messina
05.12.07, 15:26
10-letni związek (wydawało by się w rozsądnym już wieku założony), 3-letnia
córka. On z patologicznej rodziny (pod względem psychicznym), uciekł od niej
daleko, wżył się w moją, którą cenił i lubił za to wszystko, co dojadło mu we
własnej. Jego zdrada, gdy byłam w ciąży, łzy, szarpanina, straszna boleść,
depresja, leczona do dziś. Jego nieodpowiedzialność, łatwość kłamstwa na każdy
temat, psychiczne gówniarstwo, absolutna nieporadność w znalezieniu godziwej
pracy, ja stale go utrzymuję (albo nic nie zarabiał, albo g...no, ale
naprawdę) przy ogólnie dobrym charakterze, pracowitości, zdolności kochania
itp. Wyssał sobie z palca moją zdradę, po karczemnej awanturze, wyzwiskach
(które potem powtarzały się przy BARDZO dużych kłótniach. Kilka razy ręka mu
poleciała, nigdy mnie nie uderzył, jakby to powiedzieć, w celu uderzenia,
raczej to było na zasadzie odepchnięcia albo potrząśnięcia, - nie
usrapwiedliwiam go, tylko chcę, żeby było uczciwie powiedziane.), groźby, że
porwie mi dziecko, zdemolowanie mieszkania, popisane ściany, podarte zdjęcia,
moje krwawiące serce. Podałam go na policję. Jego wyjazd na 3 miesiące,
"odpocząć od siebie i poszukać pracy". Mieszkał kątem u brata, za jego kasę,
ja zostałam sama z rocznym dzieckiem, pracowałam w domu, na nas, na kredyty)
Wrócił z podkulonym ogonem. Ja - cięta, złośliwa, dużo lepiej umiejąca władać
słowami, ale w 100% uczciwa, szczera i lojalna. Górki i dołki. WRESZCIE
zaczęło sie wydawać, że od pół roku zaczął coś kumać, widziałam PROCES,
zmieniał się, myślał, dogadywaliśmy się jak cywilizowani ludzie. Ja nie mogę
do końca pozbyć się paranoi na temat jego zdrady - przyjęłam ją jak kompletne
zdruzgotanie mojej osoby, mojego zaufania, które pomimo swego charakteru miał.
NIE robiłam karczemnych awantur, NIE wywlekałam sprawy, ale paranoja była i
czasem musiałam o coś spytać, jeśli mnie dręczyło (np kim jest MAŁGONIA w jego
komórce, czemu wrócił 1,5 godziny później niż miał) Stale kłamie, w różnych
duperelach, to prawda, ale przecież jeśli ktoś kłamie w duperelach, kłamie i
we wszystkim. W każdym razie widziałam już jakieś światło, znacznie poprawiły
się też jego stosunki z córką (która od jego wyjazdu miała do niego dwoiste
podejście - histeria, że "tata nie wróci", kiedy wychodził do pracy, a z
drugiej ciągła jej agresja na niego) I nagle pierdut. Znowu. Na moje niewinne
w sumie pytanie, postawione początkowo tonem żartobliwym, jaką to panią wzywał
przez sen całą noc, dowiedziałam się: jestem paranoiczką, nienormalną
wariatką, narkomanką (?), on przyklejony do mojej dupy od 2 lat, a ja w kółko
tylko go sprawdzam i drążę (absolutna nieprawda), on ma dosyć, ja nie
zdradziłam go tylko dlatego, że nikt mnie nie chciał (OK, jestem trochę
zaniedbana, bo od dbania o dziecko, dom i pracę, którą wykonuję w domu,
tyrając jak pies całe dnie, już mi czasu i sił nie starcza, ale jestem ładna,
szczupła, wysportowana. On nawet nie wie, ile propozycji na kawę odrzuciłam,
nigdy mu o tym nie mówiłam, bo po co? odrzuciłam bo jestem uczciwa i sama
sobie nie mogłabym spojrzeć w twarz, gdybym osobę tak mi bliską oszukała) itp.
Od słowa do słowa oberwałam. W ataku szału zaczął mną szarpać, w pewnej chwili
dusić, kopniakami zrzucił mnie z kanapy. Przerażona zwiałam do łazienki,
wyrwał zamek z klamką. Od 10 dni się do mnie nie odzywa. Swoje obowiązki w
domu (bardzo nieliczne) załatwia, jak ma ochotę, albo nie śpi, ja muszę
wszystko załatwiać za niego, przy czym nie jestem informowana, które z nich
załatwi, więc cały dom zdezorganizowany. Robi sobie sam jedzenie, sam je, mnie
podrzuca gary do zmycia. Byłam chora, i to dość poważnie. Spytalam, czy
odbierze dziecko z przedszkola, powiedział, że nie i wyszedł. POjechałam ja,
autobusem, zasmarkana i kaszląca. Okazało sie, że ja odebrał 1o minut
wcześniej. Proponowałam mu terapię, bo sam w dobrych momentach mówił, że mu ze
sobą ciężko i musi coś z tym zrobić. Zapisał się, sam, na dziś. Nie poszedł.
Pytałam wieczorem, czy zawozi dziecko rano do przedszkola, bo nie pracował.
Powiedział, że tak. O 11 rano dalej spał, jak usiłowałam go obudzić,
usłyszałam (przy dziecku) "To, kurwa weź samochód, i sama ją zawieź!"
Zawiozłam. Przesiedziałam trzęsąc się z bólu i bezradności 1,5 h w
samochodzie. Wróciłam, on śpi. Wiem, że rozwód to klęska: rodziny, moja,
córki, która wreszcie ostatnio zaczęła rozkwitać z tatusiem, która znów
cierpi, że tata już jej nie odwozi do przedszkola, nic nie mówi. Zaczęła się
bić z dziećmi. Straciłam rozeznanie, jestem na niego wściekła, rozczarowana,
serce boli tak, że mało nie pęknie, boję się go, mam go dosyć. I nie mogę
znaleźć w sobie uczucia, które mi powie "rozwodź się, natychmiast".
Doświadczeni rozwodnicy i mądrzy ludzie - podzielcie się chłodną oceną sytuacji.