Tak mnie naszlo, gdy zobaczylam w swojej przydomowej "Zabce" dziwo pod nazwa
"Wata cukrowa", sprzedawane w... plastikowych kubeczkach, podobnych do
opakowan jogurtu, czy smietany. Waty cukrowej nigdy nie lubilam, ale za to
- oranzada w proszku zjadana na sucho poslinionym paluchem prosto z torebki,
- oranzada w szklanych butelkach z ceramicznym kapslem na druciku (tak pieknie
robila psssst przy otwieraniu),
- cytroneta, czy cytronada z foliowych woreczkow, pita przez slomke (uroczo
sklejala paluszki),
- guma balonowa "Donald", a w kazdej paczuszce super historyjka obrazkowa,
- lody w kulkach, umieszczane miedzy dwoma wafelkami (sztuka bylo zjesc je do
konca, zwlaszcza w cieply dzien, nie upaprawszy sie od glow do stop),
- sprzedawane bez kartek w stanie wojennym "wyroby z mas tlustych" (juz sama
nazwa dzialala odchudzajaco) i wiele, wiele innych przysmakow.
Zaczelam od "deserow", ale byly tez "konkrety", jak na przyklad slynny
LUNSZMIT i inne, calkiem niesamowite wynalazki

)
Sprobujemy je odkopac z pokladow pamieci?