useless00
07.12.08, 21:25
Niby wszystko jest jak chciałam: w końcu się wyprowadziłam 300 km od m., znalazłam pracę, mieszkanie, które wprawdzie zżera mi 3/5 pensji, ale jest ciepłe, w dobrym punkcie miasta, Mały ma swój pokój i szkołę nieomal po drugiej stonie skrzyżowania. Wszystko załatwiłam sama. Pomogli przyjaciele, który oddali mi wiele rzeczy od kołdry po kubeczki, bo wyszłam ze wspólnego mieszkania z czterema torbami. Powodów do zmartwień mam wiele, ale przynajmniej wiem, ze jeśli coś zawalę będę sama sobie winna, a nie jak dotąd winna jego i moich grzechów. A mimo to czuje się źle. Mam już dość tego, zdziwienia wszystkich dookoła: ..ty to masz odwagę, ...no nie spodziewałem się, ...a jak ty sobie poradzisz sama. Albo teksty m. : odeszłaś więc sobie radź (chodziło o pieniądze na dziecko), ciągłe podkreślanie że nie mam siać nienawiści (bez podstaw). Ja wiem że to wszystko skrótowo, ale mam wrażenie że wszystko opiera się na zasadzie: cierp ciało czegoś chciało. Nie mam sił. A jeszcze rozwód i podział majątku. I znów oskarżenia, żem pazerna, wyzyskiwacz. M. twierdzi, że to wszystko jego. A moja pensja, a moje dbanie o dom?
Przepraszam, niedzielny wieczór, dziecko śpi, a ja siedzę i płaczę.