Na początku grudnia przygarnęliśmy bezdomnego, blokowego kocurka - ok. 1 rok, którego czasami dokarmiałam, kiedy szłam do pracy. Od razu poczuł się, jak u siebie, miział się, tulił, jest taki słodki i jeszcze ma prawie białe futerko, więc został nazwany Lukier. Mam jeszcze brązową Melę (od melasy, nie Melanii

i jakoś udało się je pogodzić. Odrobaczyliśmy go, wykastrowaliśmy, świerzba i pcheł o dziwo nie miał. I wszystko byłoby dobrze, ale jest jeden problem - on ciągle tęskni za wychodzeniem. Co dzień urządza nam istne płacze pod drzwiami i oknami, pomarudzi, pomarudzi, idzie się bawić, spać, a potem na nowo. Nic nie pomogło, krople, karma, feromony, on chce wyjść. Raz nam już zwiał na mróz, syn go znalazł po dwóch dniach przemarzniętego na kość i wygłodzonego. Najadł się, pospał i na nowo zaczął drapać w drzwi. Mieszkam na dziewiątym piętrze, kot nie może wychodzić, bo jak. Kiedyś już odłowiłam takiego, który z nerwów zaczął mi podsikiwać mieszkanie. Wzięła go rodzina z ogrodem, jest kotem wychodzącym i chyba szczęśliwy. Niestety, więcej kotów nie wezmą, a i my chcielibyśmy zatrzymać Lukierka, bo kiedy nie marudzi jest najsłodszym kotem pod słońcem, śpi z nami, siada na kolanach, mruczy jak motorek. Czy są jakieś szanse, że przestanie tęsknić za swobodą, jakieś sposoby na udomowienie go.