Od jakiegoś czasu była we mnie silna potrzeba pójścia do
psychoanalityka, ale jak sobie policzyłam ile ta przyjemność będzie
mnie kosztować (bo przecież nie jednorazowa) zaczęłam się
zastanawiać jak sama mogę sobie pomóc tu i teraz. Posłuchałam swoich
myśli, obaw, lęków, marzeń (jak specjalista-obiektywnie i bez
cenzury) i doszłam do wniosku że strrrraszna ze mnie maruda

wow!! to było niesamowite odkrycie! marudzenie na każdym kroku,
wypatrywanie przeszkód, biadolenie na każdą niewygodę, jaka w życiu
codziennym się pojawia idt itp
Doszłam do wniosku że przyczyna tkwiła w przeszłości i w relacjach
moich z rodzicami. Oni wciąż narzekali, wytykali palcem co jest nie
tak, co jest źle a co mogłoby być lepiej. To był wspólny temat. Jak
nie było o czym rozmawiać to zawsze znalazło się coś na co można by
pobiadolić. Takie wzajemne się nakręcanie.
Dla mnie takie tematy były na porządku dziennym i chyba nauczyłam
się ich używać to nawiązywania rozmowy z innymi ludźmi. Wspólny
język - bo przecież każdy ma na co ponarzekać...
Mimo, że staram się być osobą pogodną, wesołą, odwazną pewną siebie,
problem narzekania przytłoczył mnie niesamowicie.
Od tej pory gderanie traktuję jak nałóg. Jeśli zauważę negatywną
myśl i chcę się nią podzielić z innymi wtedy przeważam ją pozytywną
afirmacją i liczę sobie w pamięci zdobyty punkt.(1-0 Ja-Gderający
Gremlin). Muszę mieć dla siebie dużo wyrozumiałości i cierpliwości.
Ale widzę efekty. Krytyka już nie jest taka automatyczna i trzy razy
się zastanowię czy :
- warto o niej powiedzieć na głos
- robię to dla własnej przyjemności gadania
- będzie z tego jakiś pożytek
- mogę być ponad to wszystko co "złe"?