gotów jest stracić
latami budowany związek dla chwilowej przyjemności?? który szuka seksu poza
domem, a ja tak często czekam na jego powrót, żeby znów poczuć naszą bliskość?
wydrukowałam sobie te listy. zawsze lubiłam miłosną korespondencję, a już
zapomniałam, jak ładnie potrafi pisac mój mąż... już nie do mnie.
jakoś dotrwałam do rana.
powiedziałam, że może sobie iść. że nie musi już chować komórki, kryć sie z
mailami, kłamać, oszukiwać. ma znikać i cieszyć się życiem tak, jak chce. że
przepadło wszystko, co było między nami ważne i nienaruszalne. że jest wolny.
niech uszczęśliwia tęskniące do niego kobiety, od teraz przestaje mnie
interesować, co i z kim robi.
ktoś się domyśla, co usłyszałam?
przesadzam. to przeciez takie zwykłe znajomości, no może trochę podkręcone
faktem, że spotykał się tam ze zrozumieniem, którego ostatnio brakowało mu w
domu. czuł, że między nami nie jest juz tak dobrze jak by chciał, próbował
dać mi to do zrozumienia, ale jakoś bez powodzenia.
że to wszystko nic nie znaczy i w ogóle nie dotyczy naszego związku. że nie
powinnam pochopnie rozwalać rodziny. że - UWAGA! - najważniejsze jest dobro i
spokój emocjonalny naszych dzieci! czy mogę wziąc na siebie odpowiedzialność
za to, co będzie je czekać, gdy się rozstaniemy??
dzis wyjechał. poprosiłam, żeby przez czas nieobecności nie kontaktował się
ze mną. wysłał esemesa z propozycją, że "wiele mysli i jest skłonny zlozyć
stosowne deklaracje, jesli ja równiez zobowiążę się popracować nad naszym
związkiem". posłałam go na drzewo.
jestem nadal w szoku, obecnie w fazie wściekłości. pewnie czeka mnie jeszcze
kilka róznych innych.
nie wiem, co zrobię.
rozwód? separacja? wyprowadzka?
a dzieci??
wybaczyc?
juz nigdy mu nie zaufam, brzydzi mnie myśl, co wyprawiał z tamtymi kobietami.
z iloma? od kiedy? może od zawsze? może moje życie w kształcie, który znałam,
to jedna wielka fatamorgana?
boję się dzisiejszego wieczoru.
położę dzieci spać, usiądę w fotelu.
powoli zacznie do mnie docierać, co stało sie z moim zyciem...