maryna04
25.04.06, 05:51
Rozmawialam po swietach ze znajoma. Byla zaproszone na sniadanie wielkanocne
(polaczone z kolacja) do znajomych. Zebranie rodzinno - towarzyskie zawsze
tam ogromne. Dobrze powyzej 25 osob. Jak zaczela mi wymieniac, tylko tak
ogolnie, chociaz to ja ja szczegolowo przepytywalam, co bylo do zjedzenia -
to szczeka mi opadla. Matko Bosko - toz to duze wesele. To samo opowiadala
mi o Swiecie Dziekczynienia. To prawda, ze w Ameryce jedzenie nie stanowi
powaznego wydatku finansowego i na takie okazje zawsze kazdy cos przynosi -
ustalone i od siebie dodatkowo, ale to bylo jakies 5 razy za duzo. (jak dla
mnie) Rozmowa ze znajoma nie kleila sie, bo wstydzilam sie za siebie,
zwlaszcza, ze mialam dwie osoby amerykanskie z korzeniami nieeuropejskimi na
sniadaniu i teraz mysle, jak ja wypadlam. Moje swieta byly przy tym
ubozuchne, nikomu nie pozwolilam nic przyniesc, bo juz mam dosc blagania -
wezcie cos, zamrazania ciast, przekladania do mniejszych pojemniczkow i
wyrzucania w koncu wedlin. A i tak to robilam przez tydzien. Obyczaj
obzarstwa, a moze tylko szykowania ogromnej ilosci jedzenia, przeniesiony
zostal tu z Polski, nikt oprocz nas tak straszliwie nie celebruje ilosci i
roznosci jedzenia.
W mojej dzielnicy zaludniajacej sie od kilkunastu lat Polakami powstalo
kilkanascie polskich sklepow spozywczych, ktore zgodnie i dobrze prosperuja.
Inni tez tu przybywaja i proporcjonalnie powinni miec takich sklepow np. ze
cztery, a maja jeden, albo nic. Nie oceniam, tylko stwierdzam - jak my
kochamy wlasne jedzonko.