w końcu się odzywam...po roku...nie miałam odwagi nawet przed Wami
sie przyznać. Nie wyszło mi, rok temu odeszłam, ale ...tylko na dwa
miesiące. W skrócie dla tych co nie pamiętają lub nie czytali wtedy:
dwoje dzieci, jedno chore, totalny brak szacunku, wyzwiska, przemocy
fizycznej już nie ma, teraz jest psychiczna. Moi nieustający
kochankowie, całkowita odpowiedzialnośc za kasę, długi, pracuję 12
godzin czasem 14 zeby zarobić więcej, on swój etat bo "nie ma gdzie
zarobić". Nie zasługuję na prezent na urodziny, kwiatek, czekoladę.
Byłam juz suką, szmatą...i poszłam. Wróciłam, bo młodsza córka
płakała, bo nie stać mnie na wynajęcie mieszkania, bo nie mam dla
dzieci warunków u mamy, bo pomyślałam że się czepiam i nie moge
fundować dzieciom rozwodu. Teraz - każdy nadchodzący dzień planuję
bez niego, z dziećmi, nie bijemy sie, za to na środku skrzyzowania
naszego dużego miasta otwiera mi drzwi i karze wypier.... z
samochodu, bo "jestem niezrównoważona i nienormalna"


a ja siedze
sobie i czekam aż dojadę do pracy. Długo pracowaliśmy na to co mamy,
teraz oznajmił, że nigdy niczego mi nie zostawi i nie pójdzie stąd
za nic na świecie. Jest dobry bo jak ja pracuje, on zabiera dzieci z
przedszkola, podłogi umyje, uprasuje...
Ostatnio wróciłam do domu, biegnie do mnie córka i oznajmia że tatuś
nazwał ją idiotką...ma 5 lat...kur, sama siebie nienawidzę.