Wieczorkiem czytałam swoje listy wysyłane do przyjaciółki jeszcze z
panieńskich czasów (i przyjaciółka, i listy). Uśmialam się po pachy,
bo znalazlam w jednym z nich dokladnie jak gdyby przytoczony mój
nick, w drugim długo przeze mnie używane czatowe imię. Przypadek?
Wątpię, raczej potwierdzenie tezy, że człowiek tak naprawdę wcale
się nie zmienia. Owszem, wymachuje czasem zwycięstwa sztandarem,
żeby mu było raźniej lub ładniej do twarzy.
Przeszliśmy wszyscy specyficzne doświadczenie życiowe i wydawałoby
się, każde z nas już nie tym, kim było wcześniej. A tu taki kwiatek!
Do dziś używam słów, które są w dużej mierze jak cytaty z tamtej A..
Pisałam o swojej trudnej damsko-męskiej sytuacji, i wiecie co? Ja
się boję! Tamta i ta skazane jesteśmy na exa lub jakieś jego
odmienne wcielenie. On odpowiadał dokładnie temu, co od dzieciństwa
mamy wkodowane. Przerąbane! Jedyna rada, muszę do końca dni pozostać
sama. Jeśli będzie inny - to nie do kompanii, jeśli kompatybilny -
co dalej już znacie. Klepnę dla nowych: przemocowy związek
zakończony rozwodem.
Jedyna różnica, jaką zauważam, to brak łez, jakby mi je ktoś zabrał.
Chcę je odzyskać. W najgorszych opresjach płacz przynosił ulgę.
Jeszcze może i to, że kiedyś proslabym: oddajcie mi łzy, a dzisiaj:
poradzę sobie sama. Zresztą bywałam w życiu już hojniej
obdarowywana. Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem zarozumiała.

))
Ot, takie luźne refleksje na popołudnie.