only_isabelle
28.06.08, 21:32
kocham, gdy mam poczucie winy, wyrzuty sumienia,gdy muszę ratować miłość,
oczywiście w przenośni,
uświadamiam sobie to uczucie, gdy targają mną różne sprzeczne emocje,
nie jestem zdolna do uniesień, ochów i achów, słodzenia, ciumciania,
od dziecka nienawidziłam ojca za to,jaki był "fajny", terapia uświadomiła mi,
że moja ucieczka w pracę, perfekcjonizm, to ucieczka przed życiem, takim
rodzinnym, jak z elementarza z czasów prl-u,
czuję się pusta, jak słoik, nic nie warta (to oczywiście ekstremalne emocje w
dole)bo najważniejszy mężczyzna nie zrobił nic, by mi pokazać, ze mu na mnie
zależy....
chcę żyć szczęśliwie, wejść w relację - mam lęki, przerażenie, że zupełnie nie
udźwignę tej roli, powoli wykluczam "winnych" mojego nieszczęścia (teoria
spychologii odpowiedzialności)....
w terapii doszłam do kwestii partnera, jak jest dobrze, to się boję i nie
wiem, co czuję, jak są konflikty, to nienawidzę, bluźnię, pakuję, wyzywam i
gdy złość przechodzi czuję,że kocham, nawet podwójnie i mam żal do siebie, że
jestem taka wredna.....
macie jakiś sposób? zmiana faceta wykluczona, żadnemu innemu nie zaufam i
gdyby mój związek nie przetrwał, nie spojrzałabym na żadnego gościa...
jestem dzieckiem rozwiedzionych rodziców, perspektywa rodzica, żony (bony, jak
to śmiesznie brzmi) mnie irytuje, śmieszy, tylko że koniec śmiechów, kariera
zrobiona, 30 lat stuknie niedługo.....zupełnie nie pasuję do tego świata, gdy
patrzę na innych, zazdroszczę znajomym rodzin, przede wszystkim pełnych,
wielopokoleniowych, gdzie nabywa się poczucia wartości, tożsamości, ja
jedynaczka zostałam sama z partnerem,nie wiem, może uciekam od
odpowiedzialności za siebie....
jak ddd....radzą sobie w dorosłym życiu?
Ps. mam pamiątkę w postaci nerwicy lękowej