Dodaj do ulubionych

dołączam do grona

01.11.08, 08:50
Witam wszystkich Forumowiczów,
Niestety dołączam do grona po tym, jak żona powiedziała, że nie kocha mnie już
i chce rozwodu. Zawsze wydawało mi się, że byliśmy w miarę dobrym małżeństwem,
szanowałem prawo żony do samorealizacji i sukcesów zawodowych. Przez 11 lat
małżeństwa starałem się być dobrym mężem, choć nie zawsze mi to wychodziło,
dobrze wiem o tym. Teraz mamy dwójkę dzieci, 10 i 8 lat, i strasznie mi się
robi na myśl, że mam być nie normalnym, tylko tzw. "niedzielnym" ojcem. Co
doprowadziło do decyzji o rozwodzie? Sam nie wiem, to żona tak postanowiła, ja
jej nigdy nie zdradziłem. We wrześniu stwierdziła, że nie czuje się szczęśliwa
i to był dla mnie cios. Od tego momentu zacząłem analizować wspólne życie i
zacząłem patrzeć na wiele spraw inaczej. Przede wszystkim, co dobrze wyszło mi
na zdrowie, odstawiłem alkohol w domu. Nigdy nie piłem nałogowo, zawsze rano
wstawałem do pracy i wypełniałem swoje obowiązki. Nigdy też, co oczywiste, nie
biłem żony, ani też nie przeszkadzałem jej w niczym. Przeciwnie, gdy
wiedziałem, że ma pracę w weekend, to zabierałem dzieci na działkę, na
wycieczkę, po to, aby mogła w spokoju realizować własne plany. Rzecz w tym, że
żona jest osobą ambitną i spragnioną sukcesów na każdym polu, a zwłaszcza
zawodowym. Ostatnio odnosi sukcesy, w pracy, gdzie została wicedyrektorem
instytutu, napisała podręcznik do nauki języka, który ma się niedługo ukazać w
druku, a następne części są w drodze, intensywnie zajmuje się tłumaczeniem w
celach zarobkowych. I tak powoli zaczęliśmy oddalać się od siebie. W tygodniu
ja pracowałem długo, a w weekendy żona chodzi do pracy uczyć studentów
zaocznych i podyplomowych. Chciałem, żeby było ok, ale nie mogłem znieść je
ciągłych flirtów internetowych, tych dziwnych sms-ów itd. Żona potrafiła
namiętnie sms-ować, codziennie widzę ją przy komputerze wieczorem i dobrze
wiem, że to nie tylko z powodu pracy. Jasne, żona zapewniła mnie, że nie ma
żadnego tzw. "przyjaciela", ale po tym, jak kilka lat temu wyszło na jaw, że
intensywnie flirtuje z jakimś człowiekiem, też zresztą żonatym, przestałem jej
ufać. Bo niby jest ze mną, z dziećmi, ale tak naprawdę myślami błądziła gdzieś
indziej. Np. w wakacje, potrafiła chodzić do ubikacji po to tylko aby wysyłać
sms-y. Przy tym wszystkim, ma do mnie pretensje, że sprawdzałem ją cały czas.
grzebałem w jej torebce i papierach, itd. Wiem, to jest zachowanie nie w
porządku, ale po tylu latach takich rzeczy czuję się przeczulony na tym polu.
Sam dużo pracuję, zresztą muszę, ale jak przychodzę do domu, to ma dosyć
komputera i zajmuję się dziećmi. A jedyne co widzę. to żonę przy komputerze,
przy czym tylko część z jej zajęcia to praca, reszta to towarzyskie programy
internetowe typu nasza-klasa (NK)(nie lubię tego), GG i cokolwiek jeszcze. No
i oczywiście zawsze znajdą się ludzie, którzy wyślą jej internetowe prezenty
na NK,różne rzeczy jej wypiszą, nie bacząc na to że rozwalają małżeństwo, a
tylko po to, żeby się przypodobać żonie. Jakby nie mogli zająć się własnymi
żonami i sprawami! To mnie przerasta. Pomyślałem, że może ja jestem nie w
porządku, gdyż patrząc wstecz wstydzę się wielu różnych rzeczy, postanowiłem
się poprawić, no po prostu zacząłem sie zachowywać tak, jak powinienem był
wcześniej i, o dziwo, dobrze się z tym czuję. Ale to nie pomogło, żona
utwierdziła się w swoim zamiarze co do rozwodu, powiedziała, że coś w niej
pękło, że nie chce już ze mną być. Że najlepiej, jakbym się wyprowadził, albo
wyjechał. Tylko to nie załatwia sprawy, a tylko ją odracza. Zatem ok,
wysunąłem różne argumenty do przemyślenia, a to, że dzieci dorastają i
potrzebują dwojga rodziców (rany, jak ja je kocham!), że teściowa, mieszkająca
cały czas z nami (po 80-tce), kiedyś osoba ambitna i niezależna, starzeje się
(notabene, jej obecność w naszym życiu też przyczyniła się do stanu obecnego,
ale to już odrębny temat), a nie młodnieje, czy żona da radę w tzw. szarym
życiu, bo ja osobiście obawiam się o siebie, o dzieci, nie wiem czy dam radę.
Jednym z problemów jest to, że żona nie prowadzi samochodu, dostała prawo
jazdy ileś lat temu, ale to tylko dlatego, że jej św. pamięci ojciec miał
znajomości, ale oczywiście nigdy nie jeździła. Kiedy tylko starałem się być
szczery na temat jej umiejętności jeździeckich, zawsze twierdziła, że chcę ją
uzależnić od siebie itd. Powiedziała, że samochód i działka to moja osobista
sprawa, a niby gdzie, do cholery, z nią jeździłem przez te wszystkie lata,
czy ja załatwiałem moje, czy nasze sprawy? Zatem to wszystko się nałożyło na
siebie, skumulowało i teraz, kiedy żona wczoraj stwierdziła, że trzeba się
definitywnie rozstać, pękłem i powiedziałem że może składać pozew o rozwód,
nie będę jej przeszkadzać i podpiszę ten papier. Nawet nie czekając, aż
odbędzie się w maju komunia córki. Czy ja jestem tzw. loser? Wiem, że dzieci
zostaną z matką, w tym wieku one emocjonalnie bardziej potrzebują matki niż
ojca, ale tak mi źle, że nie będę mógł z nimi być codziennie, że po prostu
jestem załamany. Nie wiem, co zrobię, żona już raz przed ślubem mnie rzuciła,
a potem po roku wróciła, a że akurat byłem w nieudanym związku, więc zgodziłem
się na to i stworzyliśmy, w moim mniemaniu, w miarę udane małżeństwo. Pozory.
Piszę to tylko tak, żeby się wygadać, ciężko mi teraz w życiu, cały czas
myślę o tym, doskonale wiem, że ja również przyczyniłem się do obecnego stanu,
ale czasu nie da się odwrócić. Zatem czekam aż przyjdzie pozew rozwodowy. Żona
myśli jak spłacić wspólny majątek, czyli mieszkanie (i coś wymyśli), a ja
czuję się fatalnie. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów.
Obserwuj wątek
    • z_mazur Re: dołączam do grona 01.11.08, 12:32
      Witaj

      Dosyć to standardowe. Widzę pewne podobieństwo do mojej historii.
      Nie będę Ci tutaj pisał pocieszających haseł, bo chyba nie o to Ci chodzi. Myślę, że po prostu miałeś ochotę to z siebie wyrzucić, a forum to dobre miejsce do tego.

      Trzymaj się, napisz coś czasem na forum.

      Jeśli oczekujesz konkretnej rady, lub pomocy w jakimś problemie napisza w kilku zdaniach o co chodzi, bo w takiej długiej wypowiedzi trudno wypatrzeć co Cię najbardziej gryzie.
    • some-guy Re: dołączam do grona 01.11.08, 19:51
      jutro1 napisał:

      powiedziała, że coś w niej
      > pękło, że nie chce już ze mną być. Że najlepiej, jakbym się
      wyprowadził, albo
      > wyjechał.


      Zaproponuj swojej e-żonie, żeby sama wyjechała, a na drogę
      do laptopa i teściowej dorzuć jej nowego i-phone'a tłumacząc,
      że teraz będzie multimedialna i podłączona do sieci także w czasie
      podróży.


      Czy ja jestem tzw. loser? Wiem, że dzieci
      > zostaną z matką, w tym wieku one emocjonalnie bardziej potrzebują
      matki niż
      > ojca, ale tak mi źle, że nie będę mógł z nimi być codziennie, że
      po prostu
      > jestem załamany.


      Trudne pytanie, na które samemu trzeba sobie odpowiedzieć.
      Może byłeś looserem od zawsze, może stałeś się nim w tym małżeństwie,
      a może dopiero nim będziesz, kiedy oddasz pokornie wszystko na czym
      Ci zależy.
    • wylot11 Re: dołączam do grona 03.11.08, 12:34
      Moja historia jest prawie identyczna,gg tlen Nk pisanie ..chlapanie
      językiem czy też piórem elektronicznym i ranienie w ten sposób mojej
      osoby. Na jakim etapie jestem dzisiaj? Rozwód.....chociaż próbowałem
      błagałem,a dziś mam kogoś ,kogoś kogo właśnie poznałem metodą żony
      czyli net..i ta osoba mnie kocha zaczynam się czuć potrzebny...

      Powodzenia..
      • anul-a111 Re: dołączam do grona 04.11.08, 18:31
        To piekne ze czujesz sie potrzebny,ale czy Ty również potrzebujesz
        tej osoby,czy Ty rowniez ją kochasz...może zabawiasz sie
        Nia "stosujac metody żony"...myslałes o tym?Tak sie sklada ze jestem
        z kims poznanym przez internet i bardzo mi zalezy na Nim...nigdy
        nawet przez chwile nie pomyslałam aby zabawiac sie uczuciami osob
        drugich nawet przez internet....
        Miłość to nie zabawa...ja pokochałam po 9-ciu latach
        samotnosci,pokochałam szczerze i ufam ze rowniez szczerze jestem
        kochana...Internet to "zabojstwo"...to prawda,ale jesli umiemy z
        niego korzystac"z głowa"to nie jest w stanie nam zaszkodzic...
        Zycze szczescia w kolejnym rozdziale zycia...kto wie,moze bedzie
        lepszy...docen to co daje Tobie ta osoba...
    • natalinka100 Druga strona... 05.11.08, 13:19
      Witaj, Jutro
      Podczytuję forum od bardzo dawna- w zasadzie od momentu podjęcia
      decyzji o odejściu od męża, ale nie pisuję. Jednak postanowiłam
      napisać odpowiedź na Twojego posta. Ja jestem po tej drugiej stronie-
      jak Twoja żona- też jestem naukowcem. Może moje zdanie do czegoś Ci
      sie przyda?

      Przede wszystkim- naukowiec do obopólnego, szczęśliwego i zgodnego
      związku wymaga wyjątkowego, mądrego partnera, który w naukowcu
      dostrzeże nie tylko żonę/ męża, ale tez własnie naukowca. No i rzecz
      jasna- doceni dokonania.

      Twoja żona nie jest przeciętną osobą. Ile np. Twoich sąsiadek,
      znajomych zostało dyrektorami instytutu? A ile z nich wydało książki
      czy zrobiło habilitacje? Piszesz, że zabierałes dzieci na działkę,
      kiedy żona miała coś do zrobienia. A kiedy juz to coś zrobiła,
      otrzymała jakąś nagrodę, grant czy ukazała się je praca, czy- jak
      jej znajomi- pogratulowałes jej tych osiągnięć? Czy puchłes z dumy,
      że masz taką żonę, czy raczej zżerała Cie głupia zazdrość?

      Możesz to odebrać jako hymn pochwalny na moją cześć- mniejsza o to.
      Ja znam swoją wartość. Wiem, czego dokonałam, nad czym ważnym (nie
      tylko dla mnie) pracuję. Z takiej działalności czerpię satysfakcję.
      Przypuszczam, że akurat w tym względzie nie róznię się od Twojej
      zony. Usatysfakcjonowana sukcesami zawodowymi zona w rękach mądrego
      faceta- to skarb prawdziwy, bo nie utyskiwa na życie, nie zrzędzi,
      potrafi poczucie szczęścia przelać na męża. Pod warunkiem, że chłop
      jest w stanie udźwignąć i docenić sukcesy kobiety. Uuuu, a tu jest
      najczęściej pies pogrzebany...

      Jak to u mnie było i jest... Poznaliśmy się na początku moich
      studiów; po nich były podyplomowe i staż zagraniczny w ramach
      wyróżnienia, no i propozycja pracy w pewnym instytucie, którą
      oczywiście przyjęłam. Rok później wzięliśmy ślub. Mój mąż już wtedy
      pracował w pewnej instytucji państwowej, gdzie mógł sporo awansowac
      z czasem, jednak wymagało to ukończenia różnych dodatkowych kursów,
      ciągłego dokształcania się a to na drugim końcu Polski, a to poza
      jej granicami... Realizował to bez żadnych przeszkód- nawet, gdy
      przyszło na świat nasze dziecko, to u niego w życiu nic się nie
      zmieniło. Praca, kariera zajmowała u niego najważniejsze miejsce. W
      końcu tam mógł liczyć na wyróżnienie czy inną nagrodę, czy uścisk
      pana ministra... A w domu nikt nie przyznaje dyplomów za ugotowany
      obiad, posprzątane mieszkanie czy nocne czuwanie przy chorym
      dziecku, więc po co się starać...

      Moje życie wyglądało mniej więcej tak: praca-przedszkole- zakupy-
      dom. Byłam wiecznie przemęczona, nie miałam siły na systematyczne
      kontakty ze starymi znajomymi. Musiałam też- co normalne- pracowac
      naukowo, bo zajęcia dydaktyczne ze studentami to tylko wycinek moich
      obowiązków. Tak się rodzi sfrutrowana kobieta, która jest papierową
      mężatką, a w praktyce samotnie wychowującą dziecko i starająca się
      normalnie żyć, mimo wiecznie niezadowolonego (o sukcesy- wtedy
      całkiem małe) męża...

      Wtedy obudziła się we mnie choroba, którą rozpoznano dopiero po paru
      latach. Przytyłam ponad 20 kg. Od rodziców mojego męża słyszałam,
      jakie miałam szczęście, że on zwrócił na mnie w ogóle uwagę, że się
      ze mną ożenił, no i że nadal jest. Mimo mojego wyglądu. On tego w
      żaden sposób nie komentował, nie bronił mnie. Jak mówił- nie chciał
      wywoływać kłotni.

      Udało mi się osiągnąć kilka rzeczy- bez pomocy męża, a dzisiaj mogę
      powiedzieć nawet, że pomimo niego. Robiłam to pomiędzy praniem,
      gotowaniem, sprzątaniem, zajmowaniem się dzieckiem czy zakupami. On
      nigdy nie odczuł tego, że robię kolejne studia, że planuje kolejne
      badania, że opracowuję wyniki kolejnych badań czy przygotowuję
      kolejne sympozjum. Ba, wiedział, że coś takiego robię i tylko
      komentował, po co to wszystko. Wszak praca w instytucie, to wg niego-
      tylko zajęcia ze studentami...

      Kiedy ukazał się pierwszy mój podręcznik, skomentował tylko okładkę-
      że zbyt ciemna. Przy drugim stwierdził, że to się nikomu przeciez
      nie przyda. Ostatnio, po ukazaniu sie trzeciego, wybiegl z pokoju
      zdenerwowany, ba! wkurzony, bo... przeszkadzały mu smsy od znajomych
      z gratulacjami, a on w tym czasie oglądał swój ulubiony serial! Ani
      razu mi nie pogratulował. Przecież to takie naturalne, że ludzie
      piszą i wydają ksiązki,prawda?

      Dzieki leczeniu schudłam te 20 kg, a nawet nieco więcej. Zrobiłam
      się hm...laska smile Siłą rzeczy musiałam wymienić starą garderobę- z
      czego baaardzo sie ucieszyłam smile W pewnym momencie zorientowałam
      się, że sa figi z koronki w moim rozmiarze- takie, o jakich zawsze
      marzyłam, a których nie mogłam wczesniej nosić, bo mieściłam się
      tylko w spadochrony! No to kupiłam kilka par smile No i o cóż zostałam
      posądzona? No jak nic- mam kochanka! Bo te figi, ta zmiana ubrań
      etc...

      Naukowcy mają to do siebie, że czasami wyjeżdżają na sympozja. Ja
      akurat mam bardzo "męskie" zainteresowania zawodowe, więc siłą
      rzeczy wśród moich współpracowników, a także uczestników takich
      spotkań sa przeważnie mężczyźni. Zajmuję się bardzo "elitarną"
      dziedziną i w zasadzie jest to dziedzina kilkudziesięciu osób w
      Polsce, więc znamy się "jak łyse konie". Kiedyś były telefony, potem
      maile, aby utrzymywac kontakty zawodowe. Z częścią osób się
      zaprzyjaźniłam. Nastała era telefonów komórkowych czy komunikatorów
      typu gg, co znacznie usprawnia współpracę, no i sprzyja kontaktom
      towarzyskim. Każdy taki "obcy", to potencjalne zagrożenie dla mojego
      męża- tym bardziej, że stałam się "laską". Moi znajomi to świetni
      ludzie- można z nimi pogadać o wszystkim- i o powaznych rzeczach, i
      o pierdólkach. Nie ukrywam, że 10 min. dziennie na gg daje mi tyle
      pozytywnej energii na cały tydzień, że z podejrzyliwym, zazdrosnym
      (o sukcesy, moje konkaty z innymi)mężem nie dałoby mi się to
      osiagnąć w miesiąc.

      Ad komputerów i Netu...
      Mam ponad 150 studentów; piszą różne prace semestralne, niektórzy
      magisterskie, albo mamy wspólne projekty badawcze. Od dawna
      praktykuję wykorzystanie Netu do komunikacji między mną a
      studentami. Wolę sprawdzac pracę przysłane mi na skrzynke, nanosić
      poprawki, oceniac (zamiast dżwigać kilogramy makulatury), zapisywac
      na CD i archiwizować. Bo 150 prac zaliczeniowych, po kilkadziesiąt
      stron każda, to tez wyzwanie logistyczne...

      Netu uzywam też do wspólnego pisania projektów, prtzesyłania wyników
      cząstkowych z naukowcami z róznych części Polski i świata. Już nie
      wspomnę o najszybszym dostępie do najnowszych publikacji naukowych...

      Kiedy to robię? A no - wieczorem. I tu jest pies pogrzebany! Bo
      ciągle mnie widzi przy kopmuterze, ciagle z kims gadam, cos piszę. I
      siedzę tak przez cały dzień!!! No bo zajęcia ze studentami mam tylko
      3 razy w tygodniu, więc w zasadzie nie mam się co zasłaniac pracą!
      Przez 16 lat małżeństwa mąż nie przyswoił, że praca dydaktyczna to
      może jakies 1/7 moich obowiązków. Że oprócz tego mam pomiary,
      eksperymenty, wprowadzanie danych, szukanie, pisanie wniosków i
      rozmowa np. z laboratoriami czy innymi jednostaki badawczymi,
      zamawianie aparatury (spróbuj poszukac, co jest niezbędne- zajmie to
      przynajmniej kilkanaście dni). Że są wreszcie magistranci, studenci
      w kole naukowym, że jest kolejne zlecenie do wykonania czy kolejny
      projekt do opracowania etc. Kiedy mam to robić? Az się prosi, aby to
      było do południa,kiedy normalni ludzie zazwyczaj pracują. Ja do
      południa robię zakupy, sprzątam, gotuję obiad, załatwiam sprawy w
      urzędach. Potem biblioteka, wykłady. No i wracam do domu wieczorem.
      Chciałabym popracować- i co słyszę? Że znowu siedzę przed
      komputerem! Obiad sam sie robi, i inne sprawy tez się same
      załatwiają... Pytanie- czemu nie pracuję przed południem? Bo jakoś
      tak jestem zboczona, że wydaje mi się, że obiad warto przygotować
      jak mąż i syn wracają ze szkoły, i że łatwiej ogarnąć mieszkanie,
      kiedy oni w nim nie przebywają...

      • natalinka100 Re: Druga strona... 05.11.08, 13:26

        Wiele miesiący temu podjęłam decyzję o rozstaniu- znane jest mi
        uczucie braku zaufania do mnie, bycia sprawdzana, posądzaną o
        zdrade, posiadanie internetowych kochanków, cieszenie się z każdego
        mojego potknięcia, przygaszania sukcesów, robienie wymówek z powodu
        kolejnego wyjazdu na sympozjum ("a musisz?"). Nie chcę być nadal
        niewolnicą, tłumaczyć się z każdej rozmowy, każdego maila. Nie chcę
        mieć sprawdzanych rozmów na komórce czy smsów, bo nie zasługuję na
        takie traktowanie. Gdybym chciała zdradzić, mój mąż na pewno o tym
        by sie nie dowiedział.

        Miłość do męża prysła wiele lat temu. Zabiła ją chora zazdrość o
        wszystko, co mnie dotyczy. Teraz chcę tylko odzyskac wolność.
        Nie będzie to szybka sprawa, bo za kilkanaście tygodni mąż wyjeżdża
        na 8 miesięcy poza Polskę. Kolejny raz.

        OD prawie roku mieszkamy w zasadzie oddzielnie (mąż pracuje w innym
        mieście), jest nam z synem bardzo dobrze- dogadujemy się, mamy
        wszystko poukładane, spędzamy razem sporo czasu i jego nam jakoś nie
        brakuje. Może dlatego, że nie był ani ojcem, ani mężem.

        Jutro, z kontekstu Twojej wypowiedzi dla mnie wynika, że Twoja żona
        jest w tym samym położeniu, co ja. Niestety.
        • young-and-bored Re: Druga strona... 11.11.08, 19:22
          No cóż - jaki naród takie i jego intelektualne elity, heh... smile)
      • cosmopszczolka Re: Druga strona... 11.11.08, 21:45
        Co lepsze, gotowy obiad i posprzątane mieszkanie, czy żona i matka
        wieczorami dyspozycyjna dla swojej rodziny?. A może jednak, ktoś
        woli aby było mniej posprzątane, bo pracowałaś rano i żebyś miała
        jednak czas być i porozmawiać wieczorem?smile.
        • nangaparbat3 Re: Druga strona... 11.11.08, 22:19
          W dawnych czasach zatrudniano tzw. gosposię.
          Teraz to sie zrobilo okropnie niemodne, zachodzę w glowę nad przyczynami.
    • nangaparbat3 Marks (Karol) wszystko wyjaśni 11.11.08, 22:26
      Pamietacie może - że o wszystkim decyduje poziom rozwoju środkow produkcji? A
      bardziej chyba ogolnie mozna powiedziec - poziom technologii.
      Jak czytam najrozniejsze wypowiedzi, mnostwo żon i mezów (że juz nie wspomnę o
      singlach, rozwodnikach i czarnych wdowach) prowadzi intensywne zycie erotyczno
      lub przynajmniej flirtowo -internetowe. Przyszło mi do glowy, ze zaspokaja ono
      jakas potrzebe marzenia, snu na jawie, jest odskocznią od codzienności - tą samą
      jaką dawniej byla lektura książek. Dawniej panie zaprzątaly myśli Longinusem
      Podbipietą czy Rettem Butlerem, dzisiaj maja do dyspozycji panow nieco bardziej
      interaktywnych, bo w sieci. Ale w sumie chodzi o to samo - tyle tylko, ze z
      Longinusem sfinalizowac by sie nie dalo, zeby nie wiem co - wiec i malzonek mogl
      spac spokojnie.
      Ale w sumie jedyna zasadnicza różnica jest czysto techniczna, i tyle.
      • leptis ... 12.11.08, 07:28
        Dzien Dobry Nango

        Milo ze sie wreszcie odezwalas.
        Co do meritum Twojego postu. Moja opinia; ulegasz sieciowemu zblazowaniu
        lub po prostu prowokujesz swoim postem.

        Jeszcze raz powtarzam. Liczy sie tylko czlowiek. Tylko i jedynie.

        Przywolujesz bohaterow literackich i zachwycajace sie nimi realne, prawdziwe Panie.

        W sieci pisza ludzie. Realne Panie zaprzataja sobie mysli Realnymi Panami.

        To nie jest fikcja literacka wymieszana z zyciem.
        To jest reralne zycie.

        serdecznie i cieplutko pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka