zamroczony1
30.06.05, 03:14
czuje sie zle - mam wrazenie ze moje zycie jest bardzo nie wiele warte i nie
tak jak innych wypelnone radoscia i zainteresowaniem.
Przezywam swoje gdzies na uboczu, nie interesuje sie tym czym inni - ze
czyjsc kot ma pchly, albo brat przyjechal z Florydy i jest teraz wielka
impreza. Moj swiat wydaje sie byc nie pasujacy do zewnetrznego - mam w sobie
za duzo emocji - potrafie przy sprzyjajacym wietrze przeniesc gory zeby zaraz
potem drobna sprawa zbila mnie z tropu /jak na przyklad moj szef ktory
zapomina o umowie dla mnie juz czwarty miesiac, co jest absolutnym brakiem
szacunku i nalezy mu sie kop podczas gdy inni maja cierpliwosc czekac bez
odzywania sie/.
Potrafie przejsc przez dwa dni dumajac o tym i o tamtym podczas kiedy
terazniejszosc nie zdaje sie miec znaczenia.
Budze sie rano i 20 minut rozmyslam o sobie, mojej dziewczynie, rodzicach
ktorzy zostali w Polsce, dawnych milosciach i tym kim teraz jestem dla innych
i czy przypadkiem nie zrobilem jakiejs duzej gafy ktora narobi mnie samemu
krzywdy - bo wydaje mi sie ze zawsze tak jest ze mna i moimi relacjami z
innymi - najpierw ciu ciu, a potem cos sie chlodzi, cos zamarza i dystansuje.
Czesto czuje sie bez celu, wole kiedy inni go wyznaczaja dla mnie. A kiedy
przychodzi dzien wolny od pracy mam wrazenie zagubienia i czasu
przeciekajacego bezuzutecznie przez palce.
Wyjechalem z domu 8 lat temu, zyje od tamtad na wlasny rachunek. Mam wrazenie
ze moj dom jest bardzo depresyjny - moja matka nie potrafi odnalezc celu a to
co robi jest zawsze zwiazanie z cierpieniem - nawet gotowanie dla rodziny
ktore podobno lubi ale w koncowym rozrachunku "stoi przy garach caly dzien".
Ojciec ma duzy kompleks nizszosci przez co jako maly obserwowalem duze napady
furii - dla mnie a dla tamtego dziecka zupelnie bez sensu. Kiedy rodzice
wrzeszcza na siebie w kuchni a ja zasypiam to mam wrazenie ze swiat sie
konczy i ktos zapomnial mi do jasnej cholery powiedziec ze wcale nie, ze to
normalne ze ludzie sie kloca.
Moj ojciec zwykl mawiac "mama zrobila z Ciebie pucke /cieniasa/". A mama
mowila idz do siebie po ojciec idzie.
Bylem z kobieta przez 7 lat, ktora pochodzila z podobnej do mojej rodziny -
matka ciagnie dom, a ojciec albo go nie ma, a jak juz jest to matka uwaza go
za pasozyta co wymaga. Tutaj chyba zaczal sie konflikt we mnie samym, bo ta
zla kobieta zwykla mawiac zebym trzymal sie od mojej rodziny z dala a ona
lepiej wie co dobre. Nawiasem mowiac z jej matka w komitywie ktora kiedy juz
kupilismy mieszkanie powiedziala corce ze to ona jest wlasicielem i to
wszyscu jej maja sluchac, nie wylaczajac jej i mojego ojca ktorzy przyjechali
z pomoca.
I teraz zaczynam sie ja:
27 lat i czuje ze nie wiem kim jestem. Gdzies po drodze zaginela moja
swiadomosc siebie. Nie wiem do konca czego chce, nie mam wizji na spedzanie
wolnego czasu, nie mam wizji na moja dziewczyne. Zdazaja mi sie dni bardzo
dobre, ide do przodu, zaden klopot nie jest problemem, smieje sie sam z
siebie. Jednak dochodzi moj drugi glos ktory albo krytykuje to co robie, albo
kaze mi myslec ze to co robie to jakas dziesiecina i nigdy nie zostanie
doceniona.
I tak balansuje.
A w moim zyciu na zewnatrz: najbardziej ciesze sie ze ktos mnie awansowal,
zostalem managerem duzego sklepu z paroma osobami w postaci zalogi. Ide z
dnia na dzien ale czuje ze nie wykazuje zbyt duzej inicjatywy, nie potrafie
przec do przodu bo to co wymysle uwazam po 5 minutach za niezbyt sensowne.
Prosze Was o zewnetrzna opinie i rade. Pojscie do psychologa nie bardzo
wchodzi w gre, bo mieszkam w Irlandii i mimo ze mowie plynnie to obcy jezyk
nie dociera do mnie tak jak ojczysty.
Jak to zrobic zeby sie cieszyc. Jak do jasnej cholery. Przestudiowalem juz
pare ksiazek od Pokochaj Siebie do przemilych ksiazej Garczynskiego. Kazda z
nich daje nowa wiedzie i pare kluczy, ale po czasie i one sie zuzywaja i
potrzebuje nowych. Jestem w ogole osoba ktora potrzebuje silnych i czestych
bodzcy aby funkcjonowac tak jak chce - z radoscia i motywacja. Trudno mi ja
znalezc czasem w samym sobie. Mecze sie sam z soba. Mysle ze nie mam nikogo w
otoczeniu kto moglby mi pomoc: rodzina okrotnie pesymistyczna i jakas taka
przyziemna, a moja dziewczyna ktora jest 7 lat mlodsza bardziej potrzebuje
wsparcia niz jej dania.
Chcialbym wyjsc na prosta, mam dosyc wegetacji, ciaglego ukladania sie pod
czyjac opinie zeby nie doprowadzic do ostrej konfrontacji bo to zawsze mnie
boli po czasie. Zawsze czuje ze powiedzialem za duzo i mam sobie do
zarzucenia ze bylem taki a taki.
Cholera by to wziela.
Pomozcie prosze.
Tak na prawde moje pytanie to: jak wziac siebie za przyslowiowy ryj i
zaprowadzic tam gdzie szczescie i czeresnie.