konstatacja
17.12.05, 17:37
Jedna z zalet bycia DDA jest nie zaklamywanie rzeczywistosci i patrzenie
prawdzie prosto w oczy. Naturalnym podczs terapii jest w pewnym momencie
poczucie smutku, rodzaj zaloby za tym, co sie bezpowrotnie utracilo i zycie
jest ulozone tak, ze pewnych rzeczy juz sie nie odzyska.
Dobrze.
Dojrzalosc polega na tym, ze potrafimy w pokoju zyc z tym bolem?
Podobno wszystko ma swoj sens i istnieje los, na koncu ktorego zawsze jest
jakas konkluzja, jakies przeznaczenie w rachunku koncowym dla nas korzystne.
Czasem jednak mysle, ze nasze, moje oczy sa jednak za bardzo otwarte.
Wiedza o pewnych rodzajach nieszczesc, pewnych rodzajaach bolu nie wiem po co
jest potrzebna, szczegolnie, jesli nie mozna nic z nimi zrobic. Mozna tylko
patrzec i wspolczuc.
Czasem mysle, ze wiem az za bardzo, intuicyjne czuje az za bardzo co inni
ludzie czuja. Czasem czyjas uzasadniona historia zyciowa depresja przeplywa
przeze mnie i do pewnego stopnia zapiera mi oddech. I nic nie moge z tym
niczrobic, nic nie moge z zyciem innych ludzi zrobic, nawet nie chce zawracac
rzeki kijem - moge tylko do dna wspolczuc po prostu.
Terapia pozwolila mi jeszcze poznac siebie do konca.
Tylko po co mi ta wiedza, jesli jedyne, z co z niej wynika to fakt, ze to, ze
jestem w pelni swiadoma ze tego, co najbardziej kocham, nie moge miec?
to be continued...