04.05.09, 05:28
Jestesmy kilkanascie lat malzenstwem,raz bylo lepiej,raz gorzej.Dzieci sa
prawie dorosle,tzn jedno jest,a drugie tuz,tuz przed.Po coz wiec pisze na tym
forum?Bo mam problem...zakochalem sie.Brzmi moze smiesznie lecz dla mnie jest
to sytuacja z ktora nie potrafie sobie poradzic.Mysle o rozwodzie lecz
przeraza mnie swiadomosc,ze moje dzieci potepia moja decyzje.Zal mi takze
zony,bo mam dla niej duzy szacunek.Nie potrafie jednak wyrzucic z serca
uczucia do drugiej kobiety,ktora nie naciska,nie pogania,tylko czeka.Czy moge
budowac zwiazek,kosztem wlasnej rodziny?Zapewne nie.Czy jednak moge oszukiwac
siebie i zone,gdy w sercu pustka?Gdy sa tylko wspomnienia?Stoje teraz na
srodku i spogladam raz w jedna,raz w druga strone.Czuje odpowiedzialnosc za
swoich bliskich,za rodzine i spedza mi to sen z powiek.Jednak jak sobie
poradzic,gdy czlowiek tak bardzo kocha?Druga kobieta ma dziecko,jest po
rozwodzie.Boje sie relacji z jej nastoletnim dzieckiem,bo nie odpowiada mi
jego sposob zachowania,a jednak nie potrafie sie od niej oderwac.Jestesmy jak
uszyci na miare dla siebie...
Obserwuj wątek
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 07:10
      pewnie cokolwiek zrobisz,będziesz żałował,odchodząc skrzywdzisz rodzinę ,chcą
      wrocić do żony ,nie wrocisz już do tej samej rzeki.
      Sprobuj skoku na głęboką wodę ,idź sam na terapię ,lub co wyda ci się najpierw
      straszne ,ale w rezultacie pomocne i rodzinie i tobie ,idźcie razem z żoną ,może
      nie wszystko jest stracone.Pomożesz i sobie i jej ,jeśli nawet i żona zrozumie
      ,że (powiedzmy) wasz związek nie ma sensu .Nie działaj pochopnie.
      Trzy lata temu przeżyłam to samo ,a gdy mąż chciał wrocić ,ogolnie rzecz biorąc
      ,nie było sensu.
      Dzieci skrzywdzisz ,bezsprzecznie.Czy uniesiesz taki ciężar ? Tam też nie
      będziesz miał raju,teraz tak to widzisz ,poźniej zobaczysz więcej - drugą
      stronę medalu.
      Swoją drogą kobiety ,ktore przeżyły rozwod ,robią innej to co im zrobiono.
      I licz się z odrzuceniem przez dzieci,przynajmniej na początku.
    • ona_37 Re: Rozwod? 04.05.09, 08:40
      vstrom-10 napisałsuspiciousBoje sie relacji z jej nastoletnim dzieckiem,bo nie odpowiada mi
      > jego sposob zachowania,a jednak nie potrafie sie od niej oderwac.Jestesmy jak
      > uszyci na miare dla siebie...< __Każda miara z czasem się zmienia (wymienia..)to Twoja następna.Temat bardzo szeroki,żona wie że ją oszukujesz? Jeśli nie i tak się z czasem dowie.Ty jesteś zauroczony a nie zakochany,to przemija i zostaniesz na "starość" sam.Nie zdajesz sobie sprawy co niesie za sobą rozwód w Twoim przypadu.Obserwując ludzi doszłam do wniosku że idą z deszczu pod rynne....I nigdy nie przyznają się co tak na prawdę czują,udawają zadowolonych szczęśliwych.Po za tym decyzja należy do Ciebie nikt nie zna dokładnie Twojej sytuacji ani Twojego życia.
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 08:52
      dodam od siebie jeszcze ,że nie wierzyłam ,gdy terapeutka mowiła mi ,że i tam w
      tym raju nie ma raju ,bo jak to moj pan i władca tak mogł się mylić ,bo
      przejechał buldożerem po całym swym,to chyba tylko dla wiecznej szczęśliwości
      ,teraz ja go nie chcę, tamto szybko się skonczyło ,on żebrze o wsparcie u
      dzieci,a smutki zapija a to winem ,to koniaczkiem .
      • vstrom-10 Re: Rozwod? 04.05.09, 13:46
        Nie jest to zauroczenie,trwa to rok,a kazdy dzien przynosil cos nowego,uczylismy
        sie siebie nawzajem.Strach przed odrzuceniem przez dzieci,poczucie
        odpowiedzialnosci(nie bylem idealnym ojcem ale i nie najgorszym),strach przed
        rozpoczynaniem wszystkiego od nowa i obawa przed krytyka,dotad uwazany bylem za
        porzadnego czlowieka.Zona jest dobrym czlowiekiem,coz moge jej jednak dac w
        przyszlosci,gdy dzieci odejda?Dwoje ludzi zyjacych ze soba,lecz jakby obok
        siebie...Wiem,ze szczescia nie mozna budowac kosztem nieszczescia innych.Ja to
        naprawde wiem i rozumiem,ale...To straszne gdy czlowiek w takiej sytuacji spotka
        kogos,z kim tak bardzo chcialby byc,kto jest wlasnie taki,jak byc
        powinien...tiny54,bardzo madrze piszesz,lecz jak walczyc z wlasnym sercem?
        • kasper254 Re: Rozwod? 04.05.09, 14:28
          Wiesz, vstrom, może trzeba zmienić krawca, jak tak zbyt dobrze do
          siebie pasujecie? To grozi szybkimi mdłościami i nudami...I w
          drugiej Twojej kwestii - uczyć się ponad rok i ciągle coś
          nowego ...mhm! a może nauka zbyt oporna lub uczniowie zbyt tępi,
          albo też na lekcjach myślą o dyrdymałach? Serce to tylko kawał
          mięsa, wiem, bo miałem w ręku. Ale pewnie Twoje jest drogocenne, z
          diamentów i boisz się, że walcząc o nie, porysujesz. Nie gniewaj się
          stary, ale obok motylków w brzuchu jest coś takiego jak
          odpowiedzialność za partnera, bo i starość czeka, a z nią problemy,
          niezbędna pomoc i inne duperele. Porzucisz żonę jak stary kapeć -
          czuje pismo nosem; dorabiasz legendę...Jest także odpowiedzialność
          za dzieci i wnuków, których nie można ot,tak sobie wrzucić na
          dowolną krę dryfującą po falach.
          Na porządnego mi Ty nie wyglądasz, chyba że umiesz się tak
          kamuflować, jak przed znajomymi. Przy następnej "miłości" poznam Cię
          lepiej i rozgryzę ten diament.
        • tricolour Poczucie odpowiedzialności... 04.05.09, 16:15
          ... jak ono wygląda wobec mozolnego budowania nowego związku przez rok? Czy
          powiedziałeś żonie o kochance skoro masz poczucie odpowiedzialności? Na czym
          polega poczucie odpowiedzialności gdy się zdradza żonę?

          Nie potrafisz zaakceptować zachowania dziecka kochanki. Jak rozumiesz w takiej
          sytuacji poczucie odpowiedzialności gdy założysz drugą rodzinę?

          "To straszne gdy czlowiek w takiej sytuacji spotka kogos..." - jaki CZŁOWIEK?
          Jakiś obcy? Nieznajomy? Skoro masz poczucie odpowiedzialności, to dlaczego nie
          piszesz o sobie samym w pierwszej tylko w trzeciej osobie- "on".
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 14:28
      dlatego wspomniałam o terapii, bo być może oboje zrozumiecie z żoną ,że wasz
      związek nie ma szans ,lub ma ,tego nie wiecie,to zależy.
      To co chcesz zrobić ,to jedno ,ale skoro piszesz o szacunku do żony ,należy jej
      się uczciwość ,i danie jej szansy na jak najdelikatniejsze rozstanie.
      Może sprobuj sam iść do specjalisty,dobry pomoże .
      Teraz nie dość ,że ją okrutnie oszukujesz ,a jak to boli ,to zdradzane osoby
      wiedzą i dochodzą do siebie długo,to nie pamietasz ,że być może romans to jedno
      ,a pożycie na codzien "w papilotach" to zupełnie inna sprawa.
      Prawo przewiduje rozwody ,bywa i tak ,ale co zrobisz gdy i ta miłość pęknie jak
      banka mydlana.Moja rywalka przez ponad dwa lata "wyciągała" mego barana ,a po
      pół roku stwierdziła ,że to nie to ,teraz rozbiła kolejne małżenstwo,co dalej
      jej sprawa,ale...rok w związku a w romansie ,to dwie rożne rzeczy.
      • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 14:35
        i jedno jeszcze dopiszę,kobieta ,z ktorą masz romans ,wie że masz żonę ,i pcha
        łapy po cudze ,wiedząc co robi innej ,dobrze powiedziałes ,że na cudzej
        krzywdzie szczęścia się nie buduje ,sprobuj ...może będziesz wyjątkiem,i tej
        drugiej ,gdy minie szał miłosny za lat kilka powiesz to samo - teraz cię tylko
        szanuję.
        Prosta droga do zgorzknienia.
    • kicia031 Re: Rozwod? 04.05.09, 14:45
      czyli podsumowujac:

      pukasz kochanke od roku, oklamujac zone i kosztem czasu poswiecanego
      jej i dzieciom
      kochanka bardzo laskawa cie nie ponagla
      chcesz zamieszkac z kochanka i jej dzieckiem, ktorego nie
      akceptujesz wszystko to dla dobra zony, ktorej nie chcesz skrzywdzic
      bezmilosnym malzenstwem

      ale jestes przyzwoitym czlowiekiem i jakze bardzo zakochanym.
      Mam propozycje - po prostu powiedz to wszystko zonie, a przestaniesz
      miec dylemat co robic, bo dostaniesz takiego kopa, ze odlecisz na
      ksiezyc, pozostawiajac zonie swoje doczesne dobra.
      • vstrom-10 Re: Rozwod? 04.05.09, 15:45
        Dziekuje za komentarze,daja duzo do myslenia.Piszac na tym forum,chcialem
        podzielic sie tym co mnie boli,z czym sobie nie radze,a takze spotkac osoby
        ktore doswiadczyly czegos podobnego.Czlowiek uczy sie przez cale zycie.Nie boje
        sie krytyki,na pewno nalezy mi sie.Nie jestem ze szkla,ani z krysztalu,wazna
        jest dla mnie forma...Nie lubie po prostu chamstwa.Wydaje mi sie,ze trafilem na
        strone ludzi z problemami,chcacych pomoc,nie na strone kibicow
        pilkarskich?(kicia031,kasper254)
        • tricolour Forma jest ważna? 04.05.09, 15:53
          To napisz jaką formę stosujesz wobec własnej rodziny?
        • kicia031 Re: Rozwod? 04.05.09, 21:28
          Nie boje
          > sie krytyki,na pewno nalezy mi sie.Nie jestem ze szkla,ani z krysztalu,wazna
          > jest dla mnie forma...Nie lubie po prostu chamstwa.

          Bardzo jestes delikatny i wrazliwy. Dam ci rade - jak nie lubisz chamstwa, nie
          zachowuj sie jak cham wobec najblizszych, a juz zwlaszcza nie sprowadzaj
          kobiety, ktora ponoc tak bardzo kochasz do roli do ktorej ja sprowadziles.

          Nie przecze, ze forma jest wazna, ale gowno nie bedzie woniec kwiatami tylko
          dlatego, ze je nazwiesz perfuma.
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 16:03
      widzisz ,kibice nie kibice ,oni mowią dosadnie (kicia ) co inni ubiorą w
      delikatniejsze słowa.
      Nie chciałbyś słuchać ,jak będzie rozpaczała twoja żona ,dziś się sama dziwię
      ,że tak można rozpaczać i kląć ( skąd to pochodziło wiem po terapii) jak ja
      wtedy ,mieć takie myśli jak wtedy i powiem ci,że z tą wiedzą i świadomością
      ,ktorą mam teraz nie walczyłabym o takiego dupka jak moj były ,dostałby kopa ,i
      wcześniej doszłabym do siebie.
      Teraz kiedy masz odchowane dzieci i czas na samorealizację ,zabawiasz się w
      piotrusia pana.
      Nie chce mi się wierzyć w twoją dojrzałość emocjonalną ,czytając twego posta
      miałam wrażenie ,że to moj karakuł odezwał się ,bo tak niedojrzale jesteś
      "rozterkowany".Choć rozumiem wahania spowodowane krzywdą jaką ewentualnie
      wyrządzisz rodzinie ,ale co tam ,rozwody są w modzie ,dwa życia ,trzy życia ,no
      problem.Żeby można było nie pamiętać,a to się nie da,cholerne sumienie.
      Musisz się liczyć z tym ,że niektore neksie zrobią wszystko by odciągnąć cię od
      dzieci ,a mają rożne sposoby.Zapytaj się jej ,czy weźmie cię z całą twoją
      przeszłością ,pozwoli na zabieranie dzieci do siebie ,na urlopy ,na kupowanie im
      prezentow ,jak zabezpieczysz dzieci na przyszłość.
    • karolina331 Re: Rozwod? 04.05.09, 16:40
      Masz typowy syndrom andropauzy, czyli zwykłe wahania wieku średniego.
      Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie ma w tym nic nowego.
      Nie wypracowaliście sobie z żoną przez te wszystkie lata prawdziwej
      bliskości, przywiązania, oddania, odpowiedzialności za siebie
      nawzajem i teraz masz/macie dylemat.

      To nie jest tylko Twoja wina, Twoja żona ma w tym swój znaczący
      udział. Zajęta dziećmi i codziennością, zapomniała, że jesteś
      mężczyzną, który będzie chciał jeszcze raz w życiu zapolować.
      Zapomniała, że należą Ci się jeszcze miłość, seks, szaleństwo i
      tańce do rana.

      Zostaniesz z żoną - to będziesz się pewnie nadal spotykał z
      kochanką, będziesz nadal okłamywał żonę, dorosłe dzieci, całą
      rodzinę (swoją i kochanki) i siebie także.
      Będziesz bardzo nieszczęśliwy, zaczniesz mieć w końcu pretensje o
      straconą szansę do... żony (zgodnie z męską logiką - rozumiem i nie
      dziwię się).
      Odejdziesz i zwiążesz się z kochanką - cóż. Wejdź na
      forum "macochy", a zobaczysz, jak potrafią obrzydzić życie
      nowemu "tatusiowi" cudze dzieci, ile kosztują, jakie mają fochy,
      wymagania i co na to ich matki.
      Często taki związek kończy się szybkim rozwodem. Ale nie musi.

      Jeśli naprawdę kochasz i jesteś pewien, że dasz sobie radę ze
      wszystkim: rozwodem ze swojej winy, alimentami na studiujące dzieci,
      alimentami na żonę, kaprysami dziecka kochanki, problemami kochanki
      z jej byłym mężem i z alimentami na jej dziecko, sądami, adwokatami,
      kontaktem z dziećmi, wreszcie nawet z... dziedziczeniem po Tobie -
      to odejdź od żony.

      Odejdź, ale tak, jak prawdziwy mężczyzna odejść powinien: zostaw
      żonie WSZYSTKO.
      Zobacz, czy kochanka przyjmie Cię w jednej koszuli i ze szczoteczką
      do zębów w reklamówce (bo walizkę też zostw żonie). Nie szarp się z
      żoną o meble, mieszkanie, plazmę, auto, lokatę.
      To NALEŻY SIĘ Twojej rodzinie, która porzucasz.

      Jeśli kochanka Cię kocha, zgodzi się zaczynać z Tobą wszystko od
      zera. Musi mieć też ona świdomość, że będziesz płacił jeszcze długo
      spore alimenty na własne dzieci, a na żonę - być może do końca jej
      życia. I, że jesteś ojcem, a więc trzeba będzie jakoś poukładać
      stosunki pomiędzy wszystkimi uczestnikami dramatu.

      To ucziwsze, niż życie w kłamstwie.
      Może jeszcze będziesz szczęśliwy.
      Kto wie?
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 16:55
      troche i do Karoliny ,sorry ,ale dlaczego piszesz ,że żona zapomniała zajęta
      dziećmi i całym tym kramem, o szalonych nocach ,teatrach etc.
      O tym powinni pamiętać oboje,co nie znaczy ,że tylko autor wątku jest bez winy,o
      ile tu mowa o winie .
      Przyjemności i obowiązki to raczej na pół.
      Natomiast co do sposobu odejścia ,pełna zgoda.Rujnując komuś marzenia ,powinno
      się zadośćuczynić.Ba ,łatwo powiedzieć .Pośrednio ja nie godząc się na
      zaharapanie majątku przez łowczynię posagow doprowadziłam rozpad związku typu
      Romeo i Julia (to nie żart ,tak powiedział moj eks odchodząc ,jesteśmy jak Romek
      i Julcia - faktycznie- brak kasy = rownał się brakowi miłości)
      • karolina331 Re: Rozwod? 04.05.09, 17:49
        Tiny, z całym szacunkiem, ale ja napisałam, że wina leży po obu
        stronach w sytuacji opisanej przez tego pana.
        Po tylu latach pozornie dobrego pożycia często do takich sytuacji
        dochodzi (że pan sobie znajduje młodszą kochankę) i każda para
        powinna się na to przygotować.

        Przykro mi, że tyle smutnych rzeczy musiałaś w życiu przejść.
        Nie znam Twojej sytuacji, nie oceniam Cię.
        • dede43 Re:Vstrom 04.05.09, 18:42

          Mam propozycje - po prostu powiedz to wszystko zonie, zaproponuj
          godziwe alimenty, zlikwiduj wspólnotę małżenską, przepisując wszystko na żonę, a
          potem weź szczoteczke do zębów i poprostu sie wyprowadź. I to nie do kochanki, a
          do wynajetego (lub kupionego )mieszkania. Tam zacznij mysleć.
          • vstrom-10 Re:Vstrom 04.05.09, 19:23
            Nie znalazlem sobie mlodej dziewczyny,przeciwnie,jest kilka miesiecy starsza.Ja
            takze myslalem,ze nic takiego mnie w zyciu nie spotka,nie szukalem.Nie bylo
            najlepiej,ale bylo i bylem pewien,ze tak ma pozostac.Ta milosc przyszla nagle.I
            nie jest latwo,bo jednak trudno jest skreslic te kilkanascie lat.Czesto
            serce,bierze gore nad rozumem,wlasnie dlatego napisalem tutaj,by komus o tym
            powiedziec.Jest lzej.Nie szukam tutaj rozwiazania,nie szukam gotowej odpowiedzi.
        • rybak Re: Rozwod? 04.05.09, 19:03
          O kurczę! Karolcia - tym razem masz rację!
          smile
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 19:17
      na rozwod karolina nie da się przygotować ,jeśli się tego nie chce ,nade mną nie
      ma co się użalać ,ja tylko na swoim ,i nie tylko ,przykładzie piszę co sądzę o
      tej sytuacji.
      Teraz vstrom ma problem ,na szczęscie nie ja .Sytuacja jakich wiele ,co nie jest
      zabawne ,dla tego co to przeżywa.Jedyna pociecha ,że tak czy inaczej ,ale kiedyś
      się skonczy.
      • karolina331 Re: Rozwod? 04.05.09, 19:59
        Droga Tiny! Kobieta więcej potrafi znieść, niż myśli, że zniesie.

        W związku trzeba się liczyć ze wszystkim: śmiercią ukochanej osoby,
        oszustwem, rozwodem.

        I zawsze lepiej jest liczyć na siebie, niż na litość (?) lub wyrzuty
        sumienia naszej do niedawna ukochanej połówki.

        Ty te
    • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 20:31
      bo kobieta to takie bydle ,że uniesie każdy krzyż ,ktory wystrugali niecni
      mężczyźni.Mi na dzwiganie szkoda już czasu.
      Poza tym co ja dzwigam ,to moja sprawa, teraz przydzwigałam kota ,i nic więcej
      nie dźwigam odkąd luby dał mi wolność.
      Nawet nie wiedziałam jaką przysługę mi zrobił,a co się naklęłam to moje.
      Ważne jest te tam "to zależy" ,jeśli autor tego wątku da swojej żonie rozwod
      ,nie wiadomo kto na tym lepiej wyjdzie ,a to zależy czy jest dupkiem czy nie ,a
      tego to my już nie wiemy.
      I nie mow do mnie ,czy i co mam dzwigać.
      • karolina331 Re: Rozwod? 04.05.09, 21:22
        Tiny, ja w ogóle nie mówię o Tobie i o Twijej sytuacji.
        Nie chcę się z Tobą kłocić, bo podchodzę do Ciebie ze zwykłą, ludzką
        życzliwością, a Ty się najeżasz.
        Serdecznie pozdrawiam Twojego Kota.
        • tiny54 Re: Rozwod? 04.05.09, 21:28
          hej to fajnie ,ja się nie najeżam ,co najwyżej droczę się z Tobą ,uzupełniam
          niedopowiedziane ,i nic a nic nie mam Ci za złe ,a swoją drogą gdzieś tam
          wtrąciłaś słowko o mnie ,nic nie ma złego w naszej rozmowie ,poza drobnymi
          roznicami wynikającymi z takiej formy kontaktu.
          My tu gadu gadu a chłopina ma dylemat.Pozdrawiam
    • plujeczka Re: Rozwod? 04.05.09, 21:54
      a mnie to sie takie miłosci podobaja ,niby z nienacka no bo z nieba
      ta miłość spadła, niby niezobowiazująca bo kochanka nie ponagla,
      niby szanuje zonę a kocha kochanke.Ma dorosłe odchowane dzieci a
      bierze sie za wychowanie pasierba, który go na dokładkę nie lubi.I
      co najwazniesze wciaż po roku ! ma ocym rozmawiać z kochanka no
      znaczy sie rozwija ie pod jej skrzydłami lub jak kto woli u jej bpku
      a u zony nie.oT CIEKAWE usprawiedliwienie swoich niecnych
      czynów+radzę jak inni, weź chłpie walizke i to mała, szczoteczke do
      zebów,konta przepisz na zone i goły i wesoly idż do
      kochanki....koniec moze byc ni do pozazdrosczenia. A propos zonie
      juz dzisiaj powiedz, ze jej nie kochasz, kobita ochłonie i kto wie
      moze złozy rece do Boga ,ze ją od takiego "milutkiego i porzadnego
      meza " uwolnił.
    • useless00 Re: Rozwod? 04.05.09, 21:59
      Ktoś tu powiedział: powiedz żonie, a ona wyrzuci Cię na kopach. Ale czy to aby nie jest przerzucenie całego ciężaru decyzji na Bogu ducha winną kobitę? No, bo nasza "siwiejaca głowa" pozbędzie się w sposób prosty i przyjemny dylematu. On zrobi tylko to co powiedziała małżonka. Na nią zrzuci odpowiedzialność za swoje błędy. Jej zrujnuje życie, na zawsze pozbawi poczucia bezpieczenstwa, spokoju.

      Jeśli jest Mężczyzną przez wielkie M (taki rara avis), podejmie decyzję w sobie i będzie sie jej trzymał, bez względu na konsekwencje. Łącznie z tą, że na stare lata może zostac sam i z opinią tego, co to kiedy glowa siwieje to d... szaleje.

      Poza tym rozważanie tego dylematu na forum, gdzie piszą osoby skrzywdzone w ten sposób w jaki chcesz skrzywdzić swoją żonę zakrawa na masochizm. Niestety nie spodziewaj się głaskania po głowie, gotowych odpowiedzi, recept na życie. Idziesz do celu bez mapy - nikt ci tu jej nie da.

      .... zakochałem się - to stwierdzenie mówi wiele. Przecież żonę też kiedyś kochałeś i byłeś w stanie zrobić dla niej wszystko. Powtarzamy słowo kochać jak mantrę, a ono pozostaje nic nie znaczącym słowem. Dopiero nasze życie je napełnia treścią. A zakochanie to tylko reakcja chemiczna i hormony. Mija jak grypa - i jak ona kładzie do łóżka. Tylko różne bywają powikłania.
      • adela38 Re: Rozwod? 04.05.09, 22:47
        Zakochanie a milosc to dwie rozne sprawy.Byc moze w zonie kiedys byles
        zakochany, ale napewno jej nie kochasz.Zakochales sie ponownie i jest to dla
        ciebie druga mozliwosc... mozliwosci zatroszczenia sie by nie zmarnowac tego
        uczucia, pielegnowac je by moglo przerodzic sie w milosc i by trwala ona do konca...
        Tak naprawde to musisz sie zastanowic czego chcesz w zyciu.Masz 100% racji, ze
        dzieci odchodza ty zas zostaniesz ...z kim? Czy chcesz zycia u boku zony?
        Drugiego zycia miec nie bedziesz, mlodszy tez nie bedziesz, byc moze twoim
        bledem byl zwiazek w ktorym teraz jestes i teraz masz mozliwosc cos zmienic w
        swoim zyciu...
        Nic jednak nie jest darmo.Mysle, ze powinienes sie na cos zdecydowac.Jesli
        naprawde kochasz ta kobiete to badz uczciwy- wobec niej(nie stawiaj jej w
        pozycji kochanki) i wobec zony.Bo teraz trzymasz zone w uludzie i wpedzasz ja w
        lata... a ona byc moze tez by byla szczesliwsza z kims innym niz ty...
        • tiny54 Re: Rozwod? 05.05.09, 07:12
          jeśli facet wytrzymał kilkanaście lat z żoną ,to raczej nie była to pomyłka ,a
          zwykłe zaniedbania doprowadziły do romansu jak w wielu takich razach ,i pewnie
          raczej na pewno jest to przypadek siwiejącej głowy,zresztą kochanki dziecko też
          odejdzie i zostanie z ukochaną ,po kilku latach miłość wystygnie....,no chyba
          ,że ona się zakocha na nowo w nowiutkim .Tak jak w grze komputerowej -trzecie
          życie ,a może czwarte.W sumie typowa historia.

          • aron95 Magnesy 05.05.09, 08:45
            Do nich przyrównam Twoją sytuację .
            Stary odpycha bo naladowany ładunkami ujemnymi przez problemy dnia codziennego a nowy przyciąga bo wolny od problemów .
            Tylko po czasie biegunowość może się zmienić , nowy nie sprosta trudom
            i zacznie odpychać a stary będzie przyciągał bo jakoś sobie lepiej radził . Tylko że będzie za późno bo stary do Ciebie naładował sie ujemnie .

            I jeszcze jedno ;
            Kobieta zdecydowała sie na romans z żonatym ?!
            Już mi sie nie podoba
            • dorata351 Re: Magnesy 05.05.09, 09:03
              Może sie zdecydowała, bo lepiej się czuje gdy chce czegoś , czego
              inna też jeszcze chce. To ją dowartościowuje. Ale jak biedaczek
              bedzie na wyłączność, to moze sie znudzi.
              Jak mnie wkurzają takie ofiary losu jak autor watku. Taki
              wspaniały , uczciwy, nie jego wina, zakochał się. Ty wiesz chłopie
              co to znaczy kochać? Przestań się nad soba użalać, bądź facetem ,
              przyznaj się, że ci palma odbiła, jedna ci się znudziła, to
              znalazłeś sobie drugą i zrób coś, a nie czekaj aż żona rozwiąże
              twoje dylematy. Tchórz i tyle, ze też kobiety rajcują takie
              pokrzywdzone osobniki.
              • luciva Re: Magnesy 05.05.09, 09:59
                Ciekawi mnie, co autor, jesli odejdzie od zony do kochanki, powie za
                kilkanaście lat?
                Czy historia się powtórzy? Duże szanse na to.......
                Gdzieś przeczytałam, że faceci którzy zmieniają kobiety, tak
                naprawdę nie mają problemów w związkach (które rzekomo są przyczyna
                odejścia). Oni mają problemy sami ze sobą.
    • tiny54 Re: Rozwod? 05.05.09, 09:30
      bo niektore kobiety rajcuje wyrywanie żonatego ,więcej emocji ,a do tego wzorują
      się na zachowaniach rodzicow.Kiedyś tam tata szalał ,ktoś mi zabrał tatusia
      ,podświadomy? rodzaj zemsty .Zdobyty - mniej wartościowy ,trzeba znowu gonić
      kroliczka.
    • dziecko-zdrajcy Fundujesz swoim dzieciom to samo 05.05.09, 17:28
      Dokładnie takie same dylematy jak Ty przezywał mój tatus 3 lata temu. 20 lat po ślubie z mamą, siostra i ja prawie pełnoletni. Kochanka kilka lat od nas starsza. Tatuś zakochał sie znienacka, wcześniej zawsze zapewniał nas o miłości i przywiązaniu. Zamieszkał z nią. Zaczął sie dramat:
      Mama na psychotropach, siostra po próbie samobójczej ląduje w psychiatryku, ja zawalam szkołę, ( narkotyki- w które uciekłem) , kochanka ma sie dobrze. Ludzie z firmy z którymi pracował tato przestali mu ufać- stracił stanowisko. Z dochodu 10 000 zł miesięcznie został tysiąc. Alimenty dostała tylko siostra. W czasie rzadkich spotkań tato na nasz widok płacze i nie wygląda na szczęśliwego. Po roku czasu chciał wrócić do domu - ale my już nie chcemy zdrajcy który zniszczył naszą rodzinę. Nie wiem czy kiedykolwiek przestaniemy czuć ból.
      • triss_merigold6 Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 05.05.09, 19:45
        Wy czyli kto? Decyzja o próbie odtworzenia małżeństwa należy tylko i
        wyłącznie do Twoich rodziców, jeśli matka uzna, że chce i warto to
        dzieci nie powinny się wtrącać między wódkę a zakąskę.
        • dziecko-zdrajcy Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 05.05.09, 21:17
          My czyli rodzina. Mama uznała że nie chce i nie warto, my jesteśmy
          tego samego zdania. pozdrawiam z miedzy wódki a zakąski wink


          • nangaparbat3 Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 05.05.09, 21:30
            Nie zgodzic sie na powrót to jedno, a hodowac w sobie złosc i pogardę to
            zupełnie co innego.
            • dziecko-zdrajcy Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 06.05.09, 07:39
              gdzie Ty widzisz hodowanie złości i pogardy? Pisałem o bólu i
              cierpieniu. Rodzina nie odrodzi sie ze zgliszczy jak feniks. Zaufanie
              i poczucie bezpieczeństwa przepadło bezpowrotnie.
              • nangaparbat3 Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 06.05.09, 20:51
                dziecko-zdrajcy napisał:

                > gdzie Ty widzisz hodowanie złości i pogardy?

                Widzę w słowach, jakimi mowisz o ojcu.
                Nazywasz swoje uczucia bolem - wierzę, to boli, ale mimo ze sama bylam porzucona
                żoną, poczulam sie zmrozona sposobem, w jaki piszesz o ojcu.
                Od jego odejscia minely lata - juz czas, żeby zacząc patrzec na niego samego i
                wydarzenia z roznych perspektyw. Zawieszanie sie na poczuciu krzywdy obraca sie
                przede wszystkim przeciwko tym, ktorzy mu ulegaja.
      • kasper254 Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 05.05.09, 21:40
        Mądrze piszesz, synku. Rozumiesz to, czego nie rozumieją ci niby-już
        dorośli ludzie. Rodzina to miliony różnego rodzaju związków
        instytucjonalnych i pozainstytucjonalnych. Kto podejmuje decyzję o
        odejściu od męża/żony, odchodzi od dzieci i wnuków i innych
        krewnych, niweczy wszystko. Tym niby-juz dorosłym wydaje się, że ze
        swoim "szczęściem"/"miłością" są na bezludnej wyspie, na której są
        tylko oni - nowo-objawieni, szyci na miare,jak autor postu.
      • lima Re: Fundujesz swoim dzieciom to samo 07.05.09, 11:00
        Lawina negatywnych wydarzeń to nie skutek tylko jego odejścia... ale też obraz
        tego jak chora była wasza rodzina i relacje w niej.
        I nadal koncentrujecie się na masochizowaniu się bólem i zatrzymywaniu tego bólu
        i nienawiści w sobie , zamiast stwierdzić np "beznadziejny typ poszedł w cholerę
        to i dobrze, a my i tak będziemy żyć dalej bez niego", albo "zrobił straszną
        głupotę ale przez 20lat był mi ojcem" .
        Najgorsze, gdy porzucony małżonek uzna za jedyny sens swojego dalszego życia
        bycie nieszczęśliwym z powodu rozstania, a odchodzący odchodzi jak złodziej i
        unika spotkań, nikt nie wytłumaczy dzieciom, wtedy dzieci nie mają alternatywy,
        negatywnie ładowane emocjonalnie między dwoma nieszczęśliwymi rodzicami.
    • triss_merigold6 Re: Rozwod? 05.05.09, 19:16
      Podoba mi się zwłaszcza fraza, że zakochanemu bidusiowi nie
      odpowiada sposób zachowania nastoletniego dziecka (syna) kochanki.
      Jesli razem zamieszkają zapewne nie będzie mu się podobać jeszcze
      bardziej.
    • nangaparbat3 Re: Rozwod? 05.05.09, 19:56
      Uszyci dla siebie na miarę - tylko te dzieci jakoś zawadzają, tak?
      Nie wroze wam dobrze - Ty z poczuciem winy, konflikt miedzy Toba a Jej
      dorastajacym dzieckiem, moze Twoja z dzieckiem rywalizacja o nią, w tle zona,
      ktorą sam czujesz - krzywdzisz.
      A jak wyprowadzisz sie z domu, to gdzie zamieszkasz?
      • teuta1 Re: Rozwod? 05.05.09, 22:36
        Kochanka mojego męża była przekonana, że jestem jakąś niewiarygodną
        dziumdzią, którą interesuje tylko szybka spłata kredytu
        mieszkaniowego ( swoją drogą nie widzę w tym nic złegowink. Co wie o
        Twojej żonie Twoja kochanka? I w momencie gdy wyrzuciłam męża z domu
        i można go było wziać do siebie i ratować, okazało się, że ten
        wspaniały facet nie chce z nią zamieszkać. Przestraszył się dwójki
        dzieci i obowiązków. A potem zrywał z nią, przychodził do nas, ona
        brała psychotropy. Teraz są razem, ale wygląda to na rodzaj
        splecienia ze strachu przed samotnościa. Dzieci - mają żal do taty.
        Ex w chwilach szczerości pozwala sobie na komentarze nt własnej
        głupoty. Nie widzę tam szcześcia. Weź poprawkę na to, że od drugiej
        osoby spodziewamy się dostać nadzwyczaj dużo - zwykle tego, czego
        nam jeszcze z dzieciństwa brakuje. A nikt dorosły nie jest w stanie
        dać tyle ofiarnosci, bezwarunkowej miłości i nieprzerwanie dobrych
        chwil, co rodzic. A jemu tez, ku żalowi naszych dzieci, często
        brakuje cierpliwości. Spotkania z dreszczykiem zawsze będą ciekawsze
        niż znajoma żona przewracająca sie w tym samym od lat łożu
        małzeńskim. Seks ten sam, obiady, schematy zachowań... A może zrób
        sobie wolne od kochanki i zamiast marudzić, że wy z żoną zawsze już
        tak w nudzie i marazmie, zorganizuj wam miesiąc zmian? Wyrwij sie z
        tego kręgu żona fu, kochanka cacy, i spróbuj potraktować żonę jak
        kochankę. W nowe związki włazimy ze starymi nawykami. Trzeba
        niewiarygodnej pracy, żeby sie ich pozbyć. Chyba że kochanka
        zaakceptuje wszystkie.
    • julka1800 Re: Rozwod? 06.05.09, 00:22
      Jak uszyci na miarę powiadasz...
      Hmmm dla mnie to ledwie fastryga i to niechlujnie wykonana, gdyby to
      byla prawdziwa sztuka krawiecka, to mieszkalibyscie razem od roku,
      znałbys jej syna a przede wszystkim pozałatwiał swoje osobiste
      sprawy.
      Garnituru nie widziałes na oczy, ledwie jego zarys, a juz wiesz ze
      Ci sie podoba.

      Sorry jesli moj komentarz ukuł Cie w serdeczny palec.
    • tiny54 Re: Rozwod? 06.05.09, 01:06
      ciekawa jestem gdzie się podział autor wątku.
      Może urzęduje na forum kochanki ?
      Prawie jak piwo bezalkoholowe .Prawie jak miłość...
    • dorata351 Re: Rozwod? 06.05.09, 08:48
      Bo on tu zrozumienia szukał. Potwierdzenia, że skoro taki z żoną
      nieszczęśliwy, to niech zostawi ją w cholerę i pójdzie za głosem
      serca, czy czego tam chce. A tu kicha, pojechali po nim jak po burej
      suce, chyba nikt nie współczuł, nie utwierdzał, że zasługuje na
      szczęście.
      Oj, oj, Wy bezduszni.
    • ravny Re: Rozwod? 06.05.09, 09:34
      a w żonie nie byłeś zakochany przed ślubem?
      co to jest miłość? kilkumiesięczne motylki w brzuchu do prawie-nieznajomej?
      co TY sam zrobileś z miłością do swojej żony? kiedy ostatnio rozmawiałeś z nią o
      miłości o uczuciach, kiedy odezwałeś się do niej ciepło a nie obojętnym
      burknięciem? Czy myslisz, że gdybyś tak samo jak żonę na co dzień traktujesz -
      potraktował kochankę, to ona by chciała z tobą być i czuła miłośc?
    • tiny54 Re: Rozwod? 06.05.09, 16:09
      może dopełnieniem dylematu były by wypowiedzi innych założycieli nowiutkich
      rodzin,szczere do bolu ,jak to u nich było w dalszym ciągu .Fakt ,że w sumie
      bardziej cierpią te ktore odniosły sukces w wyrywaniu faceta z objęć niedobrej żony.
      • ravny Re: Rozwod? 06.05.09, 16:27
        Tiny, to trochę myślenie życzeniowe by tym drugim źle się działo. Nie wiesz jak
        kto tam cierpi i z jakiego powodu.
        Przypuszczam, że te, które ślepo się zaduzyły nie przyjmując do wiadomości, że
        ktoś kto zdradza i sam się rozwieść nie chce albo tak jest strachliwy, że sam
        nie wie co robić i czeka az któras kobieta za niego problem załatwi oszukując
        tak naprawdę obie to kiepski kandydat do związku, potem maja za swoje bo
        codzienność z nim bedzie skrzeczec. A jeśli któraś chciała kasy i przez wyrwanie
        cudzego męża dorwała się do jego kasy to cierpi raczej mniej.
        • vstrom-10 Re: Rozwod? 06.05.09, 19:41
          Nigdzie sie nie schowalem,jestem.Po prostu pracuje i nie zawsze mam czas,by
          zajrzec na te strone.Zapewne wielu z was powie,a raczej napisze,ze to nie z
          powodu pracy brakuje mi czasu,lecz dlatego,iz prowadze podwojne zycie.No
          coz...Wlasciwie to powinienem wam podziekowac,jest wiele prawdy w tym co
          napisaliscie i daje to na pewno duzo do myslenia.Problem w tym,iz zastanawiam
          sie,ze jesli juz jestem dupkiem,to jakie znaczenie ma,czy jestem dupkiem z
          wyrzutami sumienia i niemoznoscia przekreslenia(jednak),od razu tych lat
          spedzonych razem z zona?Czy moze jednak powinienem byc dupkiem,ktory sie nie
          zastanawia,tylko zmienia,nie patrzac na konsekwencje?W jednej czy drugiej
          sytuacji,dupek pozostanie dupkiem.Czy mozna byc szlachetnym dupkiem?Czytajac
          wasze wypowiedzi zastanawialem sie,czy majac tak malo informacji,wiedzac tak
          niewiele,mozna tak jednoznacznie ocenic problem jakiegokolwiek czlowieka?W
          waszej ocenie pewnie tak,ja jednak bym sie nie odwarzyl.Moze jedna osoba lub
          dwie wspomnialy w swoich wypowiedziach o mozliwosci ratowania malzenstwa,ze byc
          moze warto?!Domyslam sie ile pomyj wylejecie teraz na mnie,po tym co
          napisalem,bo domyslam sie,ze los musial was bardzo skrzywdzic,iz wylewacie z
          siebie tyle zolci.Nie jest to zlosliwosc z mojej strony,uswiadamia mi to
          jednak,ze moja zona moglaby w ten sam sposob reagowac,a tego bym nie
          chcial.Warto byc wsrod ludzi,bo mamy okazje wtedy przyjrzec sie sobie...Nie mam
          majatku,na ktory lecialaby kochanka;nie jest kilkanascie lat mlodsza,wrecz
          przeciwnie;nie widujemy sie codziennie,poniewaz pracuje poza Polska;sex z zona
          jest atrakcyjniejszy.Dopadlo mnie uczucie z ktorym nie potrafie walczyc,dlatego
          stoje na rozdrozu,kocham dwie kobiety...Czy to glupie?Byc moze.Kto z was przezyl
          cos podobnego?Jesli tak jest,to wie jakie to uczucie,nawet jezeli wydaje nam
          sie,ze uczucie do kochanki to milosc...Jedna osoba napisala o tym,bym zmienil
          swoje relacje z zona,by dac sobie szanse i za to jej dziekuje.Dziekuje wam
          wszystkim za wypowiedzi,sa dla mnie bardzo cenne.Nie staralem sie odgryzc w tej
          wypowiedzi,naprawde.To byla dobra lekcja.Pozdrawiam
          • mariefurie Re: Rozwod? 06.05.09, 20:01
            vstrom-10 napisał:

            Czytajac
            > wasze wypowiedzi zastanawialem sie,czy majac tak malo informacji,wiedzac tak
            niewiele,mozna tak jednoznacznie ocenic problem jakiegokolwiek czlowieka?

            Jak widzisz,- można.
            Punkt widzenia, jak widzisz, zalezy od punktu siedzenia. Banał.
            Ale Dla jednych jest bardzo istotna strona praktyczna relacji (skoro już
            jestesmy małżeństwem, to bądźmy do końca. Nieważne, czy się odzywamy raz na
            tydzien, czy wcale wcale), dla innych - wazne sa emocje.
            I nie ma co dywagować, kto tu jest ten "lepszy". Bo faktycznie, sytuacje (i
            powody odejścia) sa bardzo rózne, ale wszyscy i tak sa skłonni do wyrównania Cie
            wg jednego schematu: stara zona-dzieci odchowane-kochanka- rozwód- (ew. nowe
            malżeństwo).
            Jakby to wszystko było takie proste, to to forum po prostu by nie istniało. A tak...
            ..Rozważ co Ci tu powiedziano, ale kieruj się w zyciu sercem i głową. Lub
            odwrotnie- wg predyspozycji wink.
          • tricolour Jedno słówko... 06.05.09, 20:10
            ... na bazie cytatu: "Domyslam sie ile pomyj wylejecie teraz na mnie,po tym co
            napisalem,bo domyslam sie,ze los musial was bardzo skrzywdzic,iz wylewacie z
            siebie tyle zolci".

            To nie jest forum ofiar gradobicia czy nieszczęśliwców, którym wiatr strącił
            dachówkę na głowę. To nie jest forum osób pokrzywdzonych PRZEZ LOS. To jest
            forum osób pokrzywdzonych (ale nie tylko, bo są także sprawcy) przez małżonków -
            przez najbliższych z najbliższych.

            Nie dziw się zatem reakcjom adekwatnym do Twoich poczynań.
          • vibe-b Re: Rozwod? 07.05.09, 19:38
            Czytajac
            > wasze wypowiedzi zastanawialem sie,czy majac tak malo
            informacji,wiedzac tak
            > niewiele,mozna tak jednoznacznie ocenic problem jakiegokolwiek
            czlowieka? Kto z was przezy
            > l
            > cos podobnego?


            Alez Twoj problem to nie jest "jakis problem jakiegokolwiek
            czlowieka" tylko jeden z najstarszych problemow swiata, majacy
            tysiace lat. I tak typowy i tak banalny i tak przewidywalny i tak
            patetyczny ze az rece opadaja. Tobie wydaje sie, ze jestes
            pionierem, ze przecierasz szlaki...?

            "Dopadlo mnie uczucie z ktorym nie potrafie walczyc" piszesz.
            Bezwolny jak lisc na wietrze, miotany to tu to tam..."sa ludzie z
            kamienia, sa ludzie z papieru" pamietasz ten utwor? Nie jestes skala
            na ktorej mozna sie oprzec , jestes strzepem papieru. Wlasciwie to
            zycze Twojej zonie zeby jak najszybciej przejrzala na oczy i
            strzepnela ze swoich ramion ten papierowy strzep, bo nie zasluguje
            na takie traktowanie nawet jesli sie zrobila "nudna". Czy ona jest
            swiadoma Twojego oszustwa? Tyle ludzi Cie tu o to pytalo, nigdzie
            nie widze Twojej odpowiedzi, wiec biore to za dyplomatyczne
            potwierdzenie, ze zona nic nie wie.
            No i musze przyznac ze nie moge zniesc Twojej osoby, tak urazonej
            tymi niepochlebnymi komentarzami, podczas gdy Ty sam czynisz jedna z
            najpodlejszych rzeczy jakie mozna uczynic komus, kto kocha. Nie moge
            zniesc Twojego obruszenia ze zostales skrytykowany, podczas gdy ty
            jestes zdrajca. Jestes nieznosny, jestes jak mucha ktorej
            wielogodzinne brzeczenie doprowadza do furii.
        • tiny54 Re: Rozwod? 06.05.09, 20:58
          do ravny - prostuję ,bo nie pisałam o myśleniu życzeniowym by im źle się działo
          ,a jedynie to ,że kochanki ,osoby rozbijające małżenstwa cierpią z powodu ocen
          społecznych ,może nie jest tak w każdym przypadku .
          Wszystkie tutaj wypowiedzi ,nawet te łagodniejsze ,są pewną krytyką obojga
          kochankow,gdy do tego trzeba udzwignąc pręgierz na codzien ,w realu ,wściekłego
          dzieciaka i wszelkie inne rafy nie koralowe ,robi się nie fajnie.
          Gdy robiono badania ,kto częściej popełnia samobojstwo z powodu owego pręgierza,
          czy porzucony partner czy kochanek/kochanka ,wynik wskazywał na tych drugich .
          Czyżby miłe złego początki ..
          Co nie znaczy ,że ta druga miłość to zawsze tylko przelotny romans.
          A jeśli jak piszesz ktoś ma kasę ,a myśli ,że ta druga leci na jego piękny umysł
          ,a ta druga leci na kasę ,to o ile na początku ma co chciała ,i jest fajnie ,to
          gdy sprawa się rypnie ,może nie być już tak fajnie

    • fightmore Re: Rozwod? 06.05.09, 20:57
      a mnie zastanawia jak można powiedzieć, ze kocha się dwie kobiety i tą drugą nie
      jest matka ani córka... nie można. kocha się tylko raz tą miłością prawdziwą i
      jaka by ona nie była jest tylko raz. chyba, że się nie natrafiło na tę
      jedną-prawdziwą. w każdym razie wiem jedno. gdy się kogoś naprawdę kocha, to się
      tego kogoś nie rani, nie oszukuje i nie zdradza.... chce się tylko szczęścia. na
      co skazałeś swoją żone?? dzieci? to się nazywa egoizm! coś mi w związku nie
      pasuje więc usprawiedliwię skok w bok czymś szlachetniejszym: miłością -
      zakochaniem. żałosne jak dla mnie. i co warta jest taka miłość, która za sobą
      niesie jedynie zło i cierpienie??
    • kami_hope Vstrom-10 06.05.09, 22:56
      Doświadczanie miłości jest możliwe w każdym wieku. I nigdy nie brzmi
      ona śmiesznie. Kiedy głębokie uczucia stają się ofiarą
      nieprzychylnych uwag i złośliwości, są obiektywizowane, urealniane –
      tylko ostatni ignorant może uważać je za komiczne! – wówczas
      pozbawione swego zdrowego, naturalnego spokoju ducha miotają się jak
      ryby na powietrzu aż umrą i wyschną.
      Masz absolutne prawo do decydowania o samym sobie. Jeśli już teraz
      (w wirtualnym świecie) zostałeś zaatakowany, możesz spodziewać się
      dalszych ataków, spotkasz rywali, zazdrośników… Masz szansę na
      sukces, ponieważ przystępujesz do walki z korzystnej pozycji (a
      Twoim orężem jest miłość, a im bardziej czyste to uczucie, tym
      większa siła). Staraj się być zręcznym i czujnym. Rozpoznaj
      dokładnie sytuację w jakiej jesteś. Przeanalizuj wszystkie
      dostrzegalne problemy i te, które są przewidywalne.

      Nie zapominaj, że o Twoim życiu decydujesz TY sam!
      (Innych zawsze to boli. Zwykliśmy używać określenia „kochany/a”
      wobec tych, którzy spełniają nasze oczekiwania, żyją tak jak my
      chcemy, posiadają cechy, które lubimy lub łatwo akceptujemy. Kiedy
      jednak ktoś zapragnie uczynić coś według swojej woli, mówimy o nim:
      egoista, bezduszny, zły, etc.)

      Krzywda – jest aktem bezpośrednio wymierzonym w dobro czyjejś osoby.
      Rozstanie – jest decyzją wynikającą w własnej woli (względem siebie!
      Zaś pośrednio względem innych - tych, którzy notabene nie mają
      prawa własności nad drugim człowiekiem). Nie jest ani dobre, ani
      złe.
      Poczucie skrzywdzenia u innych, powstałe w wyniku czyjejś decyzji
      dotyczącej własnego życia, to już inna historia… Jest wielka różnica
      pomiędzy poczuciem skrzywdzenia, a krzywdą.
      • tricolour Mam tu pod ręką... 06.05.09, 23:17
        ... "Filozofię wolności" Rudolfa Steinera. Z niej niektórzy w latach 30 zeszłego
        wieku wysnuli wniosek, że mając "absolutne prawo do decydowania o samym sobie"
        mogą spalić kilka milionów ze względu na należny Lebensraum.

        "Jest wielka różnica pomiędzy poczuciem skrzywdzenia, a krzywdą" - tak
        szczególnie gdy jeden czuje krzywdę, a drugi ją zadaje.
        • kami_hope Re: Mam tu pod ręką... 06.05.09, 23:47
          Tri, trudno mi polemizować tu na forum. Powodem oczywistym jest
          ograniczona forma wypowiedzi. Tym bardziej, że nad wypowiedziami
          konstruowanymi w takim stylu, jak Ty zaprezentowałeś, najzwyczajniej
          w świecie nie mam ochoty się pochylać.
          Ale aby choć nieco dać Ci zadość…
          Przemyśl sobie zagadnienie dotyczące „subiektywnych
          odczuć/uczuć/ocen”. Spotkałeś pewnie ludzi, którzy noszą w sobie
          ogromne poczucie skrzywdzenia, podczas gdy obiektywnie nie
          zaistniała sytuacja relatywnie krzywdząca. A także przeciwnie –
          często ludzie, którzy byli autentycznymi ofiarami np. przemocy, nie
          odczuwają dotkliwie poczucia krzywdy, a czasem wręcz czują się
          odpowiedzialni za zadaną im krzywdę (np. syndrom ofiary).
          Tri, nie ma dwóch podobnych sobie ludzi, nie ma dwóch identycznych
          sytuacji. A ludzie mądrzy muszą umieć spojrzeć poza oczywistość,
          która wręcz może się narzucać.
          Reguła jest taka… pogląd się zmienia, w miarę nabywania wiedzy.
          • nangaparbat3 Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 00:01
            Kami, jesli czlowiek ma żone, dzieci, zyje z nimi, z tą żona z satysfakcja
            uprawia seks - a jednocześnie ma kochanke i w planie odejscie do kochanki, to
            obiektywnie zupelnie krzywdzi.
            To nie znaczy, ze w pełni intencjonalnie - tu juz bym rozumiala pewne zawahanie.
            Ale krzywdzi - to nie jest tylko "subiektywne poczucie bycia skrzywdzoną" przez
            żone.
            • kami_hope Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 00:17
              Jak wspomniałam... różnimy się!

              Ja np. (jeśli postawię się na miejscu owej żony) nie mogłabym znieść
              myśli, że mąż jest ze mną z poczucia obowiązku, litości i in. Dla
              mnie krzywdą jest życie z w związku, w którym (najzwyczajniej) nie
              ma miłości (choćby był czyn podyktowany nie wiem jak wielkim
              poczuciem obowiązku, szlachetności, poświęcenia...) - to więzienie!

              Zasady są człowiekowi potrzebne. Nie zaprzeczam im. Jednak, człowiek
              (ja) tworzy zasady, aby nadać swojemu życiu kierunek (w wielkim
              uproszczeniu). Wyznaczony kierunek jednak nie może stanowić o woli
              człowieka. Powtórzę – człowiek tworzy zasady, a nie zasady tworzą
              człowieka.
              • tricolour No to jest problem... 07.05.09, 00:29
                ... gdy człowiek raz ma takie zasady, a raz przeciwne. Wtedy to nie są zasady
                tylko chorągiewka, która majta się jak wiatr zawieje.

                I tak robi nasz kolega, który ma żonę i kochankę i nie wie - biedaczek - co
                zrobić. No bo jakoś z trudem mu przychodzi wybór tylko jednej kobiety na stałe.
                • kami_hope Panta rhei 07.05.09, 23:11
                  >... gdy człowiek raz ma takie zasady, a raz przeciwne.
                  Nie wiem do czego odnosi się ta myśl (bo ani do wątku głównego, ani
                  do moich słów).

                  > Wtedy to nie są zasady tylko chorągiewka, która majta się jak
                  wiatr zawieje.
                  Ale jeśli Ty w ten sposób, to ja Tobie tak:
                  Tylko świnia nie zmienia poglądów.
                  Wszystko płynie. Świat się zmienia. Z jednej strony postęp, z
                  drugiej regres. Jak nazwać postawy (poglądy, zasady) niedostosowane
                  do rzeczywistości?

                  Tri, chcesz tkwić w martwych przekonaniach? Ja Ci tego nie bronię.
                  Nie oceniam.
                  O jedno proszę, nie broń innym (nie potępiaj) iść do przodu.

                  >I tak robi nasz kolega, który ma żonę i kochankę i nie wie -
                  biedaczek - co zrobić. No bo jakoś z trudem mu przychodzi wybór
                  tylko jednej kobiety na stałe.
                  Tak, trudno mu przychodzi. I będzie szło jeszcze trudniej, bo
                  zamiast wsparcia otrzymuje bezkonstruktywną krytykę.
                  (Ponoć ironia/sarkazm/cynizm są pewną formą agresji – czy to nie
                  Twoje słowa?)
                  Ja nie pochwalam sytuacji w jakiej się znalazł Vstrom-10. Staram się
                  zrozumieć. Pomóc. Wspierać… Potrafisz dostrzec różnicę?
                  • tricolour To nie są moje słowa... 07.05.09, 23:31
                    ... "ironia/sarkazm/cynizm są pewną formą agresji" = nigdy czegoś takiego nie
                    napisałem, bo tak nie jest.

                    Aluzja jest formą agresji, bo to przekroczenie granic prawie cichcem. Ironia nie
                    jest cichcem, ani sarkazm ani cynizm - są bardzo jawne i odnoszą się do zachowań.

                    A co do mojego komentarza do Twojej wypowiedzi - wiesz tu rzadko się zdarza taka
                    beznamiętna i bezrefleksyjna wypowiedź, że żona to dobrze, kochanka też dobrze,
                    zdrada też dobrze, dzieci w kącie też dobrze... itp.
                    • kami_hope Re: To nie są moje słowa... 08.05.09, 00:15
                      Fakt, rzadko się "zdarzają" podobne do moich poglądy.
                      (refleksyjne)

                      Częściej czytamy: "bij, zabij!"
                      (namiętne)

                      Ja nie odnoszę się pozytywnie do sytuacji, kiedy energia (wspomniana
                      przez Ciebie "namiętność") wykorzystywana jest w sposób destrukcyjny.
                      Szukam rozwiązań, dzięki którym siła będzie wykorzystana w jak
                      najbardziej twórczym kierunku. Zależy mi aby ten proces zachodził w
                      pokojowych warunkach.

                      Być może o aluzję chodziło. Przyjęłam do wiadomości. Dziękuję za
                      odpowiedź na pytanie.
              • chalsia Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 00:52
                > człowieka. Powtórzę – człowiek tworzy zasady, a nie zasady tworzą
                > człowieka.

                a mówisz ludziom "dzień dobry", "przepraszam", "proszę" ? Zabijasz
                ludzi? Albo kradniesz?
                Innymi słowy - człowiek tworzy zasady ale też zasady tworzą
                człowieka.
                • tiny54 Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 07:43
                  krzywda jest aktem wymierzonym bezposrednio w dobro czyjeś osoby - tak napisała
                  kami .A co ma zamiar zrobić autor wątku ,w imię swojej wolności krzywdzi na ten
                  czas swoją żonę i dzieci - bezpośrednio .Niechże w imię tejże wolności postąpi
                  uczciwie.
                  Filozofia kami hope źrodło ma w nowomodnej papce psychologicznej.W słowo można
                  ubrać wszystko,zapominając ,że ma się prawa ,ale i obowiązki ,jeśli się wchodzi
                  w relacje z innymi ludźmi to jakoś tak jest.
                  Jeśli już wszystko jest względne ,to o ile w pierwszej chwili osoba porzucona ma
                  poczucie krzywdy ,najczęściej w dalszym ciągu to ona ma się lepiej po ogarnięciu
                  się z powodu dania jej wolności, przed ktorą tak się broniła.
                  Kierując się egoizmem ,jako drogą do wolności można się przejechać w pustkę.
                  • mariefurie Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 08:27
                    tiny54 napisała:

                    > krzywda jest aktem wymierzonym bezposrednio w dobro czyjeś osoby - tak napisała kami .A co ma zamiar zrobić autor wątku ,w imię swojej wolności krzywdzi na ten czas swoją żonę i dzieci - bezpośrednio .Niechże w imię tejże wolności postąpi uczciwie.


                    Tutaj juz nie ma rozwiązania, które by kogoś ze stron nie krzywdziło.
                    Jezeli zrezygnuje z przyjaciółki - to ja skrzywdzi, i sam również będzie odczuwał to poczucie krzywdy (że musiał, choć nie chciał,-zrezygnować z miłości). Jeśli zostawi rodzinę - to skrzydzi rodzinę, a sam niekoniecznie będzie szczęśliwy.
                    Rozczulił mnie wręcz tekst: "zakochałem się". trochę to tak, jak przychodzi maly chłopczyk do mamusi i mówi: mamusiu, podarłem spodenki.
                    Tylko ze żona, to nie mamusia. a Ty synkiem nie jesteś, aby przyjść z pochylona glową i powiedzieć swojej żonie - zakochałem się. I o ile mamusia synkowi zawsze wybaczy, do zona - niekoniecznie.
                    Zastanawiasz się, czy mozna kochać dwie kobiety. Może i można. ja w każdym razie znam taki "przypadek", ktory w ciągu jednego dnia potrafił dwom kobietom powiedzieć - kocham cię. Może nawet i nie kłamał, kiedy tak mówił. Więc może Ty tez tak masz. w końcu podobno poligamiczność lezy w naturze człowieka wink
                    Tylko co z tego wynika? Ano to, ze tak czy inaczej trzeba decyzję podjąć i ...wybrać, jak na odpowiedzialnego mężczyznę przystało.
                    I oczywiście, być gotowym do poniesienia konsekwencji swojego wyboru, a nie - obarczać konsekwencjami ofiary Twoich wyborów.
                    • fightmore Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 08:43
                      jak czlowiek a konkretniej w tym wypadku facet ma jakieś wartości w życiu to
                      zanim rozepnie rozporek przed inną kobietą to się 10 razy zastanowi!!! jak ja
                      usłyszałam od cżlowieka który ponoć mnie kochał dla którego byłam najważniejszą
                      osobą w życiu i mówił mi to często, że kocha już inną to tak jakby mi całe życie
                      runęło w czelusci piekła. wszytskie słowa przez lata naszego małżeństwa okazały
                      się kłamstwem. i też uslyszałam zdania " a można kochać dwie kobiety?"

                      kiedy zakłada się rodzinę nie mozna już myslec o sobie tylko. wtedy jestesmy
                      odpowiedzialni za kazdego członka naszej rodziny. a konsekwencje naszych
                      postepowań ponoszą wszyscy, a w szczegolnosci dzieci.

                      filozofia filozofią każde postępowanie można nią usprawiedliwiać i ubierać w
                      piękne szaty z wielkich słów. ale powiedzcie mi czy to zaspokoi nasze sumienie?
                      kiedyś w każdym z nas sie ono odezwie...

                      bardzo dawno temu moja przyjaciółka powiedziała mi jedno mądre zdanie, ze w
                      życiu wszystkie zlo jakie uczynimy innym wróci do nas kiedyś ze zdwojona siłą. i
                      coś w tym jest. nie chciałabym być w skórze żadnego faceta ani kobiety którzy
                      dopuścili się zdrady rodziny..
                • kami_hope Re: Mam tu pod ręką... 07.05.09, 23:25
                  Chalsia, z całym szacunkiem, gdzie tu mowa o zabijaniu i kradzieży?

                  Co ma wspólnego savoir-vivre z prawem o którym ja mówię ? Czy
                  naprawdę sądzisz, że człowiek wolny to cham i impertynent? Czy ja –
                  jako osoba propagująca ideę wolności, prezentuję chamskie zachowania?

                  • chalsia Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 00:12
                    > Chalsia, z całym szacunkiem, gdzie tu mowa o zabijaniu i kradzieży?
                    >
                    > Co ma wspólnego savoir-vivre z prawem o którym ja mówię ?

                    nie rozumiesz? Pisałas o zasadach. Savoir-vivre, 10 przykazań, itp to też
                    zasady. Które stworzył człowiek ale też i one tworzą człowieka - od małego
                    jesteśmy uczeni przestrzegania zasad i dzięki temu większość mówi "dziekuję",
                    nie kradnie i nie zabija.
                    • kami_hope Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 00:25
                      Jeśli żyjesz dla zasad, to Twój wybór.
                      Wolna wola jest - nazwę to - przywilejem wywyższającym człowieka
                      ponad inne istoty, stworzenia, dzieła. Skoro już dekalog
                      wspomniałaś, powiem, że ponoć nawet Anioł wolnej woli nie
                      otrzymał/nie posiada.
                      Dzieło nie może być wyższej wartości niż jego twórca (w przeciwnym
                      wypadku, ja pojmuję to jako absurd) - taka jest moja opinia.
                      • tricolour Zachłysnęłaś się tą wolnością... 08.05.09, 00:32
                        ... co wyraźnie widać.

                        Specjalnie się temu nie dziwię, bo to normalny etap neofity i też taki
                        przechodziłem z sześć lat temu. Na szczęście ten etap u mnie szybko minął i
                        przerodził się w normalne relacje społeczne.
                        • kami_hope Re: Zachłysnęłaś się tą wolnością... 08.05.09, 20:17
                          Neofita powiadasz? Toś mnie Tri rozbawił…

                          (wyszło na to, że Cię przeceniłam)

                          No i jak ja mam być dalej poważna (poważnie odnosić się do poważnego
                          problemu)?!
                          Ech! smile

                          W odniesieniu do postawionego przez Ciebie tematu: Co
                          zaproponowałbyś osobie zachłyśniętej wolnością?
                          • tricolour Mogę Ci zaproponować... 08.05.09, 20:29
                            ... byś jeszcze raz przeczytała słowa Nangi i Zdradzonej kierowane do Ciebie po
                            tym "wolnościowym" poście. Zgadzam się ze zdaniem naszych koleżanek, a nie
                            zgadzam się z Twoim podejściem do tego zagadnienia.

                            Nie zgadzam tym bardziej, że kiedyś - jak pisałem - sam wyznawałem taką
                            wolnościową teorię dopóki się nie zakochałem. Ujrzałem wtedy jak uwikłany jestem
                            w szereg zależności filigranowej konstrukcji, w których chcę tkwić, bo to
                            najlepsze, co mnie może spotkać. Jakbym stał w kryształowym salonie...
                            • mariefurie Re: Mogę Ci zaproponować... 08.05.09, 20:44
                              A to ciekawe... Fakt, ze moim zdaniem, kami nieco wyidealizowala "zagadnienie", ale mógłbyś przełożyć na ludzki język co znaczy:
                              "sam wyznawałem taką wolnościową teorię dopóki się nie zakochałem. Ujrzałem wtedy jak uwikłany jestem w szereg zależności filigranowej konstrukcji, w których chcę tkwić, bo to najlepsze, co mnie może spotkać. Jakbym stał w kryształowym salonie..."

                              Tak z ciekawości pytam, bo nie bardzo rozumiem te przenośnie i alegorie i metafory (czy tam inne jakie sofizmaty) jakich uzyłeś wink)
                              • tricolour Nie jestem mistrzem słowa... 08.05.09, 20:58
                                ... a teraz by się taka sprawność przydała...

                                To ma wymiar odpowiedzialności za dwoje, a może i więcej osób. Decyzje - kiedyś
                                podejmowane arbitralnie i tylko dla siebie - teraz są ważone, bo to, co tylko
                                dla mnie oznacza odebranie najbliższej osobie.

                                Ważne słowa mają wymiar wręcz materialny, bo wypowiedziane traktowane są niczym
                                kamienie milowe: klarowne i niezmienne.

                                Trudno mi o tym pisać, sorry.
                                • mariefurie Re: Nie jestem mistrzem słowa... 08.05.09, 21:14
                                  Kurczę, alez ja to rozumiem. I juz abstrahujując, czy to był troll czy nie. Załóżmy taki przypadek, jaki został opisany, dzieje się naprawdę.
                                  Ty - jesteś na INNYM etapie. Mój ex tez jest na innym etapie. Ja jestem na innym etapie. Masa exów i exii są na innym etapie. Bo TO przeszli, przeżyli na własnej skórze. Ze wszystkimi konsekwencjami.
                                  Jak dla mnie - ZAWSZE słowa miały wymiar wręcz materialny. I zawsze z tego powodu cierpiałam. Ale i tak swoje musiałam odcierpieć.
                                  Wierze, ze Ci trudno pisać, bo masz ex i masz dziecko. I x lat temu też Ci można było zarzucić to samo,("sam wyznawałem taką wolnościową teorię dopóki się nie zakochałem"), co zarzucasz trollowi-nie-trollowi-nieważne. Chodzi o zagadnienie w kazdym razie.
                                  O to chodzi!
                                  O tę właśnie perspektywę, którą sam we własnym zakresie, własna pracą, wysiłkiem, przeanalizowaniem, dojrzewaniem w zyciu - zmieniłeś/dokonałeś. Rozumiesz?
                                  • tricolour Trochę sprostuję... 08.05.09, 21:20
                                    ... gdy pisałem wcześniejszy post, to ex i dziecko ani na ułamek sekundy nie
                                    odwróciły mojej uwagi od Takiej Jednej.
                                    • mariefurie Re: Trochę sprostuję... 08.05.09, 21:26
                                      tricolour napisał:

                                      > ... gdy pisałem wcześniejszy post, to ex i dziecko ani na ułamek sekundy nie
                                      odwróciły mojej uwagi od Takiej Jednej.

                                      Nie szkodzi. Ale perspektywę zmieniłeś przy Takiej Jednej. A nie wtedy, jak
                                      miałeś rodzinę. Ani też wtedy, jak byłeś sam i napawałeś się tzw wolnością.
                                      Nie ma czego prostować.
                                      • tricolour No, ale nie rozumiem... 08.05.09, 21:38
                                        ... czy to jakiś związek z naszym trollem, którego ja akurat za trolla nie uważam.
                                        • mariefurie Re: No, ale nie rozumiem... 08.05.09, 21:44
                                          Nie, mi to jest obojetne czy to troll, czy nie.
                                          To miało związek z tym między innymi:

                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=94825199&a=95020567
                                          i z tym:
                                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=94825199&a=95057554
                                          Tylko tyle.
                                          • tricolour Aaa - rozumiem... 08.05.09, 21:47
                                            ... Kami jakoś tak pochwaliła swobodę w związku, że każdy może co chce i sam
                                            decyduje za siebie: chce zostać to zostaje, chce odejść, to odchodzi i wara
                                            rodzinie od suwerennej decyzji.

                                            Zmroziło mnie troszkę.
                                            • mariefurie Re: Aaa - rozumiem... 08.05.09, 21:57
                                              Chodziło mi o Twoje wypowiedzi, nie o Kami. (co do wypowiedzi Kami w tym watku,
                                              to swoje zdanie juz wyraziłam wczesniej)
                                              Ale rozumiem, ze nie ma juz co ciągnąc tego tematu skoro nastepuje odwracanie
                                              kota ogonem.
                                              Dla jasności. choć wydawało mi się ze we wczesniejszych postach dośc jasno
                                              napisałam.
                                              Ze punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. Taki banał.
                                              Cofnij się o 10-15 lat w swoim zyciu i przypomnij, co myslałeś, i jak, i o czym.
                                              I w jaki sposób rozumowałeś.
                                              A zreszta...nieważne. ok. Nie ma tematu.
                                            • kami_hope Re: Aaa - rozumiem... 08.05.09, 23:49
                                              Dlaczego Cię zmroziło Tri? Lęk przed odrzuceniem (porzuceniem)?

                                              Pozwól mi wytłumaczyć. Postaram się…
                                              Idea, na którą zwróciłam tu uwagę, nie wskazuje na „każdy może co
                                              chce” (może, ale nie w tak powierzchownym rozumieniu). Jeśli
                                              doświadczamy wielkiej miłości, takiej, która nas głęboko porusza i
                                              przenika, wówczas dobrowolnie „ograniczamy się” i w głębi serca
                                              decydujemy iść drogą z jednym konkretnym człowiekiem. Jednak – co
                                              podkreślam – to „ograniczenie” wynika z wolnej woli, a także z
                                              nieprzymuszonej woli partnera.
                                              Mnie osobiście zależy na – pozwolę sobie tak powiedzieć – duchowym
                                              partnerstwie. Związku dwojga równych ludzi, którzy wspomagają się
                                              wzajemnie. Różni się to nieco od stereotypowego małżeństwa, które ma
                                              na celu przede wszystkim zwiększenie szans na fizyczne przetrwanie
                                              (a tu nie zawsze partnerzy są sobie równi). Zgodnie z
                                              regułą „piramidy potrzeb” Masłowa, wszelkie moje podstawowe potrzeby
                                              są spełnione. Cóż więc dziwnego w tym, że mam potrzeby wyższe, więc
                                              i potrzebę kształtowania partnerstwa na wyższym poziomie?
                                              Ludzie zatracili pokorę. Brakuje w nas szacunku do drugiego
                                              człowieka. Traktujemy innych jak niewolników, torturujemy się
                                              nawzajem, upokarzamy…
                                              Kiedy człowiek czerpie energię z takiego duchowego partnerstwa
                                              (przepraszam, nie mam innego pomysłu na nazwanie tego o czym myślę),
                                              kształtuje nie tylko relację z drugim człowiekiem, ale również
                                              tworzy zasady współżycia oddziałujące szerzej – na daną społeczność.
                                              To nic innego jak decyzja o podjęciu świadomej ewolucji.
                                              Większość z nas życzyłaby sobie aby na świecie panowały miłość i
                                              współczucie. Jednak aby to się stało, samemu trzeba stać się osobą
                                              pełną miłości i współczucia. Chcemy aby świat był bardziej
                                              harmonijny, wybierajmy więc świadomie siły wprowadzające harmonię,
                                              zaczynając od siebie, tworząc relacje partnerską, wprowadzając
                                              harmonię między sąsiadami, itd.
                                              Chyba nie poznałeś tego o czym ja mówię, to też jako obce, kojarzy
                                              Ci się jako zagrożenie. Chcesz aby na świecie było mniej lęku?
                                              Pracuj nad własnym lękiem.
                                              Jeśli dany związek przejawia się w twórczej sile, nie istnieje
                                              potrzeba – no nie wiem? – porzucenia, zdrady, zabawienia się,
                                              wykorzystywania, manipulowania, przemocy, etc.

                                              Nie rozumiem tak dużego wyrazu dezaprobaty dla moich poglądów.
                                              Mówię o wolności, która w szerokim jej znaczeniu jest cnotą. Nie
                                              rozumiem ludzi, którzy wolni nie chcą być. Nie rozumiem intencji,
                                              które godzą w wolność innych. Tak już mam. Taka się urodziłam smile

                                              • tricolour To, co teraz napisałaś... 09.05.09, 00:13
                                                ... leży sto kilometrów od tego:

                                                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=94825199&a=94965407
                                                Poza tym tamta wypowiedź (do której podałem link) w kontekście posiadania żony i
                                                kochanki jednocześnie, w kontekście rozmyślania o rozwodzie brzmi - jak trafnie
                                                nazwała Nanga - niesmacznie. Niesmacznie dlatego, że facet okłamuje obie, a Ty
                                                mu dajesz nie tylko prawo, a wręcz popychasz do tego.
                                              • mariefurie Re: Aaa - rozumiem... 09.05.09, 00:20
                                                Kami, ja Cię doskonale rozumiem, I Twoje skróty myslowe jakie są i Twoją
                                                filozofię zyciową.
                                                I bardzo Cię lubię, naprawdę.
                                                Ale kurczę, za delikatna jesteś.
                                                Nie na dzisiejsze durne,kołowrotne, konsumpcyjne czasy.
                                                sciskam.
                                                m
                                                • kami_hope Re: Aaa - rozumiem... 09.05.09, 00:43
                                                  No przecież wiedziałam, że Ty rozumiesz Marie smile
                                                  To sympatia ze wzajemnością. Lubię Cię i szanuję bardzo.
                                                  Cóż pocznę? Taka już moja natura. Szczęśliwie nie jestem w tym
                                                  odosobniona. Doświadczam prawdziwie bliskich relacji z innymi
                                                  ludźmi – to cudowne! Chciałabym by inni mogli mieć udział w podobnej
                                                  radości. Oczywiście spotykam się także z totalnym niezrozumieniem,
                                                  czasem wrogością. Pozostawiam czas…
                                                  Ściskam.

                                                  • mariefurie Re: Aaa - rozumiem... 09.05.09, 00:44
                                                    smile)
                                                    Dobranoc.
                                                    m
                                              • nangaparbat3 Re: Aaa - rozumiem... 09.05.09, 00:22
                                                Niewiele wiesz o wolnosci, Wolnosc sie nie wywyzsza, w głowie naprawde wolnego
                                                czlowieka nawet nie postanie, by porownywac sie z innymi.
                                                Piszesz o miłosci i wspolczuciu, a mylisz milośc z fascynacją, a wspolczucie z
                                                litością.
                                                I strach pomyslec, co taka osoba jak opisywana przez Ciebie zrobi, kiedy jej
                                                duchowy partner nie bedzie sam w stanie zaspokoic swych podstawowych potrzeb -
                                                bo na przyklad zlamie kręgosłup, co sie zdarza.
                                                z jednym sie zgodzę - ze ludzie zatracili pokorę.
                                                Twój post jest najlepszym przykladem.
                      • chalsia Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 00:34
                        > wspomniałaś, powiem, że ponoć nawet Anioł wolnej woli nie
                        > otrzymał/nie posiada.

                        zupelnie oczywiste, został (ponoć) stworzony by wykonywać polecenia swojego szefa.
                        A żyję tak by być w zgodzie ze sobą czyli także z wyznawanymi przeze mnie
                        wartościami.
                        • nangaparbat3 Anioły 08.05.09, 14:19
                          co gorsza maja tylko jedna nogę - zeby było jasne.
                      • nangaparbat3 Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 14:18
                        A co Ty wiesz o "innych istotach" i ich woli, ze sie czujesz taka wywyzszona?
                        Co do "wolnej woli" - psychologia juz sie nie posługuje tym terminem, juz
                        wiadomo, jak bardzo jestesmy ograniczani w naszych wyborach. I jak malo mamy
                        powodów do samozadowolenia i wywyzszania sie.
                        Poza tym cala ta tyrada w kontekscie wątku o czlowieku, ktory uwiklal sie w
                        kkonflikt miedzy pozostanie z żona i dziecmi a porzuceniem ich dla kochanki,
                        brzmi z lekka niesmacznie.
                        • kami_hope Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 20:24
                          > A co Ty wiesz o "innych istotach" i ich woli, ze sie czujesz taka
                          wywyzszona?
                          Pierwsze zdanie odebrało mi ochotę do dalszej wymiany opinii (z Tobą
                          Nangaparbat3).
                          Nie rozmawiam na takim poziomie.

                          • nangaparbat3 Re: Mam tu pod ręką... 08.05.09, 23:28
                            Widze ze skłonnosc do wywyzszania sie najwyraxniej sie w Tobie rozwija.
                            Gratuluję.
                            I ciekawam, dokąd Cie zawiedzie.
                            • mariefurie Re: Mam tu pod ręką... 09.05.09, 00:26
                              Małgoś, no rany boskie, zlituj że się!
                              • nangaparbat3 Re: Mam tu pod ręką... 09.05.09, 00:38
                                Nie.
                                Jak Cie lubię, Maryś - nie.
                                • mariefurie Re: Mam tu pod ręką... 09.05.09, 00:39
                                  Odpuszczam.
                                  Net nie daje ludziom mozliwości porozumienia się. Wbrew pozorom.
                                  • tricolour To akurat zrozumiałe... 09.05.09, 00:50
                                    ... 7% treści przekazywanie jest przez tekst. Reszta przez gesty, mimikę, głos
                                    (tembr, szybkość, głośność).

                                    A tu tylko literki, a wszystkie równe, nawet kleksa nie można zrobić.
                                    • nangaparbat3 Re: To akurat zrozumiałe... 09.05.09, 01:13
                                      Ale literowke jak najbardziej smile
      • zdradzona37 kami-hope 07.05.09, 09:19
        kami_hope napisała:
        > Nie zapominaj, że o Twoim życiu decydujesz TY sam!
        > (Innych zawsze to boli. Zwykliśmy używać określenia „kochany/a”
        > wobec tych, którzy spełniają nasze oczekiwania, żyją tak jak my
        > chcemy, posiadają cechy, które lubimy lub łatwo akceptujemy. Kiedy
        > jednak ktoś zapragnie uczynić coś według swojej woli, mówimy o
        nim:
        > egoista, bezduszny, zły, etc.)

        No zaraz.... Tyle tylko, że wchodząc w kimś w relacje decyduje się
        także o drugim człowieku. Zainteresowany żeniąc się powziął pewną
        decyzję, i zobowiązał się do czegoś, co zalezy od niego- miłość,
        wierność i uczciwośc małżeńska. Dla mnie słowa przysięgi to nie jest
        tylko zwrot zwyczajowy, wypowiedziany, bo tak wypada, bo tak wszyscy
        mówią w takich chwilach! To jest zobowiązanie pod przysięgą! To on
        zobowiązał się, że zostanie przy boku swojej żony na dobre i złe, w
        zdrowiu i chorobie itp. Popatrzę "materialistycznie" na skutki
        takiej przysięgi:
        decyzja o przyjściu na świat dzieci---> żona znosi trudy ciąży, jak
        trzeba, to bierze L4 z pracy, potem ma macierzyński, czasami
        wychowawczy, jak chorują, to bierze zwolnienia. Traci na tym
        materialnie- w przyszłości, kiedy przejdzie na emeryturę. No i
        jeszcze inna sprawa- kobiety żyją dłużej, a więc emeryturę i tak
        będzie miała niższą, dodatkowo własnie przez płeć... Mężczyzna nie
        traci materialnie w tym aspekcie. Dlatego jeśli zobowiązał się do
        pozostania mężem tej kobiety, to jest to równoznaczne z tym, że ma
        wyższą emeryturę, na czym teraz żona będzie miała wyrówne straty,
        wynikłe z okresów nieskładkowych w jej zyciu, związanych z
        wychowywaniem (i ciążą, porodem) ich wspólnych dzieci. To jest taka
        transakcja wiążana. Tylko, że jeśli ktoś jest nieuczciwy, to
        wykorzystuje żonę odchodząc od niej bez spłaty tak zaciągniętego
        wobec niej zobowiązania.

        Przyrzeka się miłość wobec drugiej osoby i to zależy od nas samych!
        Jeśli ona mija, to znaczy, że nie pielęgnowaliśmy jej należycie, nie
        staralismy się, wygasła. Jeśli spotykamy kogoś, to jako dorośli
        wiemy, czym się może skończyć, jeśli pozwolimy sobie o jeden krok za
        dużo. Lojalność wobec drugiej osoby, której składaliśmy przysięgę,
        będzie nam nakazyłała nie przekraczać pewnej granicy. Czyli
        to "zakochanie" wynika bezpośrenio z tego, że NAWALILIŚMY.

        Siwiejącym panom, którym szaleje pewna część ciała pozostaje albo z
        pełną świadomnością unikać dwuznacznych sytuacji i dbać o więżi z
        zoną, albo... poddać się "zakochaniu", jednocześnie spłacając dług
        wobec zony.

        O sobie to się decyduje, jeśli jest się samym. Zainteresowany nie
        jest sam.
        BTW, mojemu też zaczęła siwieć głowa i nie ma zmiłuj- jak nabroił,
        niech placi.
        • mariefurie Re: kami-hope 07.05.09, 09:47
          zdradzona37 napisała:

          >
          > Siwiejącym panom, którym szaleje pewna część ciała pozostaje albo z pełną świadomnością unikać dwuznacznych sytuacji i dbać o więżi z
          > zoną, albo... poddać się "zakochaniu", jednocześnie spłacając dług
          > wobec zony.


          ja to widzę tak. jeśli facet chce koniecznie odejść, to niech zostawi wszystko dzieciom i zonie. właśnie tak. w ramach rekompensaty krzywdy i upokorzenia, zniszczonego zaufania i zniszczonej przyszlości.
          Odchodzi do kochanki - goły i wesoły. Żona zgadza się na rozwód, a on - zgadza się na przyjęcie na siebie winy. I wszystkie w związku z tym konsekwencje przyjmuje na klatę.

          On mowi, ze jego kochanka czeka i jest cierpliwa. Ok. Niech czeka. Tylko ze jej niedługo przestanie sie chciec czekać. I zacznie miec do niego pretensje, ze on goły i wesoły, a na chleb mieć trzeba.
          Mężczyźni w takich sytuacjach sa bardzo irracjonalni, w odróznieniu, wbrew pozorom, od kobiet. Tym bardziej, ze ta kobieta ma dziecko. Więc naturalnym jest, ze bedzie jej zależalo, aby zacząć coś budować razem, jakąś przyszlość. Również materialną. Zacznie być może naciskać, aby on nie zostawiał wszystkiego żonie i dzieciom, ze mu prawo daje duże mozliwości, aby mieć swój kawalek tortu.
          I wtedy zacznie się wojna. Zacznie się najgorsze, co może być. Zapomni się wtedy o przyzwoitości, uczciwości, początkowej chęci wyrównania krzywd poczynionych rodzinie itp. Bo kochanka z synem też powiedzą - my też coś musimy z tego mieć!
          Ciekawa jestem, co w takiej sytuacji zrobi nasz bohater.
        • kami_hope Re: kami-hope 08.05.09, 00:01
          >Tyle tylko, że wchodząc w kimś w relacje decyduje się
          także o drugim człowieku.
          Kiedy nawiązujemy relacje z drugim człowiekiem, odpowiadamy za
          RELACJE, jakość tych relacji… Jednak efekt tych relacji zależny jest
          od współdziałania obu stron. Przy czym każda ze stron zachowuje
          swoją AUTONOMIĘ (!).

          >Zainteresowany żeniąc się powziął pewną decyzję, i zobowiązał się
          do czegoś, co zalezy od niego- miłość, wierność i uczciwośc
          małżeńska.
          Ślubowania, przyrzeczenia… - do tego trzeba byłoby założyć oddzielny
          wątek. Powiem w skrócie: człowiek podejmuje się czegoś w określonych
          okolicznościach (uwarunkowany m.in. wiekiem, mentalnością,
          poglądami, statusem społecznym, materialnym, itd.) i jest w dobrej
          wierze dotrzymania zobowiązania. Nie zna przyszłości. Nie ma pojęcia
          o tym, że 'trzepot skrzydeł motyla może spowodować tajfun na drugiej
          półkuli Ziemi'. W końcu los przynosi kolejne doświadczenia. Rodzi
          się coś, co wcześniej nam się nawet nie śniło. No więc należy
          zaniechać życia, bo kiedyś w zupełnie innych okolicznościach złożyło
          się pewne zobowiązanie?

          I pytanie bezpośrednio do Ciebie. Czym według Ciebie jest
          małżeństwo? Dlaczego zawiera się związek małżeński w ogóle? Czy
          małżonkowie są dla siebie wzajemnie właścicielami?

          >Jeśli spotykamy kogoś, to jako dorośli
          wiemy, czym się może skończyć, jeśli pozwolimy sobie o jeden krok za
          dużo.
          > Czyli to "zakochanie" wynika bezpośrenio z tego, że NAWALILIŚMY.
          A skąd przekonanie, że ten pierwszy wybór, był tym właściwym
          wyborem? Ok, może wtedy był… ale zmieniamy się, dojrzewamy… Czasami
          kierunki rozwoju, potrzeb uczuciowych, emocjonalnych, mentalnych się
          rozmijają i co wtedy? Co wtedy, kiedy jedna strona robi ogromny
          postęp, a druga zatrzymała się na etapie telenowel. Kiedy jedna
          strona ma potrzeby transcendentalne, duchowe, a dla drugiej jest
          problem bo zabrakło ziemniaków na obiad? Powstają dwa różne światy.
          Kontynuować drogę, która staje się obopólnym ograniczeniem?
          Każde rozerwanie więzi jest bolesne. Nowe idee, nowe życie rodzi się
          w bólach. Taki nasz ludzki los. A życie – mija szybko.


          • zdradzona37 kami-hope 08.05.09, 17:13
            kami_hope napisała:

            .
            > Kiedy nawiązujemy relacje z drugim człowiekiem, odpowiadamy za
            > RELACJE, jakość tych relacji… Jednak efekt tych relacji zależny
            jest
            > od współdziałania obu stron. Przy czym każda ze stron zachowuje
            > swoją AUTONOMIĘ (!).
            Czyli wg Ciebie AUTONOMIA= BRAK ZASAD? Wolność Tomku, w Swoim
            domku??


            > Ślubowania, przyrzeczenia… - do tego trzeba byłoby założyć
            oddzielny
            > wątek. Powiem w skrócie: człowiek podejmuje się czegoś w
            określonych
            > okolicznościach (uwarunkowany m.in. wiekiem, mentalnością,
            > poglądami, statusem społecznym, materialnym, itd.) i jest w dobrej
            > wierze dotrzymania zobowiązania. Nie zna przyszłości.

            A co ma przyszłość do tego, że przyrzeka to, czego może dotrzymać?

            Nie ma pojęcia
            > o tym, że 'trzepot skrzydeł motyla może spowodować tajfun na
            drugiej
            > półkuli Ziemi'.
            Jak to- nie ma? Skoro komuś przyrzekł podczas slubu, to chyba takie
            przynajmniej jedno przezycie ma już poza sobą?

            W końcu los przynosi kolejne doświadczenia. Rodzi
            > się coś, co wcześniej nam się nawet nie śniło. No więc należy
            > zaniechać życia, bo kiedyś w zupełnie innych okolicznościach
            złożyło
            > się pewne zobowiązanie?

            Takie doświadczenia mozna przewidzieć, bo wiadomo, co się może stać,
            kiedy spotyka się mężczyzna z kobietą i doprowadzają do dwuznacznej
            sytuacji. Jasne, że najprościej złamać obietnice, zamiast trwać w
            postanowieniu, które nie trwa dla zasady, ale dla dobra osób, które
            związało.

            >
            > I pytanie bezpośrednio do Ciebie. Czym według Ciebie jest
            > małżeństwo? Dlaczego zawiera się związek małżeński w ogóle? Czy
            > małżonkowie są dla siebie wzajemnie właścicielami?

            Małżenstwo to nie para butów, które po przymnierzeniu, schodzeniu
            zostawimy, kiedy nas zaczna uwierać, bo nie dbaliśmy o to, by nadal
            pozostawały wygodne. To związek dojrzałych osób, które w pełni
            świadomie przyrzekają sobie, że będą ze sobą w każdych
            okolicznościach. To osoby, które decydują się na życie z zasadami,
            dzieki którym możliwy jest rozwój całego związku, a nie tylko jednej
            z tych osób, które go tworzą. Małżonkowie nie są właścicielami
            drugiego małżonka, lecz są wzajemnie lojalni.
            Życie w takim małżeństwie jest satysfakcjonujące, jednakże wymaga
            wielu sił, pracy nad sobą. Czyli- nie każdy się do tego nadaje.
            Niektórzy wola się zasłaniać hasłami typu wolność i brak zasad. Oni
            nie powinni wchodzić w związki małżeńskie z innymi, bo kiedy trafi
            się okazja, to wybiorą nowe motyle, niż pracę nad sobą. Małżeństwo
            tylko wtedy ma sens, jeśli obydwoje wyznają te same wartości i to
            samo znaczenie przypisują małżeństwu. Problem jest taki, że
            niektórzy rzucają swoje słowa na wiatr i mają głęboko w duszy
            wazność składanych przez siebie deklaracji.


            >
            > A skąd przekonanie, że ten pierwszy wybór, był tym właściwym
            > wyborem? Ok, może wtedy był… ale zmieniamy się, dojrzewamy… Czasami
            >
            > kierunki rozwoju, potrzeb uczuciowych, emocjonalnych, mentalnych
            się
            > rozmijają i co wtedy?

            A to wraz z tymi naszym zmianami nie zmienia się małżeństwo??
            Przecież małżeństwo zależy od osób, które je tworzą! Czyli też od
            ich potrzeb, czyż nie?
            Osoba dojrzała wie, czym jest małżeństwo, więc jeśli się na nie
            decyduje, to wraz z jego "ograniczeniami" i inwentarzem (choćby
            pomoc na starość).

            Jeśli masz zamiar dojrzewać i zmieniac swoje potrzeby samodzielnie,
            patzreć tylko na siebie, to przeciez nie ma konieczności
            przyrzekania, składania zobowiązań drugiej osobie- to chyba jest
            możliwe, czyż nie?

            Co wtedy, kiedy jedna strona robi ogromny
            > postęp, a druga zatrzymała się na etapie telenowel.

            A jak to jest możliwe, jeśli jesteśmy jedno, a nie dwie osobne
            istoty?

            Kiedy jedna
            > strona ma potrzeby transcendentalne, duchowe, a dla drugiej jest
            > problem bo zabrakło ziemniaków na obiad? Powstają dwa różne
            światy.
            Ale to nie jest problem czysto małżeński, czyż nie?
            Istnieje coś takiego, jak kompromis...

            > Kontynuować drogę, która staje się obopólnym ograniczeniem?

            A może lepiej od razu pracowac nad tym, aby kroczyć jedną drogą?
            Wtedy takich różnic nie będzie.

            > Każde rozerwanie więzi jest bolesne. Nowe idee, nowe życie rodzi
            się
            > w bólach. Taki nasz ludzki los. A życie – mija szybko.


            Dlatego nie warto, a wręcz nie można! traktować przysięgi
            małżeńskiej jako wytwory chwili, bo tak pasuje przy tego typu
            okazjach...
            Trzeba po prostu być odpowiedzialnym. Tylko tyle i az tak wiele.

    • karolina331 Re: Rozwod? 07.05.09, 09:14
      Mnie najbardziej rozśmieszył autor wątku przekonaniem o swojej
      wyjątkowości i oryginalności sytuacji w którą się wpakował.
      A całą tę "zawiłość" i "wyjątkowość" można sobie przeczytać
      w "Pochwale głupoty" Erazma z Rotterdamu, łącznie ze skutkami jego
      wielce prawdopodobnych decyzji.
      Ot, trywialność i sam banał znany od wieków!
      • vstrom-10 Re: Rozwod? 07.05.09, 10:18
        Nie twierdzilem,ze moja sytuacja jest wyjatkowa,a jesli wysnulas taki wniosek,to
        mysle,iz czytajac to co pisalem,skupilas sie na odpowiedzi,zanim doczytalas do
        konca.Mowia,ze najlepsza obrona jest atak,a ja nie zamierzam sie bronic.Napisze
        moze tak:czytalem komentarze niektorych z was do calkiem roznych tematow i sa
        one w takim samym tonie,niezaleznie od tematu.Czy to przypadek?Nie jestescie
        jedynymi nieomylnymi,lub jedynymi,ktorych los doswiadczyl...Powtorze jeszcze
        raz,zadne z was(z jednym wyjatkiem),nie napisalo nic o ratowaniu tego
        zwiazku,nic o daniu sobie szansy.Gdzie jest wiec wasza przyzwoitosc?Ani ja,ani
        moja sytuacja nie jest wyjatkowa,tak takze wyglada zycie.
        • lima lejesz wodę 07.05.09, 10:34
          czy Ty trollem jesteś? bo tak napisałeś - żeby nic nie napisać o sobie,za to się
          do wypowiadających doczepić. Ktoś Ci każe tu pisać skoro i tak "swoje wiesz" a
          reszta jest głupia itd?

          wybacz, ale facet który "zakochał się w innej" do tego "szanuje żonę" do tego
          nie rozmawia z żoną o problemie który rujnuje właśnie ich małżeństwo ale za to
          chętnie nadal z żoną uprawia seks (zapewne z miłości do kochanki), to nie
          zasługuje na żadną z tych kobiet, ani żadnej nie uszczęśliwi. po cholere której
          takie zakłamane a wygodnickie fiu-bzdziu?
        • mariefurie Re: Rozwod? 07.05.09, 10:35
          vstrom-10 napisał:

          ...Powtorze jeszcze
          > raz,zadne z was(z jednym wyjatkiem),nie napisalo nic o ratowaniu tegozwiazku,nic o daniu sobie szansy.

          --Nie wiedziałes o tym że jest taka mozliwość?
          Tylko ze widzisz, mężczyznie w związku małżeńskim, który się zakochuje, nawet do glowy nie przyjdzie, ze zamiast iść na świeższą trawke, zieleńszą, warto się wysilić i sprobować coś zrobić z własnym malżeństwem, a nie szukać lekkości zycia poza.


          Gdzie jest wiec wasza przyzwoitosc?

          --to pytanie, to jest własnie atak poprzez obronę. I przerzucanie winy na forumowiczów.
          Po co?
          Chcesz powiedzieć, ze ludzie porzuceni/zdradzeni sa nieprzyzwoici?

          Tak naprawdę wszystkim tutaj jest obojętne, co zrobisz z wlasnym zyciem. Mówią, co mówią, na podstawie własnych doświadczeń i tego co przeżyli. A twoim dziełem jest wsszystko rozważyć i podjąc decyzję zgodną z Twoim sumieniem.
          No i...- mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił....jak to poeta mawiał wink
          • teuta1 Re: Rozwod? 07.05.09, 10:44
            Myślałam o Tobie - przypominasz mi troche mojego ex męża,
            przyzwoitego w gruncie rzeczy faceta. Więc moja rada jest taka:
            zastanów sie, ale baardzo poważnie, co takiego daje Ci kochanka,
            czego brak Ci u żony. A potem pomyśl na chłodno, czy to jest jeszcze
            gdzieś w waszym związku, tylko mocno przysypane. Kochanka - bylaby
            dla Ciebie w tej sytuacji swego rodzaju lustrem, w którym
            przyjrzałbyś sie swoim potrzebom. A potem - albo mozolne przebijanie
            się z żoną przez wieloletnie uprzedzenia, schematy zachowań i
            pokłady niechęci czy indolencji, albo uczciwa rozmowa z żoną. I
            wzięcie na siebie konsekwencji każdej z tych decyzji.
            • mariefurie Re: Rozwod? 07.05.09, 10:48
              teuta1 napisała:

              > Myślałam o Tobie

              O boszszsze, a juz pomyslałam byłam, ze o mnie myślałaś, Teuta smile)

              pozdrówka\m
            • mariefurie Re: Rozwod? 07.05.09, 11:11
              teuta1 napisała:

              Więc moja rada jest taka:
              > zastanów sie, ale baardzo poważnie, co takiego daje Ci kochanka,
              > czego brak Ci u żony.

              a ja proponuje prostę rozwiązanie. Brakuje Ci po prostu atrakcji. Tak jak dziecko nudzi sie zabawkami, tak ty zacząłeś sie nudzić własnym zyciem rodzinnym.
              A więc rozwiązanie - wyładować emocję, nabrac poweru, wyrwać się z rutyny.
              Idziesz na lotnisko - wykupujesz skok w tandemie ze spadochronu, razem ze swoja zoną. A potem z dziecmi po kolei.
              Skaczesz na bandżi, lub w basenie z dziesięciometrowej wieży, i...tym podobne atrakcje.
              I zapewniam Cię....wszystko Ci przejdzie smile)
              Bedziesz potrzebował wiekszych emocji?
              Wybierz się w podróż zycia i pokonaj jakiś szczyt w Himalajach wink
              Kup sobie motor i szalej po nocnych drogach.
              Kup/wynajmij konia- i szalej po polach i lasach.

              ...a wszystko wróci na swoje tory smile
              • tricolour A fe.... 07.05.09, 11:28
                ... proponujesz ciężką pracę nad sobą i zwiazkiem gdy pod reką jest
                kochanka?
                • mariefurie Re: A fe.... 07.05.09, 11:50
                  tricolour napisał:

                  > ... proponujesz ciężką pracę nad sobą i zwiazkiem gdy pod reką jest
                  > kochanka?

                  smile)

                  Kochance też niedługo rutyna sie znudzi. I co wtedy?
                  Wiem, co wtedy.powrót do zony. Nawet jak będa po rozwodzie. Będzie się kajał i głowę popiolem posypywał. Bedzie robil wszystko albo i więcej.
                  A na koncu stwierdzi- jaki to głupi bylem.
                  No ale na głupotę nie ma rady. Trzeba po prostu dojrzeć.

        • tricolour To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 10:37
          ... jak sama nazwa wskazuje, a nie forum problemów małżeńskich,
          które też jest na Gazeta.pl - może tam powinienieś udać się po
          poradę. Jest też forum o kachankach.

          Z tym, że z Twojego pisania wcale nie wynika cheć pozbycia sie
          kochanki "uszytej na miarę" to i komentarze są odpowiednie. Bo
          widzisz - żadna terapia nie pomoże na chęć posiadania dwóch kobiet,
          zdradę, nieuczciwość, złe relacje z dzieckiem kochanki.

          Najpierw musisz sie zdecydować: kochanka czy żona, a potem
          konsekwentnie to zrealizować. Decyzja musi być pierwsza, a Ty
          chcesz, by pierwsza była porada na nie wiadomo co. Takiej porady nie
          dostajesz (i słusznie) więc się denerwujesz.
          • vstrom-10 Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 13:35
            Zapewniam cie,ze daleko mi do zdenerwowania,a potrzeba napisania na tym forum
            wynikala z wyobrazenia,iz spotkam tu osoby,ktore doswiadczyly problemow
            wynikajacych z decyzji o rozwodzie.Nie chodzilo mi o podpieranie sie ksiegami
            medrcow,bo to i ja moge zrobic,a juz na pewno nie o wtracanie ideologii
            nazistowskiej.Oczywiscie psycholog jest od tego,by pomoc w takiej sytuacjii,lecz
            wazne sa doswiadczenia innych ludzi,poniewaz nauka tlumaczy i rozwiazuje wiele
            problemow,lecz nie jest w stanie rozwiazac wszystkich problemow zwiazanych z
            zyciem czlowieka.Latwo jest komus doradzac,takze w lekcewazacy sposob,bo wtedy
            jakby sami stajemy sie lepsi(w naszym mniemaniu).Nie wszyscy piszacy na tym
            forum sa po rozwodzie,nie wszyscy sa zdecydowani,dlatego pisza wlasnie tu,aby
            moc uslyszec od innych ludzi o ich wlasnych doswiadczeniach.Napisal ktos z
            was,ze nie chce powrotu ojca,bo odszedl od nich.Czy ojciec jest wtedy ojcem,gdy
            jest z matka swoich dzieci?Jesli nie pil,nie bil,nie oszukiwal do tej pory i
            nawet gdyby odszedl do innej,chce nadal tym ocem byc,to ma prawo czy nie?Wielcy
            filozofowie,etycy tego swiata zaluguja na nasz szacunek za swoje"zlote
            mysli",czy jednak oni sami poradzili sobie ze swoim wlasnym zyciem?Piszesz
            tricolour o moim rzekomym zdenerwowaniu,a przyjrzyj sie swoim wypowiedziom.Czy
            mozesz napisac,zreszta nie tylko ty,ot tak po prostu co o tym myslisz?Jakbys
            pisal znajomemu,a nie wrogowi.Ja nie szukam tu porady,szukam doswiadczen z
            ktorych moge wyciagnac wnioski.Nie jestem rozkapryszonym facetem w srednim
            wieku,ktory biega za spodniczkami i korzysta z kazdej okazji.Gdybym nie
            doswiadczyl tego co teraz,pewnie takze mowilbym o potrzebie szczerosci,o tym,ze
            malzenstwo to decyzja na cale zycie.Zycie zazwyczaj pisze wlasny scenariusz...
            • chalsia Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 13:38
              > Zycie zazwyczaj pisze wlasny scenariusz...

              nie, to człowiek pisze scenariusz swojego zycia poprzez dokonywanie
              wyborów
              • vstrom-10 Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 14:53
                Nie wszyscy ludzie to idealy,a mnie brakuje do niego bardzo wiele,stad tez
                ludzkie problemy.Zdanie sie na los to takze wybor?Pewnie tak.Ja jednak piszac o
                tym,ze zycie pisze wlasny scenariusz,mialem na mysli sytuacje w ktorej to cos
                spada na ciebie nagle,np.gdy pojawia sie nagle w twoim zyciu ktos,kto byl dla
                ciebie wazny,lecz wtedy sie nie udalo,bo byliscie za mlodzi...Zwykle wtedy nie
                masz czasu na zastanowienie,a gdy zaczynasz myslec,jestes juz w samym centrum
                problemu.Nie zawsze wiesz i czujesz kiedy przekraczasz granice(nie chodzi tu o
                sex),np.w rozmowie,w kontaktach czysto ludzkich.To wielka sztuka zapanowac nad
                wlasnym sercem,udaje sie to nielicznym.Jesli ty jestes tym wyjatkiem,to
                zazdroszcze,ja niestety do nich nie naleze.Nie jestem takze idiota,abym nie
                rozumial do jakiej sytuacji doprowadzilem.Jesli jednak moj problem ma
                jakikolwiek zwiazek z Hitlerem i narodowym socjalizmem,to chyba rzeczywiscie nie
                to forum.Jesli ktos probujac mi cos uswiadomic,probuje lub chce mnie
                obrazic,okazac swoja wzgarde lub swoja wyzszosc,to przepraszam ale moim zdaniem
                nie jest to najlepsza plaszczyzna do rozmowy.
                • tricolour Dostałeś ode mnie poradę... 07.05.09, 15:03
                  ... jak dobry znajomy, nie jak wróg.

                  Swojemu przyjacielowi, w Twojej sytuacji, powiedziałbym, że jest łajdakiem i
                  tchórzem. Że jest egoistą i lekceważy najcenniejsze w życiu. Jedynej rady,
                  jakiej bym mu udzielił, to żeby się w końcu zdecydował czego chce, bo zdrajcy za
                  przyjaciela nie chcę.

                  Gdyby jednak jego żona dowiedziała się, że przyprawia jej rogi i miała zamiar
                  kopniakiem wywalić z domu, to bym jej tylko przyklasnął.
                • chalsia Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 15:14
                  > Zwykle wtedy nie
                  > masz czasu na zastanowienie,a gdy zaczynasz myslec,jestes juz w
                  samym centrum
                  > problemu

                  ZAWSZE jest czas na zastanowienie.
                  Myśleć można prowadząc samochód, goląc się, siedząc na kiblu.
                  Natomiast nie zawsze jest chęc do zastanowienia się, kwestią jest
                  wtedy tylko czy to strach i tchórzostwo (takie strusie chowanie
                  głowy w piasek) czy niefrasobliwość/bezrefleksyjność (takie jak u
                  Scarlett O'Hara "pomyślę o tym jutro").
                • allaas2 Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 15:27

                  Zdradzasz od roku i nie wiesz co zrobić? ktorą wybrać?
                  Dobrze przeczytaj kilka razy wszystkie posty i głęboko sie zastanów.
                  Byłam w takiej samej sytuacji/ 25 lat małżeństwa/ i to ja podjełam decyzję o
                  rozwodzie chociaż nigdy nie bede umiała opisać tego bólu który musiałam
                  znieść./ To ja zostałam zdradzona/
                  A to co działo się z dziecmi już dorosłymi jest gorsze do zniesienia niż z
                  małoletnimi.Swojej decyzji nie żałuję a były zaczyna wreszcie ponosić
                  konsekwencje swoich wyborów i wcale mi go nie żal, ma to na co zasłużył a ile
                  jeszcze przed nim.
                  Chciałabym tylko przeczytać tu na forum kiedyś wypowiedź chociaż jednego
                  faceta, który po latach śtwierdził, ze wybór kochanki kosztem rodziny to
                  najlepsza rzecz w jego życiu.
                  • mariefurie Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 15:31
                    allaas2 napisała:
                    > Chciałabym tylko przeczytać tu na forum kiedyś wypowiedź chociaż jednego
                    faceta, który po latach śtwierdził, ze wybór kochanki kosztem rodziny to
                    najlepsza rzecz w jego życiu.

                    No właśnie. Też chciałabym.
            • fightmore Re: To jest forum rozwodowe... 07.05.09, 14:37
              ja nie bardzo wiem w takim razie czego ty oczekujesz? każdy napisał co mógł i
              opierał się na tym czego doświadczył. ja Ci powiem tak: żadne rady nie podejmą
              za Ciebie decyzji. wyrządziłeś i tak już wiele zlego swojej żonie i najwyższa
              pora abyś to z nią był szczery. to ona podejmie decyzję czy Ciebie chce czy
              wystawi za drzwi. tylk otrzeba mieć teraz odwagę i jaja by to zrobić
            • nangaparbat3 Vstrom 07.05.09, 17:00
              To ja Ci powiem jak przyjacielowi - ten kto porzuca, zwlaszcza jesli porzuca nie dlatego, że nie jest w stanie wytrzymac (tak tak, prostackie ale bardzo w tym kontekscie odpowiednie słowo) z żoną (czy męzem) , ale porzuca wspołmalzonka (czy partnera) dla innej osoby, innej miłosci, zawsze słono płaci. I zycie jest tu cholernie niesprawiedliwe, bo im lepszym, wrażliwszym, bardziej kochajacym dzieci, a nawet porzucaną osobę, ten ktos jest, tym wiekszym cierpieniem okupi to co robi.
              Może sie zdarzyc, ze żona/mąż, albo juz tak bardzo nie kocha, albo, na odwrót, kocha aż tak, że nie zechce sie mscic, w imie miłosci wlaśnie, ale też rownowagi dzieci, swojej wlasnej, w imię zachowania godnosci wszystkich, a moze zwlaszcza dobrego o sobie zdania, zechce pomóc. Ale to sie zdarza bardzo rzadko, praktycznie prawie nigdy. I nikt nie moze takiej postawy od męża/żony oczekiwac, ani nawet marzyc. Chociaz sie zdarza.
        • chalsia Re: Rozwod? 07.05.09, 10:40
          > jedynymi nieomylnymi,lub jedynymi,ktorych los
          doswiadczyl...Powtorze jeszcze
          > raz,zadne z was(z jednym wyjatkiem),nie napisalo nic o ratowaniu
          tego
          > zwiazku,nic o daniu sobie szansy.

          bo to przecież OCZYWISTE jest, że zanim się podejmie ostateczną
          decyzję o zakończeniu małzęństwa, powinno się podjąć wszelkie próby
          jego naprawy. I tu najlepsza jest terapia małzeńska.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka