20.02.13, 17:58
Moje malzenstwo nie ma przyszlosci. To nie zwiazek, to wegetacja. Maz od dlugiego czasu ma problemy ze znalezieniem pracy. Kiedy mu w koncu powiedzialam, ze nie przyklada sie do tych poszukiwan, nasza relacja zaczela sie pogarszac. Stal sie agresywny, ale nie doszlo do rekoczynow. Raz co prawda popchnal mnie na regal z ksiazkami, kilka razy we mnie rzucil roznymi przedmiotami (ksiazka, telefon komorkowy, smycz), ale nie pobil. Ten toksyczny zwiazek mnie wyniszcza, ale boje sie zmian. Boje sie, ze po rozwodzie bede kobieta "drugiej kategorii", ze nie bede szanowna wsrod ludzi. Mam pytanie do kobiet, ktore odwazyly sie na rozwod - jak postrzegala was rodzina, sasiedzi, znajomi, ludzie z pracy? Jakie byly reakcje? Przyjazne, wrogie, obojetne?
Nie wiem co robic. Wydaje mi sie, ze nie ma dobrego wyjscia z tej sytuacji.
Obserwuj wątek
    • kora3 Żyjesz w jakieś zapadlej wsi? 21.02.13, 01:13
      Pytam serio. Bo choć znam ludzi z wiosek i mieszkających w nich szczerze mowiąc nie znam nikogo, kto spotkalby sie z jakimiś problemami z otoczeniem, bo sie rozwiódł, serio:)

      Jesli wydaje Ci się, ze w Twoim przypadku tak byłoby, to jest to tylko w Twojej głowie - naprawdę. Moja rodzina? No oczywiscie, ze mnie wspierala, choć nie potrzebowałam jakoś pomocy w sprawie rozwodowej, ale naturalnie, ze chcieli wszyscy, zeby sprawa sie sprawnie i szybko zakończyła, bo ja tego chciałam.
      Sąsiedzi? Nie mam bladego pojecia, znałam ludzi tylko z widzenia i ich opinbia na mój temat mi naturalnie zwisała:) Nikt jednak nie przeształ mi się kłaniać, ani nie przestał odkłaniać, więc o ile w ogóle coś wiedzieli, to też im to zupełnie normalnie zresztą zwisać musialo.

      Znajomi? No normalnie - powiedziałam i było "acha, mozna Ci jakoś pomóc?" - nie poptrzebowałam pomocy, wiec wszyscy nad tym przeszli do porzadku dziennego.
      Ludzie z pracy? No powiedzialam, że wolne mam, bo mam rozprawę rozwodową i tyle. Ci ludzie z pracy, którzy jakimiś bliższymi znajomymi ze mną nie byli naturalnie o nic nie pytali, bo i w jakim celu?
      Zmian nijakich w zachowaniu do mnie nie zauwazyłam, ani in plus, ani in minus.

      Ogolnie zachowania w takich sytuacjach otoczenia są NORMALNE. Bliżsi wspierają, oferują pomoc, dalsi traktują sprawę neutralnie i obojetnie.
      • kama440 Re: Żyjesz w jakieś zapadlej wsi? 21.02.13, 17:46
        >Pytam serio. Bo choć znam ludzi z wiosek i mieszkających w nich szczerze mowiąc nie znam nikogo, kto spotkalby sie z jakimiś problemami z otoczeniem, bo sie rozwiódł, serio:)

        Mieszkam w Radomiu. Ale wsrod moich licznych znajomych, nie mowiac o rodzinie, nie ma rozwodek. Tak jakos wyszlo. Wiec czuje sie nieswojo. Ale dziekuje za Twoj post. Dodalas mi otuchy i odwagi. Jeszcze raz dziekuje.
        • yoma Re: Żyjesz w jakieś zapadlej wsi? 21.02.13, 18:03
          Zapewne twoje liczne znajome podobnie jak ty uważają, że popchnięcie czy rzucenie książką to przecież nie pobicie, więc nie ma o czym mówić, a co się dopiero rozwodzić.
          • kama440 Re: Żyjesz w jakieś zapadlej wsi? 21.02.13, 18:25
            >Zapewne twoje liczne znajome podobnie jak ty uważają, że popchnięcie czy rzucenie książką to przecież nie pobicie, więc nie ma o czym mówić, a co się dopiero rozwodzić.

            Czy ta zlosliwosc jest po to, zeby mnie zdolowac? Fajnie, ze ty sie przynajmnej dobrze bawisz.
            • yoma Re: Żyjesz w jakieś zapadlej wsi? 21.02.13, 18:38
              No wybacz, ale jeśli ktoś pisze > nie doszlo do rekoczynow. Raz co prawda popchnal mnie na regal z ksiazkami, kilka razy we mnie rzucil roznymi przedmiotami

              to jak należy to rozumieć?

              A poza tym forum nie jest dla księżniczek na grochu, sorry.
        • kora3 Kamo spokojnie 22.02.13, 08:30
          W mojej rodzinie, jak tak teraz "patrze" w sumie też mało rozwodów było, poza moim - jeden. :)
          Ale jakie to ma znaczenie? Żadne. Z tym, że bedziesz jakaś "gorsza" to mity - wierz mi. Pochodze z duzego miasta, ale od prawie 10 lat mieszkam w niedużym (takie do 100 tys. mieszkańców) i jakoś mam grono bliskich znajomych zamenycxh, zonatych, singlowych ludzi...

          Rozwod to nie zabawa, a powazna sprawa. Musisz być pewna, ze to koniec. Ale jesli gośc jest jak opisalaś, to ... no sama wiesz
    • bling.bling Re: rozwod 21.02.13, 01:32
      Mąż nie może znaleźć pracy -wykopać gada i nieroba.
      • obraza.uczuc.religijnych Powinnaś dać się pobić 25.02.13, 12:00
        i znosić to na chwałę bożą albowiem cierpienie uszlachetnia. Ewentualnie wyprowadź się do kościelnego domu samotnej matki, niech gość też cierpi.
    • piwi77.0 Re: rozwod 21.02.13, 06:50
      Jak on tę smycz na Ciebie rzucił, to przecież była okazja, żeby się urwać, czemu nie skorzystałaś?
    • Gość: Ciec Re: rozwod IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 21.02.13, 19:49
      Podobno wychodzi sie za maz na dobre i zle. Zapewne bys go rzucila gdyby byl chory i niezdolny do pracy. Czym sie ty zajmujesz?. Czy macie dzieci?. Ile jestescie po slubie? Czy macie slub koscielny? Rozwod jest waznym "sakramentem" sil lewicowo-ateistycznych tak jak aborcja, uzywanie srodkow antykoncepcyjnych czy zwiazki homoseksualne. Wec beda cie do tego zachecac.

      Co chcesz robic po rozwodzie. Czy juz masz upatrzonego nastepnego?
    • Gość: kappa Re: rozwod IP: *.interwan.pl 21.02.13, 20:47
      To jakiś intelektualista. Książką rzucił, znaczy- miał ją w ręku.
    • Gość: Ciec Re: rozwod IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 21.02.13, 20:58
      Zamiast huzia na Jozia, moze usiadz i porozmawiaj jak mu mozesz pomoc, zamiast krytykowac.
      Moze czuje sie niesprawiedliwie krytykowany? A moze to ty jestes leniwa?
      • Gość: aborcjonista wątek FAKE IP: *.dynamic.chello.pl 21.02.13, 21:34
    • matylda1001 Re: rozwod 22.02.13, 01:05
      Radom to specyficzne miasto, trochę znam, mam rodzinę. Ostatnio słyszałam, że bezrobocie sięga tam 30%. Co 3 człowiek szuka pracy, mimo ogólnego kryzysu mało jest takich miejsc w Polsce. Nie dziwi mnie, że Twój mąż w takich warunkach nie może jej znaleźć, bo jej po prostu nie ma. Nie przykłada się do poszukiwań? a może właśnie przestał szukać bo się załamał, stracił nadzieję? Jeżeli jest normalnym facetem, to znaczy jeżeli nie pije, posiada zawód, dobre chęci i dotychczas zachowywał się jak na odpowiedzialnego mężczyznę przystało, to zapewne bardzo go boli sytuacja, w jakiej się znalazł, nie czuje się pełnowartościowym facetem. Napisałaś, że stał się agresywny, czyli dawniej taki nie był? W jakich okolicznościach on w Ciebie tymi książkami rzucał? czy czasami nie wtedy, gdy próbowałaś z nim rozmawiać o pracy, o braku pieniędzy, o tym, że to Ty utrzymujesz dom? Moje zdanie jest takie - rozwód to wbrew pozorom prosta sprawa, tylko że to sprawa ostateczna. Puki łączy Was jeszcze coś dobrego, to warto wspólnie zastanowić się jak małżeństwo uratować, a jeśli macie dzieci, to tym bardziej warto. Pieniądze, a właściwie ich brak, są w dzisiejszych, trudnych czasach częstym powodem rozpadu małżeństw. Nie tylko braki finansowe wpływające na obniżenie poziomu życia to powodują, ale również alkoholizm, ktory często jest skutkiem frustracji, depresji spowodowanej obniżoną samooceną, taką desperacką próbą ucieczki od problemów. Może należałoby poszukać pracy choćby w Warszawie? Tu pracuje wielu ludzi z Radomia. Może wyjazd za granicę byłby jakimś doraźnym rozwiązaniem?
      A Yoma ma rację, to, co robi Twój mąż to niestety już rękoczyny. Jeżeli wspólnie nie popracujecie nad jakimś rozwiązaniem, to może być gorzej.
      • voxave Re: rozwod 22.02.13, 02:05
        Oczywiście,że kobieta po rozwodzie ma gorzej.Nie jest tolerowana wśród małżeństw i staje sie to normą w prawie niezauważalny sposób
        Brak jej* ochrony* więc mas gorzej w walce o byt.
        Trudniej jej znaleźć partnera bo podaż mała a popyt duży.
        Smieszą mnie wojujące feministki co to z byle powodu zalecają rozwód.Pomyśl i zostań dobrym strategiem bo potem możesz żałować.
        • kora3 Żartujesz prawda? nt 22.02.13, 08:23

          • matylda1001 Re: Żartujesz prawda? nt 22.02.13, 11:42
            Myślę, że Vox nie żartuje. To samo słyszałam kilkanaście lat temu od koleżanki - wtedy świeżej rozwódki przed czterdziestką. Mówiła, że po rozwodzie przestała być zapraszana przez większość znajomych małżeństw. Kobiety nie bardzo miały ochotę na podtykanie swoim facetom atrakcyjnej konkurencji, a faceci woleli zapraszać pary, żeby mieć towarzystwo również dla siebie. W końcu koleżanka sama zaczęła sie izolować, bo źle się czuła w towarzystwie.
            • kora3 Jestem w szoku :) 22.02.13, 11:53
              Serio. Mam jak wiesz rozwód za sobą i zupełnie inne doświadczenia. Kiedy rozstałam się z mezem (nieformalnie jeszcze) miałam prawie równo 31 lat:) Znajomych miałam róznych, w tym kolezanki mezatki i nikt mnie jakoś nie izolował. Inna sprawa, że "singlowa" to byłąm po tym rozstaniu krócej niż miesiąc, ale jednak :)
              Teraz też mam rózne kolezanki po rozwodach i same (chwilowo jak sądze) i nikt ich nie izoluje. Fajne te teksty o "podtykaniu" mezom konkurencji - wieloe zaufanie w tych zwiazkach musiało tam być - wyrazy współczucia
              • angelfree A ja nie 22.02.13, 13:25
                A jednak Vox pisze prawdę. Moja przyjaciółka niedawno się rozwiodła i wypadła z obiegu towarzyskiego. Tylko, że ona ma nie 30, a 50 lat. Mężatki traktują ją trochę jak zakaźnie chorą, a trochę patrzą na nią z góry. To widać.
                Finansowo jest jej trudniej i pod wieloma innymi względami też, ale psychicznie odżyła.
                • kora3 Re: A ja nie 22.02.13, 16:19
                  Wierzę Ci, ale musi się w jakimś specyficznym środowisku obracać
                  • angelfree Re: A ja nie 22.02.13, 19:14
                    Specyficznym? Warszawa, całe towarzystwo pokończyło studia ponad ćwierć wieku temu. Oczywiście, nie wszyscy się odsunęli, ale sporo znajomych tak. Zostały jej koleżanki samotne albo w permanentnym kryzysie małżeńskim.
                    • kora3 Wiesz, może te osoby 22.02.13, 21:22
                      swoje podejście wyniosły z domu, ze srodowisk, z których pochodzą. Osobiście znam dziewczynę, która teraz mieszka w mieście, skończyła niezłe studia, pracuje a podejście np. do zwiazku ma typowej wiejskiej baby sprzed pół wieku.
                      • angelfree Re: Wiesz, może te osoby 22.02.13, 23:04
                        Nie, nie sądzę, żeby to była kwestia pochodzenia dziadków. Jesteśmy po wydziale, na który raczej nie byli przyjmowani ludzie ze wsi, czy z małych miasteczek. raczej, to znaczy stanowili może 2-3%, nawet w czasach punktów za pochodzenie.
                        Nie sądzę też, żeby chodziło o lęk przed uwiedzeniem własnych męzów. Myślę, że po prostu dla niektórych kobieta samotna jest niepełnowartościowa. I towarzysko nieatrakcyjna.
                        • kora3 No, ale przyznasz, ze takie poglądy, jak 22.02.13, 23:21
                          to ze kobieta samotna jest niepełnowartościowa to pokutują raczej w jakichś zaściankowych, albo drobnomieszcańskich srodowiskach. I wcale nie muszą to być srodowiska z małych miasteczek, czy wsi. Nie chodzi o miejsce, a o środowisko własnie.
                          • matylda1001 Re: No, ale przyznasz, ze takie poglądy, jak 22.02.13, 23:56
                            Ja przeciez też nie o zaścianku wspomniałam ale o Warszawie właśnie.
                            • yoma Re: No, ale przyznasz, ze takie poglądy, jak 23.02.13, 08:50
                              Małomiasteczkowa mentalność wcale nie musi być związana z małym miasteczkiem (chociaż często jest).
                              • kora3 Dokładnie 23.02.13, 12:08
                                to jest kwesti a srodowiska meicierzystego, a nie miejsca zamieszkania
                                • yoma Re: Dokładnie 23.02.13, 13:46
                                  I bezrefleksyjnego przyjmowania wzorców tegoż środowiska.
                                  • kora3 Wiesz, ja myslę Yomo, że 23.02.13, 13:54
                                    czesc takich ludzi nie tyle przejmuje wzorce aktualnego srodowiska, co nie umie wykorzenić z sibie wzorców macierzystego , które nierzadko dawno już opuścili w sensie fizycznym.
                                    Znam pare takich osób i powiem ci, że strasznie "odstają" przy bliższym poznaniu od srodowiska w którym aktualnie są.
                                    • yoma Re: Wiesz, ja myslę Yomo, że 23.02.13, 13:59
                                      Zgoda, o tym mówię.
              • voxave Re: Jestem w szoku :) 22.02.13, 17:25
                Kora ,prawda jest taka jak mówie---jesteś jeszcze młoda ,ale zobacz jak łatwo ulubiona koleżanka zabiera ci męża.
                Państwo Lisowie.
                Kobieta,aby przeżyć musi byc niezłym strategiem.Sama sie juz niedługo przekonasz.:)
                • massaranduba Re: Jestem w szoku :) 22.02.13, 17:49
                  voxave napisała:

                  >,ale zobacz jak łatwo u
                  > lubiona koleżanka zabiera ci męża.
                  > Państwo Lisowie.

                  A on tak latwo dal sie zabrac. No biedny misiu. Biedny.

                  > Kobieta,aby przeżyć musi byc niezłym strategiem.Sama sie juz niedługo przekonas
                  > z.:)

                  Ale w jakim sensie ma byc "strategiem" ? Zeby przezyc to chyba trzeba miec prace, a nie sponsora ?
                  • kora3 Ale dała Vox do pieca - ło matko :) 22.02.13, 18:13
                    To o strategu i o tym, że się przekonam (niedługo hehe) przeczytałam dopiero teraz jak Ty zacytowałaś Masso:)

                    świetne :) - ciekawam bardzo jaka to strategia:) No, ale niedługo przecie się przekonam:) Ciekawe kiedy?
                    JAk skończę 50-tke? JAk stuknie nam 10 rocznica zwiazku? Jak obstawiasz?:)
                  • kora3 No bo facet jest jak parasol wg niektórych 22.02.13, 18:23
                    massaranduba napisała:

                    >
                    > A on tak latwo dal sie zabrac. No biedny misiu. Biedny.


                    albo li też portfel - spuścisz toto z oka, zaraz ktoś sobie przywłaszczy :) A parasol, jako i portfel nic bidaka nie może :)

                    Mnie znacznie bliższe jest wszelako "porównanie" faceta do tramwaju:) - Ani za jednym ani za drugim gonic nie należy, zawsze będzie następny :)
                    >
                    > Ale w jakim sensie ma byc "strategiem" ?

                    Kurde mnie to też zafrapowało, mam się podobno niedługo przekonac, ale wolalabym już wiedzieć:) Moze woja bedzie, zamkną sklepy i trza bedzie strategiczne zarcie organizować?

                    Zeby przezyc to chyba trzeba miec prac
                    > e, a nie sponsora ?


                    Wiesz, ja pracuję na stałe od kiedy skończylam pierwsze studia, czyli już kupę lat:) Faktem jest, że obecnie to mój partner utrzymuje dom (opłaty, jedzenie, samochody), ale żeby to kwestia strategii jakiejś była, to nie powiem - to jest kwestia jego zarobków i wyboru. Jestem samowystarczalna i gdybym miała utrzymać się sama, to spokojnie bez specjalnych strategii z moimi zarobkami dałąbym sobie radę :)
                    • matylda1001 Re: No bo facet jest jak parasol wg niektórych 23.02.13, 00:09
                      kora3 napisała:

                      > Mnie znacznie bliższe jest wszelako "porównanie" faceta do tramwaju:) - Ani za
                      jednym ani za drugim gonic nie należy, zawsze będzie następny :) <

                      To na pewno nie takie proste gdy się ma dzieci. Wtedy podejmuje się decyzję również w imieniu dziecka. Dziecku nie wolno zmieniać "wujków" jak rękawiczki, to dla dziecka bardzo niezdrowe.
                      • kora3 Daj spokój z takim argumentem Matyldo :) 23.02.13, 12:19
                        jest znacznie poniżej Twego poziomu i nielogiczny.
                        Po pierwsze - dla dziecka wspólne życie z rodzicami, którzy się żrą, o zgrozo biją i temu podobne rzeczy, czy też wzajemnie zdradzają - też raczej "Zdrowe" nie jest.

                        Po drugie - rzadko jeżdże tramwajami teraz:), ale pamietam, że zwykle to wsiadało się do konkretnej linii, a nie obojetnie jakiego, wiec ...:)
                        • matylda1001 Re: Daj spokój z takim argumentem Matyldo :) 23.02.13, 14:01
                          Koro, Droga... Jestem zdecydowaną przeciwniczką tkwienia w toksycznym związku za wszelką cenę, i zupełnie nie o to mi chodzi. Do rozwodów jestem przyzwyczajona. W moim środowisku zawodowym przynajmniej połowa moich rówieśników jest już w drugim (ślubnym) związku. O chwilowych przetasowaniach to nawet wspominać nie warto :) To raczej ja ze swoim małżeńskim stażem stanowię rzadkie zjawisko :) Gdybym potrzebowała sie uwolnić od wroga, to bym to zrobiła. Bez strachu, bez zastanawiania się co na to otoczenie. Najgorsze są te "kulturalne" rozwody wśród ludzi inteligentnych, samowystarczalnych, ktorzy nie boją się samodzielnego życia. To się odbywa tak jakoś na zimno, bez emocji. na zasadzie - nie podoba mi się (ci się), to won! Wiele tych związków mogłoby istniec dalej, ku obopólnemu zadowoleniu, gdyby ludzie zdobyli sie na odrobine wysiłku, na jakis kompromis, gdyby oparli sie na własnym rozumie a nie na chwilowych emocjach. Potem niektórzy żałują, ale jest trochę za późno. Gdy są dzieci, to podejmuje sie decyzję również w ich imieniu. Nie można potem eksperymentować z innymi mężczyznami, bo tak naprawdę eksperymentuje sie na psychice własnego dziecka. Z dziećmi naprawde niewygodnie jeździ się "tramwajem".
                          • kora3 To na zimno są te rozwody, czy pod wpływem 23.02.13, 14:11
                            chwilowych emocji Matyldo? :) Bo piszesz niespójnie logicznie - sorry.

                            Zdaj sobie sprawę dziewczyno, że tak naprawde to TY nie wiesz dlaczego ta, czy inna par zdecydowała sie na rozwód. Wiesz tyle, ile ci jedna, czy druga stroan powie.
                            A kulturalne rozwody są najlepsze z mozliwych, a nie najgorsze. Nie warto robić z siebie przesdtawienia czy tracić godnośc dla czegoś, co już się skończyło.
                            • matylda1001 Re: To na zimno są te rozwody, czy pod wpływem 23.02.13, 14:41
                              kora3 napisała:

                              > chwilowych emocji Matyldo? :) Bo piszesz niespójnie logicznie - sorry. <

                              No rzeczywiście, głupio zabrzmiało :) Decyzja podjęta pod wpływem chwilowych emocji, a potem dążenie do celu na zimno.

                              > Zdaj sobie sprawę dziewczyno, że tak naprawde to TY nie wiesz dlaczego ta, czy
                              inna par zdecydowała sie na rozwód. Wiesz tyle, ile ci jedna, czy druga stroan powie. <

                              To też prawda. Nie wszyscy sa skłonni do małżeńskiego ekshibicjonizmu. Wśród tzw. ludzi dobrze wychowanych tragedie rozgrywają sie w czterech ścianach, a gdy taka Figura, na przykład, zaczyna mowić, że jest maltretowana przez męża, to budzi to zdziwienie i niechęć... do niej.

                              > A kulturalne rozwody są najlepsze z mozliwych, a nie najgorsze. Nie warto robić z siebie przesdtawienia czy tracić godnośc dla czegoś, co już się skończyło. <

                              Też trudno byłoby się nie zgodzić, w pewnym sensie...
                              • kora3 Wiesz, Figura ani sympatię mą swoim opowiadaniem 23.02.13, 14:57
                                wzbudzila, ani antypatię. Domyslam się dlaczego to zrobiła: bo zainteresowanie nią, jako aktorką osłabło, a takie "smaczki" z zycia gwiazd nawet już zblakłych powodują, ze jeszcze na chwilę te gwiazdy zabłysną.

                                W gronie moich znajomych znających mego eksmeza Matyldo (a byliśmy na jednym roku studiów) malo kto wie, dlacego tak naprawdę się rozstaliśmy - ścisle grono przyjaciół.
                                Teraz to naturalnie nikogo nie interesuje już, ale kiedy się rozwodziliśmy - owszem, pytania były. Odpowiadałąm "na okrągło", bo normalnie WSTYD mi było za niego, a takze za siebie, ze tak długo to znosiłam - serio.

                                Sporo ludzi "tak ma", ze lubi wywlekać szczegoly do znajomych, nawet nie za bardzo bliskich, a sporo, że je ukrywa. Dlatego nigdy nie masz pewności jak było, jakie emocje otd.
                • kora3 Prawda jak widać, jak d :) każdy ma swoją :) 22.02.13, 18:05
                  Miło mi Vox, ze mnie postrzegasz tak młodo :) - stara nie jestem, ale w wieku zbliżonym do Hanny Lis i Kingi Rusin. :) jak mi się zdaje
                  Mojego eksmeza na nieszczescie żadna pani nie chciała mi zabierać (a oddałabym z ochotą, jeszcze pewnie dopłaciłabym hihi), ale widzialam już sytuacje, jak rozpadają się zwiazki przez romans, mimo, zem taka dzierlatka :)

                  I owszem - zdarza się, że taki romans jest z panią wolną, a zdarza się, ze z zajętą. I wtedy rozpadają się 2 zwiazki na przyklad. Nie ma na to reguł.

                  Regułą jednak, w kazdym razie moją :) jest, że jestem z człowiekiem, po którym mogę spodziewać się lojalności. I w takiej sytuacji dowolna kobieta, także np. owa straszna :) rozwiedziona kolezanka może sobie lecieć na mojego faceta. Pojmij Vox, ze facet to nie szmaciana laka, ani bezwolne stworzenie :) - potrafi na ogół podjąć decyzję czy na kogoś leci, czy nie:)

                  Zdarzyło mi się rozstać z kimś bardzo kochanym przez zdradę z kolezanką z pracy, własnie taką "lecącą" (od dawna zresztą). Była to mezatka z dziecmi. Można oczywicie uwazać, ze nie "pilnowałam" dobrze swego ówczesnego faceta przed kobitkami hehe, bo "pozwoliłam" mu chodzić do pracy:) Tylko, ze prawda jest taka, że ya praca jest taka, że poznaje się w niej tabuny ludzi:) - nikt nie zdoła przewidzieć kogo, kiedy i jakiego stanu bedzie ta osoba:)
                  Tak wiec mój owczesny facet mógł poznać i 10 panien, czy rozwodek jednego dnia, a jakoś bzyknął kolezankę mezatkę:) Bzyknął, bo chciał, jakby nie chciał - mogłaby na sutkach stanąć:)

                  W związku z zaistniałą suytuacją, która się wydała, zmuszona byłam zakończyć nasz zwiazek, co dośc oczywiste. A pretensje i zal miałam do swego eksfaceta, a nie do tej kobitki, choc się znałyśmy. Bo to od niego oczekiwałam lojalności, a nie od niej - proste.

                  Moim zdaniem wiele kobiet ulega złudnemu przekonaniu, że jesli bedą "odpedzać" od swego "misia" faktyczną, czy domniemaną "konkurencje", to bedą mieć nad wszystkim kontrolę i "uratują" swój zwiazek przed zdradą:) To iluzja - kazdy czlowiek jesli będzie CHCIAŁ zdradzić, zdradzi, a wszystkich kobiet wolnych czy zajetych nikt z jego przestrzeni nie pogoni:)

                  Pomimo mego niedobrego doświadczenia z tamtą zdradą nie jestem chorobliwie zazdrosna i nie "pilnuję" swego partnera. Nie tylko dlatego, ze teraz pracuje w znacznej odległości od naszego domu i pojawia sie w sumie w weekendy, ale przede wszystkim dlatego, że nie jestem idiotka ani wariatką :)

                  Zna moje kolezanki i te zajete i te singlowe (kolegów też zna poniekąd:)) i naprawdę nie boję sie, że zaraz się z nimi znajdzie w łożku :) Uwazam, ze to zupełnie normalne - za anormalnbe uwazam owo "pilnowanie". "odpedzanie" itd.
                  • yoma Re: Prawda jak widać, jak d :) każdy ma swoją :) 22.02.13, 19:22
                    Zawsze cię uważałam, Koro, za rozsądną kobietę :)
                    • kora3 MAm nadzieję, 22.02.13, 20:20
                      że nie zmieniłaś zdania :)
                      • yoma Re: MAm nadzieję, 23.02.13, 08:51
                        Skąd. Komplementując, cichaczem dowartościowuję siebie, albowiem twój pogląd jest mi bliski :) Ale zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy w mniejszości? Niestety.
                        • kora3 Wiesz, w mniejszosci na fotrum - moze 23.02.13, 12:09
                          w realu, raczej popularna postawa
                          • yoma Re: Wiesz, w mniejszosci na fotrum - moze 23.02.13, 13:48
                            Oj, nie byłabym taka pewna. Po prostu i ty, i ja mamy niereprezentatywnych znajomych w realu :)
                            • kora3 Sama izolowałam kolezankę po rozwodzie Yomo:) 23.02.13, 14:05
                              No moze :) ja z racji pracy znam ludzi z b. róznych srodowisk, ale nie są to moi znajomi, tylko osoby, które zawodowo znam. Wszelako nawet w prostych srodowiskach naprawdę na palcach jednej reki mogę policzyć osoby, które uwazają, ze osoba rozwiedziona jest jakaś gorsza:), czy izolują ją z tego powodu.

                              JAk w tytule postu - ja sama izolowałam czas jakiś kolezankę po rozwodzie Yomo. Moze nie tak, ze zero spotkań, ale moooocno ograniczyłam. Przyznaję się do tego, ba uwazam, ze miałam prawo i dobrze robiłam.

                              A robilam tak, bo z kobietą o niczym innym nie dało się porozmawiać, tylko o tym, że ją wiarołomny małzonek zostawił dla innej. No smutne cholera, przykre, ale ile mozna. To nie najbliśza kolezanka, ale wspierałąm ją, jako i moi przykjaciele w czasie, gdy "rozwód na nią spadł" (fakt, nagle) i podczas niego, ale kiedy w 3 miechy po nim nadal jej eksmaz i jego nowa kobita byli jedynymi tematami, jakie podejmowała to wszyscy, ze mną włącznie mieli już dośc.

                              Kulturalne wysłuchiwanie i nawet potakiwanie nie tylko nie sprawiało zakończenia tematu,ale jeszcze jego rozwój w monologu kolezanki, próby zmiany tematu nic nie dawały, a jak się jej centralnie powiedziało, zeby już dałą spokoj były zale, ze nie rozumiemy itd.
                              Wiec ograniczyliśmy kontakty i moze i ta kolezanka sobie mysiała, że kobiety "boją" się o swoich facetów (co o znajomych facetach mogła mysleć, kto wie), ale już nam to uszami szło.
                              Potem jej przeszło stopniowo i wszystko wrociło w naszych kontaktach do normy.

                              Tak wiec sobie myslę, ze moze czasem nieswiadome osoby tak interetują to "izolujące" zachowanie rozwiedzionych, bo nie wiedza zwyczajnie, ze taka osoba nadaje na jeden temat i już słuchać tego nie mozna.
                              • matylda1001 Re: Sama izolowałam kolezankę po rozwodzie Yomo:) 23.02.13, 15:09
                                kora3 napisała:

                                >- ja sama izolowałam czas jakiś kolezankę po rozwodzie<

                                Znam to :) Towarzyszyłam koleżance w jej cierpieniach od chwili, gdy odkryła zdradę swojego męża, razem przebrnęłyśmy przez próby przemówienia mu do rozsądku, przez jego odejście i przez czas po odejściu. Potem były wakacje i wyjechaliśmy na urlop. Byłam wykończona do tego stopnia, że każdy kilometr dzielący mnie od tego wszystkiego był jak zbawienie. Koło Łodzi czułam sie już znacznie lepiej, a mijając Wrocław zyskałam prawdziwe poczucie psychicznego bezpieczeństwa. Po powrocie opóźniałam chwilę, w której musiałam się już ujawnić :) Potem było coraz lepiej. Rozwód był po trzech latach, już zupełnie na spokojnie. Osoby takie są męczące dla otoczenia ale po to ma sie przyjaciół, żeby to przetrzymali :)

                                >Wiec ograniczyliśmy kontakty i moze i ta kolezanka sobie mysiała, że kobiety "boją" się o swoich facetów (co o znajomych facetach mogła mysleć, kto wie), ale już nam to uszami szło. <

                                Ta, która mi to powiedziała akurat nie zamęczała otoczenia ale rozwód przeżyła ciężko. Może była przewrażliwiona, może czuła się niedowartościowana, a może rzeczywiście stała sie mniej atrakcyjna towarzysko? Grono jej znajomych to było głównie grono znajomych jej męża. On pozostał w dawnym środowisku, ona została odrzucona.
                                • kora3 wiesz, no to zmienia postac rzeczy 23.02.13, 15:21
                                  jesli ktoś zyje zyciem innych, np. meza i ma znajomych tylko z jego kregu, to nic dziwnweego, ze po rozstaniu czuje się izolowany.
      • kora3 Matyldo nie przesadzaj 22.02.13, 08:33
        mieszkam na tzw. "scianie wchodniej" teraz, gdzie z pracą znacznie ciezej jest niż w moich rodzinnych stronach (Górny Śląsk) i jakoś ludzie pracują. Gośc jest prosto leń i damski bokser
        • matylda1001 Re: Matyldo nie przesadzaj 22.02.13, 12:13
          kora3 napisała:

          > mieszkam na tzw. "scianie wchodniej" teraz, gdzie z pracą znacznie ciezej jest
          niż w moich rodzinnych stronach (Górny Śląsk) i jakoś ludzie pracują. Gośc jest prosto leń i damski bokser <

          W kontekście tego, co Autorka napisała o swoim mężu, taka ocena jest dosyć ryzykowna. Już bardziej zgodzę się na tego damskiego boksera, niż na lenia. Sytuacje, gdy ktoś występuje "czynnie" przeciwko drugiemu człowiekowi są zawsze naganne, niezależnie od "powodu". Co do lenia... no cóż, same, nawet najlepsze chęci nie wystarczą . Jedni ludzie sa bardziej przebojowi, drudzy mniej. Jedni sa lepiej wykształceni, drudzy mniej. Jedni mają znajomości ułatwiające życie, drudzy nie. To należałoby zrozumieć.
          • kora3 Tak, no trzeba rozumieć, że gośc nie pracuje 22.02.13, 12:17
            masz świętą rację. Nie jest przebojowy, znajomości nie ma, może mu się szukać nie chce - zrozumieć trza chłopine. I samej na niego zapieprzać - racja, racja. :) Nie dla mnie takie "rozkosze", bo leni po prostu nie znoszę :) A leń zawsze znajdzie spbie jakiś "powód", dla którego nie moze pracowac :)
            • matylda1001 Re: Tak, no trzeba rozumieć, że gośc nie pracuje 23.02.13, 01:16
              kora3 napisała:

              > masz świętą rację. Nie jest przebojowy, znajomości nie ma, może mu się szukać nie chce - zrozumieć trza chłopine. I samej na niego zapieprzać - racja, racja. :) Nie dla mnie takie "rozkosze", bo leni po prostu nie znoszę :) A leń zawsze znajdzie spbie jakiś "powód", dla którego nie moze pracowac :) <

              Taka bezduszna jesteś, Koro :) Tak już zaszufladkowałaś tego faceta, że prawie mnie przekonałaś ;) Tylko, że jeśli trzech szuka pracy, a jest ona tylko dla dwóch, to wiadomo, że dla jednego zabraknie. I na to święty Boże nie pomoże. 40000 ludzi szuka pracy. Można mieć dobre chęci, solidne wykształcenie, świetną aparycję i szukać bez skutku. Gdy ma się świadomość, że oprócz nas, jest jeszcze 39999 chętnych, to do załamania jeden krok. Jak wspomniałam, wiem jaka sytuacja panuje w Radomiu, mój mąż pochodzi z tego miasta, mieszka tam moja teściowa i spora część rodziny męża. Ta część starsza i w średnim wieku, bo młode pokolenie po studiach już do Radomia nie wraca, nie ma po co wracać. Bywam w Radomiu stosunkowo często, na ulicach widzę smutnych ludzi, którzy drżą o jutro swoje i swoich rodzin. Kuzynka, ktora wiele lat temu skończyła SGPiS, a potem miała długa przerwę w pracy bo opiekowała się chorą matką szuka pracy już ponad trzy lata, od śmierci matki. Jak już wydaje jej się, że gdzieś ma szansę, to i tak nic z tego, bo nie ma grupy inwalidzkiej ani orzeczenia o niepełnosprawności. Takie orzeczenie to w Radomiu kwitek bardziej wartościowy, niż dyplom ukończenia najlepszej uczelni :) Inna kuzynka pracuje w sekretariacie jednej z radomskich szkół wyższych. Zajmuje się sprawami kadrowymi. Nie tak dawno opowiadała, że potrzebowali sprzątaczki. W ciągu dwóch dni wpłynęło ponad 450 CV... na to jedno miejsce! Sprzątaczkami chciały być nawet panie po studiach. To chyba wiele mówi o specyficznej sytuacji tego miasta? Jak sie już wreszcie szczęście do kogoś uśmiechnie, to nie powinien liczyć na pobory większe niż 1200 netto, ani na zatrudnienie inne niż umowa -zlecenie, niezależnie od wykształcenia i doświadczenia zawodowego. Jak sie nie podoba, to przecież czeka mąż Kamy i 40000 innych;) Pracodawcy mają z czego wybierać. Jedna jest podobno szansa na znalezienie pracy - trzeba się zapisać do PiS-u, ktory w tym mieście niepodzielnie rządzi i spija cały nektar, no ale nie każdy jest w stanie sie aż tak zeszmacić. W tych okolicznościach czarno widzę przyszłość małżeństwa Kamy.
              • kora3 Bardzo bezdusznam Matyldo :) 23.02.13, 12:14
                Moze dlatego, ze mieszkam teraz dalej na wschód niż Radom, w miejscie, gdzie takze b. ciezko jest z pracą. Ale nikt nie mowi, ze masz pracować za płotem swego domu, ludzie pracują takze poza miastem gdzie mieszkają, dojeżdzają.

                Problemy sa ze znalezieniem pracy dobrzepłątnej, zgodnej z kwalifikacjami, a jakąkolwiek czlowiek chętny znajdzie. Pewnie, ze 1,2 tys. złotych to głodowa stawka (ja taką zarabiałąm w mojej pierwszej tu pracy prawie 10lat temu przez chyba 4 miechy i uwazałam, że śmieszna kasa), ale jesli ktoś nie ma co do garnka włożyć, to róznica mieć 1200 zeta a nie mieć - moim zdaniem jest spora
                • matylda1001 Re: Bardzo bezdusznam Matyldo :) 23.02.13, 13:07
                  kora3 napisała:

                  > Moze dlatego, ze mieszkam teraz dalej na wschód niż Radom, w miejscie, gdzie takze b. ciezko jest z pracą.<

                  Tak się przyzwyczailiśmy uważać, że czym dalej na wschód, tym gorzej. Tymczasem w samym centrum Polski, 100km od stolicy, istnieje grajdoł o jednym z najwyższych wskaźników bezrobocia. Jednak Warszawa to jakaś szansa. Mnóstwo ludzi z Radomia dojeźdza tu do pracy, nawet codziennie. W piątek po południu trasa wylotowa jest zapchana samochodami z radomską rejestracją, bo wszyscy wracają do domu na weekend. Dlatego wspomniałam, że mąż Kamy mógłby tu spróbować poszukać jakiegoś zajęcia.

                  > Problemy sa ze znalezieniem pracy dobrzepłątnej, zgodnej z kwalifikacjami, a jakąkolwiek czlowiek chętny znajdzie<

                  :) To dlatego urządzono ten casting na sprzątaczkę, o którym wspomniałam? Dlatego zgłaszały sie panie z wyższym wykształceniem bo to takie dobrze płatne, prestiżowe stanowisko? Aż przy okazji, z ciekawości zapytam kogo przyjęli do tej pracy.

                  >jesli ktoś nie ma co do garnka włożyć, to róznica mieć 1200 zeta a nie mieć - moim zdaniem jest spora<

                  A pewnie! Myślę, że większość ludzi w Radomiu pracuje za takie pieniądze, czasami jedyne w kilkuosobowej rodzinie. Tylko, żeby ta praca była.
                  • kora3 Ale ja sie nie "przyzwyczaiłam" tylko mieszkam tu 23.02.13, 13:17
                    jestem dośc w centrum tego, co ogólnie dzieje sie w miescie i regionie i WIEM, że w tym akurat miescie z pracą jest cieżko (np. dlatego, że nie ma w zasadzie żadnych zakladów przemysłowych wiekszych).
                    Ale kto chce i zdrowie mu pozwala szuka pracy nie tylko w tym mieście, gdzie jej nie ma, ale takze w innych - choćby takim wiekszym też około 100 km odeń położonym.

                    W casting na sprzataczkę - wiezre. Ale uwierz też, że np. w tym regionie gdzie ja mieszkam buduwało się sporo dróg i autostrad i qrde ludzi trzeba było z innych regionów sciągać do roboty, bo miejscowi się nie kwaplii (poza wyjątkami).

                    Wierze, ze jest cieżko tu i tam z pracą - zrozum. Ale być moze postawa Kamy wynika z tego, ze jak pisala UWAZA, że jej małzonek nie dośc intensywnie szuka. I nie mozna założyć z góry, ze to nie jest prawda.
                • matylda1001 Re: Koro, ja jeszcze raz... 25.02.13, 19:58
                  Jeszcze raz wrócę na chwilę do tematu Radomia, bo to, co przed chwilą przeczytałam normalnie zwaliło mnie z nóg :) Wiedziałam, że tam jest źle, ale żeby aż tak?
                  Napisałaś:
                  " Problemy sa ze znalezieniem pracy dobrzepłątnej, zgodnej z kwalifikacjami, a jakąkolwiek czlowiek chętny znajdzie"
                  No to sama zobacz:
                  radom.gazeta.pl/radom/1,35219,13457526,Na_jedna_oferte_pracy_prawie_tysiac_bezrobotnych.html
      • majaa Re: rozwod 22.02.13, 10:56
        To bardzo wyważona opinia, popieram. Najłatwiej i najszybciej jest zburzyć. Spróbować naprawić - znacznie trudniej, ale za to jak się uda, to przynosi znacznie większą satysfakcję.
        • kora3 Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 11:04
          majaa napisała:
          . Spr
          > óbować naprawić - znacznie trudniej, ale za to jak się uda, to przynosi znaczni
          > e większą satysfakcję.


          I nie chodzi o to, zeby sobie, albo komuś coś udowadniać, tylko o to, zeby dobrze żyć.

          Nie znam sytuacji wątkodawczyni, a nawet gdybym znała, też bym jej do rozwodu nie namawiała, bo to musi być podobnie jak decyzja o pozostaniu z kimś, autonomiczna decyzja.
          MNogę jedynie powiedzieć, że wychowuje to sie dzieci, a nie mezów, czy partnerów, a z nierobem i gościem, który by tak sie zachowywał, jak opisała nie byłabym. Latałoby mi, czy po 15 latach miałabym moze satysfakcję, zem go przymusiła do pracy i oduczyłą bicia mnie :) Ale każdy ma swoje hobby:)
          • majaa Re: Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 18:17
            kora3 napisała:

            > I nie chodzi o to, zeby sobie, albo komuś coś udowadniać, tylko o to, zeby dobr
            > ze żyć.

            Ja wiem, że w dzisiejszych czasach dużą popularnością cieszy się hedonizm i wygoda ponad wszystko oraz filozofia "teraz, k...a, ja!", ale na szczęście nie każdy ma ochotę jej hołdować. Chodzi o to, żeby nie robić z gęby cholewy i jak się komuś coś ślubowało, obiecywało, to wypadałoby chociaż spróbować zrozumieć człowieka i pomóc mu rozwiązać problem, a nie tylko "najeżdżać" i wymagać.
            • kora3 W każdych czasach Maju 22.02.13, 18:28
              mądry człowiek po to się z kimś wiąze, zeby mu było lepiej, a nie gorzej niż samemu, chyba logiczne.
              Sytuacje życiowe bywają rózne, ale jesli już jak to mówią "slubuje sie" na dobre i złe, to jeszcze nie powód, żeby druga strona miała robić wszystko, by było źle:)

              A tak nawiasem mówić, taki mąż nierób i damski bokser, to czasem nie "robi z geby cholewy"? Wszak obiecywał chyba, że uczyni wszystko, by było dobrze - jakoś nie wygląda, by się szczególnie starał, no chyba,z e za takowe staranie uzna się, ze "jeszcze nie pobił do krwi" np.
              • majaa Re: W każdych czasach Maju 22.02.13, 19:15
                :) No jasne, tak myślałam... egzekwowanie "ślubów" rozpoczynamy przede wszystkim od tej drugiej strony. Jak jej nie wychodzi, to ja tym bardziej nie muszę się starać;) To faktycznie dobrze wróży na przyszłość;)
                • massaranduba Re: W każdych czasach Maju 22.02.13, 20:02
                  majaa napisała:

                  > :) No jasne, tak myślałam... egzekwowanie "ślubów" rozpoczynamy przede wszystki
                  > m od tej drugiej strony. Jak jej nie wychodzi, to ja tym bardziej nie muszę się
                  > starać;) To faktycznie dobrze wróży na przyszłość;)

                  Nie wiem dlaczego, ale wiekszosc ludzi, starania na rzecz drugiej osoby, rozumie jako litosc, przejmowanie na siebie jej obowiazkow, bezgraniczne zrozumienie, wyreczanie...itd Tymczasem zwykle ludzie tego od nas nie oczekuja. Nie kazdy lubi grac role ofiary. Jasne, ze milo bedzie jak moj mezczyzna otrze mi lezke, ale jeszcze milej bedzie jak mi powie, ze dam rade, ze potrafie, ze jestem silna, dobrze zorganizowana, kompetentna. Co mi po jego biadoleniu i swiadomosci "ze mnie rozumie", jak od tego moje problemy sie nie rozwiaza ?
                  • majaa Re: W każdych czasach Maju 22.02.13, 21:00
                    Ależ ja mam na myśli dokładnie takie "zrozumienie", o jakim piszesz, czyli na początek otarcie łezki, a potem pozytywne "doładowanie" i wreszcie nawet jakaś konkretna pomoc, jeśli jest konieczna z takich czy innych przyczyn. Myślisz, że autorka tak właśnie postępuje, a ten "niewdzięcznik", "drań" i "leń śmierdzący" mąż odwdzięcza się jej za to rękoczynami? No, może i tak jest, ale pewności to ja nie mam. Dlatego nie będę jej od razu doradzać rzucania tego wszystkiego w cholerę i szybkiego podjęcia decyzji o rozwodzie.
                    • kora3 A ktora z nas doradzała jej rozwód? 22.02.13, 21:11
                      Zdaje mi się, że SAMA o nim napisała, a pytała tylko o doswiadczenia POROZWODOWE z otoczeniem.

                      NBie wiesz, jak tam jest, ale zakłądasz, że kobitka się znudziła gosciem, bo nie pracuje i jest nie ok, bo mysli o rozwodzie. Paradne.
                      A wpadlas na to, że moze na poczatku ocuerała te łezkę, "doładowywała" dobrą energią, wspierała, ale to NIC nie dało - mąz nie ma pracy nadal i jej zdaniem nie przyklada się do szukania. Ma go za to chwalić?
                • kora3 Tak się sklada Maju, że włąsnie tak jest :) 22.02.13, 21:06
                  oczekuje ktoś lojalności - sam lojalny być powinien, oczekuje zrozumienia - sam powinien być wyrozumiały, oczekuje wsparcia - sam powinien wspierać.
                  Zapewne są babki, które lubią matkować facetom, a nawet świeckie odpowiedniki Matki Teresy z Kalkuty, ale wierz mi, ze nie każda ma do tego zaciecie.

                  Wsparcie trzeba okazać, zrozumienie też, ale ani w nieskończonośc, jak pisala słusznie Massa, ani przy zerowym zaangazowaniu drugiej strony.
                  Muszę się przyznać, że ja osobiście byłąm taka głupia, że uwazałam własnie, iż skoro jestem z gościem, to powinnam mu pomóc. I owszem - powinnam była, ale nie przez 3,5 roku!
                  Skoro nie chciał konsultować się ze specjalistą było mu wystawić walizki po pierwszej odmowie kontaktu z nim, a nie tracić czas i nerwy.

                  Kama powinna rozumieć swego meza, ale on jej nie musi? Ciekawe podejście - przyznam. Chyba zdaje sobie on sprawę, że sytuacja, kiedy on nie pracuje komfortowa nie jest. Zamiast sie wiec wsciekac i popychać ją powinien POWIEDZIEC, ze nie radzi sobie z szukaniem pracy (jesli tak jest oczywiscie)a nie wyzywać na niej
                  • majaa Re: Tak się sklada Maju, że włąsnie tak jest :) 22.02.13, 21:41
                    kora3 napisała:

                    > Kama powinna rozumieć swego meza, ale on jej nie musi? Ciekawe podejście - przy
                    > znam. Chyba zdaje sobie on sprawę, że sytuacja, kiedy on nie pracuje komfortowa
                    > nie jest. Zamiast sie wiec wsciekac i popychać ją powinien POWIEDZIEC, ze nie
                    > radzi sobie z szukaniem pracy (jesli tak jest oczywiscie)a nie wyzywać na niej

                    Zgadzam się, oczywiście że on też powinien ją zrozumieć, wytłumaczyć jak się czuje i poprosić o pomoc. A teraz mi powiedz, proszę, ilu znasz facetów, którzy sami z siebie wypłakują się swojej kobiecie na ramieniu na ciężkie życie i swoją niezaradność, prosząc jednocześnie o jej wsparcie. Autorka ma prawo czuć się niekomfortowo w tej sytuacji, ale pracę ma, więc jest "górą" w tym związku. On natomiast, o ile nie siedzi "na bezrobotnym" celowo, czuje się, jak przypuszczam, już wystarczająco upokorzony samym tym faktem. Jej ciągłe pretensje niczego nie ułatwiają, a już na pewno nie porozumienia. Co nie oznacza, że usprawiedliwiam jego rękoczyny.
                    • kora3 Przewpraszam Maju, ale ja z innej bajki chyba :) 22.02.13, 22:05
                      Bo wg mnie zwiazek nie polega tylko na bzykaniu się i pokazywaniu razem na spacerze, albo na imprezach, ewentualnie na załatwieniu ceremonii ślubnej, ale na BYCIU RAZEM. A owo bycie razem oznacza KOMUNIKACJĘ miedzy ludźmi.

                      Olu znam facetów, którzy sami z siebie itd. No sporo ( w ogóle sporo znam:)), ale co bede na jakichś kolegów wskazywać, skoro mam w domu (znaczy bedę mieć za godzinę, czy półtorej) faceta, który o dziwi UMIE rozmawiać o swoich sprawach ze mną, takze takich, które są dlań nie do konca komfortowe.

                      Prawda, bez pracy nie ejst, ale nie ty;lko brak pracy, może być w życiu zawodowym stresujący, jak sie domyślasz. A moj partner pare miesiecy temu zmienił stanowisko (co zaowocowało równiez tym, że w tygodniu nie ma go w domu) na bardziej stresujące niż dotychczas miał. I jakoś o tych jego perypetiach w pracy ROZMAWIAMY, bez płączów naturalnie :), ale też bez ukrywania, że to czy tamto go drażni, wqrza, stresuje.

                      W merytorycznej czesci pracy nie jestem w stanie mu pomoc - on mnie też nie, wykonujemy skrajnie odległe zawody, ale w temacie stosunków, ze tak powiem interpersonalnych owszem :)
                      Dla mnie to kosmos uwazać, ze faceci nie rozmawiają o swoich problemach np. zawodowych ze swoimi kobietami :)
                      • majaa Re: Przewpraszam Maju, ale ja z innej bajki chyba 22.02.13, 22:59
                        kora3 napisała:

                        > Bo wg mnie zwiazek nie polega tylko na bzykaniu się i pokazywaniu razem na spac
                        > erze, albo na imprezach, ewentualnie na załatwieniu ceremonii ślubnej, ale na B
                        > YCIU RAZEM. A owo bycie razem oznacza KOMUNIKACJĘ miedzy ludźmi.

                        Doprawdy bardzo mnie ciekawi, skąd wnosisz, że dla mnie związek polega "tylko na bzykaniu się i pokazywaniu razem na spacerze, albo na imprezach, ewentualnie na załatwieniu ceremonii ślubnej". No bo dokładnie taki jest wydźwięk Twojej wypowiedzi. Czy jesteś w stanie jakoś ją uzasadnić, czy tak sobie po prostu "chlapnęłaś" bezmyślnie?



                        > Olu znam facetów, którzy sami z siebie itd. No sporo ( w ogóle sporo znam:)), a
                        > le co bede na jakichś kolegów wskazywać, skoro mam w domu (znaczy bedę mieć za
                        > godzinę, czy półtorej) faceta, który o dziwi UMIE rozmawiać o swoich sprawach z
                        > e mną, takze takich, które są dlań nie do konca komfortowe.
                        > W merytorycznej czesci pracy nie jestem w stanie mu pomoc - on mnie też nie, wy
                        > konujemy skrajnie odległe zawody, ale w temacie stosunków, ze tak powiem interp
                        > ersonalnych owszem :)
                        > Dla mnie to kosmos uwazać, ze faceci nie rozmawiają o swoich problemach np. zaw
                        > odowych ze swoimi kobietami :)

                        Cieszę się, że znasz takich facetów, a nawet sama takowego posiadasz. Dobra komunikacja w związku to podstawa. Ja też niekiepsko trafiłam:) Jednakowoż nie wyszyscy mają tyle szczęścia. I niestety nie każdy wybiera partnera pod takim właśnie względem. Czasem te wybory wydają się wręcz kosmicznie odjechane i niepojęte. Smutne to może i straszne, ale tak jest. Wiele zależy od wychowania, środowiska, no i charakteru samych zainteresowanych, oczywiście.
                        • kora3 Ależ zupelnie nie miałam na mysli ani Ciebie 22.02.13, 23:17
                          ani nikogo konkretnego Maju. Odniosłam sie tylko do tego, co napisałaś - wniosłam z tego, iż uwazasz, że faceci z załozenia nie rozmawiają ze swoimi kobietami o swoich sprawach, gdy te są niekomfortowe (np. zwiazanych z pracą). Ponieważ, jako i ty w powyższym poscie uwazam, ze komunikacja jest podstawa zwiazku pozwoliłam sobie zauwazyć, ze wg mnie zwiazek nie polega tylko na współnym spaniu, seksie, czy życiu obok siebie.
                          Mam wrazenie, ze myslisz tak samo.

                          Tak czy owak - w temacie meza Kamy myslisz wg mnie jakos dziwnie. Nie znamy zbyt wielu szczegółów - fakt. Te co znamy nie wyglądają zachecająco - przyznasz. Tymczasem Ty cały czas tak piszesz, jakby wina za całą sytuację lezała po stronie KAmy, a gościa non stop usprawiedliwiasz. A to, ze moze nie umie poprosić o pomoc, a to, ze moze takiego sobie wybrala, a to, ze kazdy się moze zdenerwować, a to, ze niezarradny moze. A ona powinna rozmawiac, pomóc, wspierać (nie wiadomo swoją drogą czy już tego bezskutecznie nie robiła).

                          Nawet jesli dziewczyna źle wybrała - to chyba lepiej, jesli zakończy ten zwiazek i ułozy sobie od nowa życia, prawda? Nie ma sensu tkwić w zwiazku, który się wypalił, bo "co ludzie powiedzą?" (na ogół nic, bo im to na serio zwisa), albo "bo wypada, bo się ślubowało, bo coś tam".
                          Pisałysmy o tym chyba w innym wątku (nie pamietam czy z Tobą) - zwyczajnie - bywa, ze zwiazki się kończą i tyle.
                          • majaa Re: Ależ zupelnie nie miałam na mysli ani Ciebie 22.02.13, 23:59
                            kora3 napisała:

                            > Mam wrazenie, ze myslisz tak samo.

                            I tu akurat dobre masz wrażenie:)

                            >
                            > Tak czy owak - w temacie meza Kamy myslisz wg mnie jakos dziwnie. Nie znamy zby
                            > t wielu szczegółów - fakt. Te co znamy nie wyglądają zachecająco - przyznasz. T
                            > ymczasem Ty cały czas tak piszesz, jakby wina za całą sytuację lezała po stroni
                            > e KAmy, a gościa non stop usprawiedliwiasz. A to, ze moze nie umie poprosić o p
                            > omoc, a to, ze moze takiego sobie wybrala, a to, ze kazdy się moze zdenerwować,
                            > a to, ze niezarradny moze. A ona powinna rozmawiac, pomóc, wspierać (nie wiado
                            > mo swoją drogą czy już tego bezskutecznie nie robiła).

                            Nie, nie, nieporozumienie. Ja wcale nie rozpatruję tego problemu w kontekście czyjejkolwiek winy czy usprawiedliwiania i jeśli tak to wygląda, to zupełnie nie było to moją intencją. Po prostu staram się znaleźć przyczynę (nie usprawiedliwienie!) zachowania męża i poszukać jakiegoś innego możliwego wyjścia z tej sytuacji, jeśli przypadkiem chciałaby jeszcze powalczyć. Wyjścia, o którym być może Kama nie pomyślała, albo z jakichś powodów wahała się je wypróbować, nie wiem, tak tylko gdybam. Jakoś tak nie mogę jej z czystym sumieniem przyklasnąć "tak, spoko, weź rozwód, się nie przejmuj, będzie fajnie". Co nie znaczy bynajmniej, że ma siedzieć z gościem na siłę nieszczęśliwa, jeśli wie, że spróbowała już wszystkiego, albo że jej na nim nie zależy.


                            • matylda1001 Re: Ależ zupelnie nie miałam na mysli ani Ciebie 23.02.13, 01:46
                              majaa napisała:

                              >Po prostu staram się znaleźć przyczynę (nie usprawiedliwienie!) zachowania męża <

                              Właśnie. Ja też mam wrażenie, że przyczyna jest tu najbardziej istotna. Zrobił się agresywny - czyli kiedyś nie był. Rzuca książkami, popycha - kiedyś tego nie robił. Zaczęło się między nimi psuć - czyli kiedyś było dobrze... Jestem przekonana, że powodem jest brak pracy męża. Ona rozżalona całą sytuacją, on bezradny, z poczuciem winy. Poza tym mam wrazenie, że Kama nie myśli o rozwodzie poważnie. To chyba taka próba przełamania bezradności.
                              • yoma Re: Ależ zupelnie nie miałam na mysli ani Ciebie 23.02.13, 08:54
                                No dobrze, jakkolwiek by mąż był nieszczęśliwy i sfrustrowany, nic nie usprawiedliwia ani rzucania Kamą o regał, ani w Kamę przedmiotami, no ludzie!
                              • kora3 Maju i Matyldo - kilka wanych spraw 23.02.13, 12:30
                                Po pierwsze, jak sadze, nikt Kamy z nas nie zna i w niej "nie siedzi", wiec nie wiemy czy jej decyzja o rozwodzie jest ostateczna, czy tylko "chwilowa".
                                Nikt z nas też nie ma istotnego wpływu na to, jaką decyzję ostatecznie ona podejmie. Zapytała raczej o konkret: czego moze się spodziewać po rozwodzie ze strony otoczenia. Nikt jej otoczenia bliższego i dalszego nie zna, wiec kazdy moze napisac tylko z własnego doswiadczenia (ja) i obserwacji doswiadczeń innych (ja i Wy).

                                Po drugie - nikt z nas nie wie, czy Kama starała się już jakoś pomóc mezowi w tej sytuacji, Wy jakoś zakłądacie z góry, że nie. Ja uwazam, że tak - na pewno rozmawiali choćby o możliwosciach znalezienia przezeń pracy itd.
                                Mniejsza jednak o to - czasem jest po prostu tak, że w człowieku chec bycia z kimś się kończy, wypala. Niektórzy mają przekonanie, że trzeba na siłę utrzymać taki zwiazek (nie mówię, ze Wy), ale to na serio głupie. Szkoda na to zycia swojego i tej drugiej osoby też.
            • massaranduba Re: Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 18:49
              majaa napisała:

              > Ja wiem, że w dzisiejszych czasach dużą popularnością cieszy się hedonizm i wyg
              > oda ponad wszystko oraz filozofia "teraz, k...a, ja!", ale na szczęście nie każ
              > dy ma ochotę jej hołdować.

              Blad. Zycie jest piekne, nie sluzy umartwianiu.

              > Chodzi o to, żeby nie robić z gęby cholewy i jak się
              > komuś coś ślubowało, obiecywało, to wypadałoby chociaż spróbować zrozumieć czł
              > owieka i pomóc mu rozwiązać problem, a nie tylko "najeżdżać" i wymagać.

              Tyle tylko, ze pomoc to nie jest glaskanie po glowce i wyreczanie w nieskonczonosc. To tak jak z dziecmi, przychodzi czas, ze musisz zabrac im skrzydla jak juz naucza sie latac i robisz to dla ich dobra, a nie dlatego, ze znudzilo ci sie pomaganie. Zdrowy, dorosly czlowiek ma obowiazek zadbac o siebie i nikt go z tego obowiazku nie zwolni.

              • kora3 Autorka wątku zła kobieta jest Masso :) 22.02.13, 18:57
                Wiadomo przecie, że jesli się komuś coś ślubowalo, to nie wolno robić z geby cholewy i czynić głupkowatych uwag w temacie intensywności poszukiwania przez tego kogoś roboty, tylko stulić buzię trzeba i wziąc drugi etat, żeby utrzymmać "ślubowanego", bo nikt nie powiedział, że ma być łatwo., albo tym bardziej miło.

                Wiadomo, ze jak robisz komuś durne uwagi, to moze Cię trzepnąć o regał, albo czymś w Ciebie rzucić, bo przeciez każdy ma nerwy, nie?
                Nic jeszcze nie złamal Kamie, zebów nie wybił - nie ma o co robić hallo - wszystko gra.
                • majaa Re: Autorka wątku zła kobieta jest Masso :) 22.02.13, 19:22
                  Zupełnie niepotrzebny ten sarkazm. Całkowicie wypaczasz sens tego, co pisałam zarówno ja, jak i Matylda. Taka rozmowa nie ma sensu.
                  • kora3 Zazartowałam - fak, ale faktem też jest 22.02.13, 20:22
                    ze gośc się ciezko obraził na te uwagę i podnosi na Kamę rękę - nieprawdaż?
                    • majaa Re: Zazartowałam - fak, ale faktem też jest 22.02.13, 21:12
                      Oj, Korciu, jak byś od niby kochającego męża słyszała tylko ciągle, że się nie przykładasz, za mało się starasz, nic nie robisz, to też by Cię pewnie w końcu krew zalała, nie?;) Zwłaszcza że tak naprawdę nie wiemy, czy to jest faktycznie wyłącznie jego wina, że nie może znaleźć pracy.
                      Ale jedno jest pewne - podnosić na nią ręki nie powinien i ten proceder autorka bez wątpienia musi ukrócić.
                      • kora3 Re: Zazartowałam - fak, ale faktem też jest 22.02.13, 21:25
                        JAsne, jasne ... Pierwszy mąż mojej kolezanki też stale słyszał od niby kochającej żony, ze jest dziwkarzem i z tego zalu, bo krew go zalała, zrobił dziecko innej :) No bo każdego nerwy by wzięly ... Daj spokój
                        • majaa Re: Zazartowałam - fak, ale faktem też jest 22.02.13, 21:46
                          No, skoro z góry założyłaś, że mąż autorki to leń i damski bokser i nie ma innej opcji, to faktycznie chyba dam spokój:)
                          • kora3 Jesli 22.02.13, 22:07
                            ktoś stosuje wobec innej osoby siłę to kim wg Ciebie jest? A jesli jest facetem, a ta druga osoba kobietą, to nie jest damskim bokserem ?
                            • kora3 A poza tym TY zakładasz zdaje się, że 22.02.13, 22:13
                              KAma nic nie zrobiła, zeby wesprzeć meza w sytuacji kiedy stracił pracę. Wnoszę z tego, że piszesz, że trzeba porozmawiać itd. a nie ZARAZ się rozwodzić:)
                              Tylko skąd wiedza, ze ona o rozwodzie mysli "zaraz", skąd - że nie starała się meza wspierać, pomóc mu?
                              Moze sie własnie starała, bardziej nie umie, a te staranie nic nie dały.
                              • majaa Re: A poza tym TY zakładasz zdaje się, że 22.02.13, 22:32
                                Może się i starała, tylko że z jej postu to nie wynika. Nic na ten temat nie napisała.
                                • kora3 Może nie napisała, bo 22.02.13, 22:50
                                  to już nie ma znaczenia. Zwyczajnie ona już nie chce być z tym facetem., prawdopodobnie czy znajdzie on prace, czy nie. Sądze, ze jest zdecydowana na rozstanie, tylko może na serio obawia sie reakcji otoczenia.

                                  Kiedy mnie udało sie wreszcie wykwaterować mojego wtedy jeszcze aktualnego (na papierze) meza z mojego domu i wniosłam o rozwód, to rozmawiając o tym z kimś tam znajomym, takze nie opowiadałam szczegółow, z tym jak usiłowałam jednak mimo braku przekonania już potem mu pomóc. Po prosyu to już znaczenia nie miało - próbowałam, nic to nie dalo, a na tym etapie już byłam zdecydowana na rozwod i nie bylo możliwosci, bym dezyzję zmienila. Jaki zatem ens wracać do tych prób w rozmowach z innymi?
                                  • majaa Re: Może nie napisała, bo 22.02.13, 23:25
                                    kora3 napisała:

                                    > to już nie ma znaczenia. Zwyczajnie ona już nie chce być z tym facetem., prawdo
                                    > podobnie czy znajdzie on prace, czy nie. Sądze, ze jest zdecydowana na rozstani
                                    > e, tylko może na serio obawia sie reakcji otoczenia.

                                    No, ale jak się okazuje, z punktu widzenia oceny całej sytuacji i tego faceta to jednak ma znaczenie i to całkiem spore.
                                    Ale jeśli ona już podjęła decyzję, co jest prawdopodobne, to nawet obawa przed reakcją otoczenia raczej tego nie zmieni. Rozumiem, że nasze komentarze mają ją uspokoić, ale przecież reakcje i tak zależą od tego konkretnego środowiska, w którym się obraca i nikt jej nie zagwarantuje, że wszystko będzie w najlepszym porządku.

                                    >
                                    • kora3 Wiesz, na raie to sporo ludzi "straszy" ją i 22.02.13, 23:38
                                      poucza, a nie uspokaja.

                                      Najbardziej rozwalająca jest kobitka, która mnie z kolei pouczyła, ze młoda jestem :) to nie wiem co i jak i niedlugo sie przekonam, że kobieta, która chce przezyć, musi mieć strategię :)

                                      Powiem Ci, ze zenują mnie takie wypowiedzi, te pouczające, jak to i co powinna, sorry ale też. Dziewczyna nie pytała, czy naszym zdaniem powinna się rozwieść tylko o coś innego.

                                      Co do być moze i krzywdzącej oceny goscia. No nie powiesi się chyba:) - przecież my, niznajome sobie w wiekszosci osoby, rozmawiamy o nieznaym nam mezu nieznanej kobiety , zatem trudno oczekiwac, że bedziemy znać relacje obu stron, masę szczegółów i jeszcze opinię biegłego w temacie chłopa:)
                                      • majaa Re: Wiesz, na raie to sporo ludzi "straszy" ją i 23.02.13, 00:15
                                        kora3 napisała:

                                        > Co do być moze i krzywdzącej oceny goscia. No nie powiesi się chyba:) - przecie
                                        > ż my, niznajome sobie w wiekszosci osoby, rozmawiamy o nieznaym nam mezu niezna
                                        > nej kobiety , zatem trudno oczekiwac, że bedziemy znać relacje obu stron, masę
                                        > szczegółów i jeszcze opinię biegłego w temacie chłopa:)

                                        W sumie tak, pisać sobie można do woli, byle w miarę cywilizowany sposób;) Pozostaje mieć nadzieję, że tych forumowych rad i ocen nikt nie bierze serio, raczej jednym uchem (a w zasadzie okiem) wpuszcza, a drugim wypuszcza;)
              • majaa Re: Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 19:07
                massaranduba napisała:

                > Blad. Zycie jest piekne, nie sluzy umartwianiu.

                Ale dlaczego od razu piszesz o umartwianiu? Ze skrajności w skrajność... A może by tak po prostu zachować jakiś zdrowy balans:)

                > Tyle tylko, ze pomoc to nie jest glaskanie po glowce i wyreczanie w nieskonczon
                > osc. To tak jak z dziecmi, przychodzi czas, ze musisz zabrac im skrzydla jak ju
                > z naucza sie latac i robisz to dla ich dobra, a nie dlatego, ze znudzilo ci sie
                > pomaganie. Zdrowy, dorosly czlowiek ma obowiazek zadbac o siebie i nikt
                > go z tego obowiazku nie zwolni.
                >

                I znów popadasz w skrajności. Nikt nie mówi o pomocy "w nieskończoność", a już na pewno nie ja. Zapytajmy czy autorka zrobiła cokolwiek, żeby zrozumieć męża i mu pomóc.
                Zdrowym dorosłym ludziom też zdarzają się gorsze okresy w życiu. Rozumiem, że optujesz za tym, żeby kogoś takiego jeszcze przydepnąć obcasem?
                • massaranduba Re: Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 19:44
                  majaa napisała:

                  > Ale dlaczego od razu piszesz o umartwianiu? Ze skrajności w skrajność... A może
                  > by tak po prostu zachować jakiś zdrowy balans:)

                  Dlaczego pisze o umartwianiu ? Poniewaz Ty napisalas o hedonizmie :-) Dla mnie codzienne obowiazki sa radoscia, wolny czas cieszy mnie jeszcze bardziej i dopoki jestem zdrowa, to nie traktuje zycia jako pasma nieszczesc i przymusu, nawet jesli czasem jest pod gorke. Generalnie tez uwazam, ze w zyciu to trzeba dzialac, a nie popadac w stagnacje.
                  Czy jesli oczekuje tego samego od drugiej osoby, to holduje zasadzie "teraz k* ja" ? ;-)

                  > I znów popadasz w skrajności. Nikt nie mówi o pomocy "w nieskończoność", a już
                  > na pewno nie ja. Zapytajmy czy autorka zrobiła cokolwiek, żeby zrozumieć
                  > męża i mu pomóc.

                  Autorka watku napisala "od dluzszego czasu", co to zanczy ? Tydzien ? Rok ? Dwa? Tego nie wiemy.
                  A jak mialaby wygladac ta pomoc ? Na pisaniu w jego imieniu podan o prace ?

                  > Zdrowym dorosłym ludziom też zdarzają się gorsze okresy w życiu.

                  Zgadza sie, przyjaciolom sie pomaga, tyle tylko, ze pomoc to nie wyreczanie.

                  > Rozumiem, że o
                  > ptujesz za tym, żeby kogoś takiego jeszcze przydepnąć obcasem?

                  Nic takiego nie napisalam. Uwazam jednak, ze najgorsza rzecza jaka moze sie czlowiekowi zdarzyc, to jesli bliscy straca wiare w jego sile i moc. Gdybym byla bez pracy, to nie oczekiwalabym, ze ktos mnie zrozumie, tylko da mi porzadnego kopa w d.., zebym te prace znalazla. I to jak najszybciej, dla mojego dobra wlasnie.

                  • majaa Re: Wiuesz Maju, życie to nie teletrurniej :) 22.02.13, 20:48
                    Ale przecież ja nie mówię o Twoim konkretnie przypadku. Z tego, co piszesz, to wychodzi mi, że generalnie podchodzimy do życia bardzo podobnie. Też jestem optymistką, osobą zaradną i typem człowieka, który woli działać. Ale nie każdy taki jest i ciągłe "dziurganie" mu nad głową ogólników typu "rusz się, zrób coś, nie bądź niedojdą" niekoniecznie nagle natchnie go wiarą w siebie i energią. Takie "kopy" to chyba raczej mogą wkurzyć albo zdołować. Silna frustracja czy "dołek" wcale nierzadko bywają przyczyną przemocy, co - podkreślam -absolutnie nie oznacza, że należy się na nią godzić i usprawiedliwiać. Ale pogadać, spróbować "rozgryźć" problem, podpowiedzieć jakieś rozwiązanie chyba można, zanim się weźmie rozwód, nie?
                    Nie wiem, kim jest mąż autorki, jakie ma wykształcenie, co potrafi. Ale nie wykluczam, że i z napisaniem podania o pracę może mieć kłopot, tacy ludzie też się zdarzają, wyobraź sobie. A może akurat naprawdę nie ma dla niego pracy... Łatwo się wydaje wyroki, kiedy np. samemu ma się ciepłą posadkę w nieźle prosperującej firmie i na dodatek w odwodzie paru dobrze ustawionych znajomych.
                    • kora3 Tak moja droga - wszyscy jak jedno mamy ciepłe 22.02.13, 21:19
                      posadki, załatwione przez dobrze ustawionych znajomych - zgadlaś:)

                      Popelniasz Maju pewien błąd - mianowicie uwazasz, że jesli ktoś jest niezaradny, to trzeba nad tym przejśc do porzadku dziennego. JAsne, ze zdarza sie, że bezskuteczne szukanie pracy człowieka dobija. Ale w takiej sytuacji TEZ nie powinien wyzywać się na bliskiej osobie, tylko poprosić ją o pomoc!
                      Rozumiem, że sytuacja, w której mąż Kamy jest dłuższy czas bezrobotny nie jest dla niej, takze a moze szczególnie ze względów bytowych, trudna.

                      Naprawdę tak bardzo jesteś zaskoczona, że ONA TEŻ JEST sfrustrowana nią? Może jej po prostu brakuje pieniedzy, nie wpadląś na to? Tymczasem WIDZI, że małzonek nie przyklada się do szukania pracy, tylko "radośnie" stwierdza, żenie ma, a jesli ona coś powie w temacie jest agresywny.
                      • majaa Re: Tak moja droga - wszyscy jak jedno mamy ciepł 22.02.13, 22:27
                        kora3 napisała:


                        > Popelniasz Maju pewien błąd - mianowicie uwazasz, że jesli ktoś jest niezaradny
                        > , to trzeba nad tym przejśc do porzadku dziennego.

                        A co Ty proponujesz zrobić z kimś takim? Zmienić za pomocą czarodziejskiej różdżki, czy może wytykać mu to po kilka razy dziennie, może wreszcie "zaskoczy" i stanie się rekinem biznesu? Masz jakiś uniwersalny i skuteczny sposób?

                        > Naprawdę tak bardzo jesteś zaskoczona, że ONA TEŻ JEST sfrustrowana nią? Może j
                        > ej po prostu brakuje pieniedzy, nie wpadląś na to? Tymczasem WIDZI, że małzonek
                        > nie przyklada się do szukania pracy, tylko "radośnie" stwierdza, żenie ma, a j
                        > esli ona coś powie w temacie jest agresywny.

                        Nie, bynajmniej, jej frustracją z powodu bezrobotnego męża nie jestem zaskoczona. Zaskoczona jestem raczej tym, że tak łatwo przychodzi niektórym "wieszać na kimś psy" i "skreślać" go tylko na podstawie mocno okrojonej relacji jednej strony i własnych domysłów.
                        • kora3 Pracować mozna nie tylko w "biznesie" 22.02.13, 22:44
                          Maju.
                          Pytasz mnie co proponuję - no ja osobiscie po prosyu niezwiązałabym sie z facetem niezaradnym, czy niechetnym do pracy. Rzecz w tym, że mąż Kamy pracował chyba, znaczy - umie:)
                          Nie musi zaraz znaleźć posady za 5 tys. zlotych, moze poszukać czegoś na "przeczekanie", nawet za małe pieniądze jakieś, choćby po to, by nie nudzić się w domu.

                          Kiedy mialam przyjechać na stale do miasta, gdzie teraz mieszkam, od razu założyłam, że muszę tu mieć pracę - jakąkolwiek. Mój ówczesny partner, do którego przyjechalam nie jest krezusem, ale spokojnie mogłby mnie utrzymać na czas poszukiwania pracy w zawodzie. Nie chciałam tak jednak - uznalam, że muszę znaleźć jakąkolwiek pracę. I owszem, znalazłam. Za nieduze pieniądze i zupełnie niezwiazaną z zawodem, ale podjęłam ją.

                          Całkiem fajne było to poniekąd doswiadczenie i sporo mnie nauczyło:), ale z ulgą zrezygnowałam z tej pracy po paru miesiącach znalazłszy prace w swoim zawodzie i za przyzwoitą kasę.
                          Niemniej ktoś bewz sprecyzowanych planów zawodowych mógłby tam pracowac dalej, prawda? Jak wspomnialam - kasa nieduza była, ale wiesz, jesli nie ma ktoś kasy, to nawet te 1200 złotych (10 lat temu nie było to az tak malutko, jak teraz) pewnie sie przyda.
    • misiu-1 Re: rozwod 22.02.13, 12:12
      kama440 napisała:

      > Maz od dlugiego czasu ma problemy ze znalezieniem pracy. Kiedy mu w koncu powiedzialam,
      > ze nie przyklada sie do tych poszukiwan, nasza relacja zaczela sie pogarszac.

      Może po prostu w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z jego wykształceniem? :)
    • kolter-xl Re: rozwod 22.02.13, 18:26
      kama440 napisała:

      > Moje malzenstwo nie ma przyszlosci. To nie zwiazek, to wegetacja. Maz od dlugie
      > go czasu ma problemy ze znalezieniem pracy. Kiedy mu w koncu powiedzialam, ze n
      > ie przyklada sie do tych poszukiwan, nasza relacja zaczela sie pogarszac.

      Czyli masz dość bo facet ma apatię związaną z tym ze nie może zleżeć prace ? Ponoć tak jest u tych co długo nie mogą znaleźć pracy.Idż z nim lepiej do jakiegoś psychologa.
      • matylda1001 Re: rozwod 23.02.13, 01:59
        kolter-xl napisał:

        > Czyli masz dość bo facet ma apatię związaną z tym ze nie może zleżeć prace ? Ponoć tak jest u tych co długo nie mogą znaleźć pracy.Idż z nim lepiej do jakiegoś psychologa. <

        To bardzo dobry pomysł, Kama powinna o tym ponyśleć. Kolter, powiedz mi przy okazji jak czuje się normalny facet bedąc w sytuacji tego męża? To znaczy taki, ktorego z konieczności karmi żona? od ktorego nic nie zależy, bo to ona utrzymuje dom i od czasu do czasu daje mu kieszonkowe?
        • kora3 A skąd Wy macie pewnośc, że 23.02.13, 12:40
          Kamę pracująca w tej chwili samą na dom stać na kieszonkowe dla meza i wizyty u psychologa? Serio pytam.
          Bo wszystko to wg Was brzmi sobie tak: stracił chłop Kamy pracę i się sfrustrował- normalka. Kama ma te 20 tys. na miesiac, po oplaceniu wszystkiego nie wystarczyło jej 2 ray na kolejny botoks i Kama meza zadrecza, zamiast mu fundnąć sesję terapeutyczną u specjalisty.
          Tak to brzmi. Terminy oczekiwania na wizytę u specjalisty psychiloga w ramach funduszu są odległe, prywatne wizyty kochani KOSZTUJĄ i to nie mało, bo jedną wizytą za powiedzmy 200 zeta niczego się nie zalatwi, potrzeba pracy z pacjentem, a to przynajmniej 10 sesji. Pacjent do tego sam musi chcieć! Bo bez jego woli żadna terapia sie nie uda.

          W ramach funduszu gośc moze iśc do psychiatry - znając życie ten stwierdzi obnizenie nastroju, albo poczatki depresji i zapisze jakieś prochy, które go jescze otumanią.
          Sa choćby przy PUP-ach programy aktywizujące bezrobotnych w ramach których są spotkania z teapeutą, doradcami zawodowymi itp. ale trzeba chcieć! Mąż Kamy nie wykazuje inicjatywy jej zdaniem i to jest głowny problem
          • matylda1001 Re: A skąd Wy macie pewnośc, że 23.02.13, 13:23
            kora3 napisała:

            >Mąż Kamy nie wykazuje inicjatywy jej zdaniem i to jest głowny problem<

            No właśnie, nie wykazuje jej zdaniem. Ten mąż może inaczej by o tym opowiedział. Nie bronię faceta za wszelka cenę, ale i nie spodziewam sie, żeby osoba rozżalona, bezradna i skonfliktowana z mężem, była w pełni wiarygodną. Fajnie by było, żeby Kama, widząc nasze zainteresowanie tematem, napisała coś więcej o swojej sytuacji. Żeby odniosła sie jakoś do naszych wypowiedzi, ale zdaje się, nie jest zainteresowana. Może dlatego, że (jak przypuszczam), ta myśl o rozwodzie to był pomysł na jedną chwilę.

            > Bo wszystko to wg Was brzmi sobie tak: stracił chłop Kamy pracę i się sfrustrował- normalka<

            Czy to tak trudno zrozumieć?

            > Tak to brzmi. Terminy oczekiwania na wizytę u specjalisty psychiloga w ramach funduszu są odległe<

            Termin rozprawy rozwodowej będzie wcześniej?
            • kora3 no wiesz Matyldo :) na forum 23.02.13, 13:50
              zwykle mamy do czynienia z relacją jednostronną - skoro ktoś uwaza, że nie warto z taką relacją dyskutować, to po kija pisze w temacie?

              Od mojego Matyldo rozstania z eksmezem uplynęło Mati 10 lat:) - nie jestem z nim skonfliktowana, ani nie mam do niego żalu (choć miałam, teraz byłabym bezduszna mając), szczerze mu wspolczuję - naprawdę.

              Ale MOIM ZDANIEM nadal jego zachowanie, które było przyczyną rozpadu naszego zwiazku naprawdę było anormalne. O jasne, ze tego nie sprawdzisz przecież:)

              Kiedy się wyniósł (w zamiarze jego na chwile), a ja go już stanowczo do mieszkania zaprosic nie chcialam, jego krewni i znajomi TEZ mnie przekonywali, że wszystko jest ok, że to są drobne nieporozumienia:), róznice charakterow, ktore dla kochajacych się ludzi nie powinny mieć znaczenia:) MOIM zdaniem to nie były drobne sprawy, a meza już nie kochałam - proste. Też wysluchałąm pare razy, ze powinnam go zrozumieć - nie, nie umiałam czegoś takiego zrozumieć. Że powinnam pomóc i wspierać - próbowalam - zachecałam go do wizyty u specjalisty, nas było na to akurat stać, ale zdecydowanie odmawial, a na takie propozycje reagował agresją albo histerią.

              Zrozum, że w takiej sytuacji NAPRAWDE wypaliło się we mnie wszelkie uczucie do goscia, nie mogłąm na niego patrzeć. Mimo to, z lojalności przez ponad 2 lata marnując swój czas i nerwy usiłowałąm przekonać go do zmiany i konsultacji ze specjalistą. Oczywiscie bezskutecznie.

              Co ciekawe, kiedy wniosłam o rozwod, mój jeszcze aktualny maż chcial mnie zaprosic na jakaś wizytkę w koscielnej :) poradni małzenskiej, a takze zadeklarował, że się przebada u specjalisty. Tylko, że wtedy, to ja już to miałam daleko. Żadne rozmowy z nikim nie mogły zmoienić mojej decyzji, a to, czy się przebada już mi latało (choć mowiłam mu, zeby to zrobił dla swego dobra).

              Kazdy normalny człowiek ma wytrzymałośc psychiczną i moja sie wowczas (no nieco wczesniej) już SKOŃCZYLA. Ileż mozna "rozumiec", "wspierać" , "nie naciskać itd.?
              Jedni krócej pewnie mogą, inni dłuzej, ale gdy z drugiej strony nie ma odzewu i uczucie się w nas wypaliło to pro prostu NIE MA SENSU Matyldo: szkoda czasu i nerwów. Zycie ma się jedno
              • matylda1001 Re: no wiesz Matyldo :) na forum 23.02.13, 14:28
                kora3 napisała:

                > zwykle mamy do czynienia z relacją jednostronną - skoro ktoś uwaza, że nie warto z taką relacją dyskutować, to po kija pisze w temacie? <

                Warto pisać, ale to jest zawsze takie "gdybanie" i to musi wystarczyć. Piszesz o swoim doświadczeniu... Myślę, że teraz, po 10 latach możesz już spojrzeć na sprawę obiektywnie ale czy zawsze tak było? Gdybyś prowadziła pamiętnik i teraz zajrzała do zapisków z tamtego okresu, to zobaczyłabyś wszystkie emocje, które Tobą wtedy targały, a emocje nie zawsze są dobrym doradcą. W Twoim przypadku nie było lepszego wyjścia i całe szczęście, że znalazłaś w sobie tyle siły, żeby uratować własne życie (to nie frazes), ale nie zawsze są aż takie poważne powody do rozstania.
                • kora3 Wiesz Matyldo akurat ze mną tak było, że 23.02.13, 14:42
                  gdybym wywalila goscia w emocjach po pierwszej, drugiej "jeżdzie" to zaoszczedziłąbym sobie sporo dalszych burzliwych spieć. Niestety bylam nadodpowiedzialna i ...po prostu zdziwiona tym, co się dzieje. Potem stopniowo emocje i sily we nie gasły moja droga.

                  Od pewnego momentu starałam się już tylko jak najpóźniej wracać do domu po pracy (a ze miałam spore grono znajomych, to trudne nie było) i slabo prosiłam, żeby się wyniósl. Ale noie chcial, wiec tak sobie wegetowałam, bo nie miałąm sił go wywalić - serio.

                  Teraz, jakby mi ktoś coś takiego wyczyniał w domu, to wyleciałby w 3 sekundy :) i to bez emocji nijakich. :) Sama na siebie jakiś czas bylam zła, ze tak długo to znosiłam i nie miałam siły, ani odwagi powoezieć bliskim ludziom co się u mnie tak naprawde dzieje. Ścisłe grono znało jakiś wycinek, najmniej hardcorowy pt. róznice miedzy nami.

                  Sporo znajomych, a nawet krewnych na wiesc o rozstaniu i rozwidzie naszym było zwyczajnie zdziwionych. Bo w ich pijeciu rozstawała sie para ludzi niemająca wiekszych problemow: dobry tzw. "start" (własne mieszkanie, samochód), po studiach, pracujący, bez nałogow, z normalnych rodzin. Wiem, ze kilkoro z nich "obstawiało" zdradę, z mojej strony, tym, bardziej, ze bardzo krotko po rozstaniu jeszcze nie formalnym zakochaląm się i zwiazałąm z kimś, kogo znałam jeszcze z pańieńskich czasów. Jesli tak mysleli, ich problem, zwisało mi to i zwisa, ale na serio tego mezczyzny wczesniej w moim życiu nie było w sensie damsko-meskim (w ogole na zywo nie było, znaliśmy się wczesniej, ale kontaktu z sobą pare lat w realu nie mieliśmy, a netowy kurtuazyjny).

                  Tak się "wyglądało", ze mi sie znudziło (no bo ja wykwaterowalam i podałam o rozwod), albo miałam romans wczesniej z tym mezczyzną. Ani jedna, ani druga opcja nie są jak wiesz prawdziwe. :) Zwyczajnie i po prosytu, nie opowiadaąłm wszystkim naokoło co wyprawia moj ówczesny maż, to niby skąd mieli ludzie to wiedzieć?
                  • Gość: Ciec Re: Wiesz Matyldo akurat ze mną tak było, że IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 24.02.13, 21:26
                    Ciekawie sie ten watek rozwinal. Kama zamilkla, ale oddzwiek zostawila duzy. Mimo zapewnien ze to "przeszlosc" ilosc i intensywnosc wypowiedzi nt. osobistych doswiadczen mowia mi ze rozwodu nigdy nie ma sie "za soba". Towarzyszy nam do konca zycia.

                    Wg. mnie, kazde malzenstwo ma dolki, i kazde trzeba probowac uratowac, czasami przez wybaczenie. Najwieksza przeszkoda w stabilnosci malzenstw jest brak komunikacji i egoizm (czesto ida w parze). Brak komunikacji jest pierwszym sygnalem alarmowym, a rzucanie ksiazkami to juz tylko konsekwencja.

                    Poniewaz malzenstwo wymaga wysilku, nowe pokolenia nasycane idealami hedonizmu nie decyduja sie na stale zwiazki. Stad powszechnie widoczna degradacja rodziny, a wraz z tym, dekadencja calych spolecznosci.
                    • kora3 Domorosłe jakies wnioski "naukowe" :) 24.02.13, 22:19
                      byłe malzeństwo ma sie za sobą na tyle, na ile prsestało miec wpływ na obecne życie. Moje eksmałżoeństwo np. bardzo szybko przestało. Ale to nie znaczy, ze nie mam prawa wypowiedzieć się w temacie Kamy:) Nie dorabiaj ideolo Cieciu (sorry, ale nick masztaki)
                      • Gość: Ciec Re: Domorosłe jakies wnioski "naukowe" :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 24.02.13, 22:52
                        Przyznam sie ze mam za soba 25 lat malzenstwa i o rozwodach nie wiem wiele.
                        Ale wiem ze to wspolczesna plaga ktora moze zniszczyc nie tylko pojedynczego czlowieka, ale cala cywilizacje.
                        • Gość: Ciec Re: Domorosłe jakies wnioski "naukowe" :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 24.02.13, 22:55
                          Nauka wyciagnie wnioski za 50 lat. W miedzyczasie widac co sie dzieje. Demograficzne nize, zapasci funduszy emerytalnych, importowanie nieadoptowalnych imigrantow ktorzy chca wiecej funduszy, wojny o "becikowe", etc. A konkubinat jest coraz widoczniejszym substytutem dla rodziny.
                          • kora3 Re: Domorosłe jakies wnioski "naukowe" :) 24.02.13, 23:10
                            Myslę, ze z Tobą na ten temat powznie nie mozna rozmawiac, bo jesteś przerazarty ideologią. Wybaczte slowa, ale jesli ktoś za hedonizm uwaza oczekiwanie, że maz w pełni sił bedzie szukał pracy, czy nie bedzie szarpał żony i rzucał w nią przedmiotami, to chyba ma źle zhierarchiwizowany system wartości.

                            Zwiazek dwojga ludzi nie jest wartoscią samą w sobie. Jest wartoscią, kiedy jest dobry: oparty na szacunku, odpowiedzialności, lojalności, wsparciu i dlatego jest trwały. Jesli trwa, bo ktoś boi się odejśc, nie ma wyjścia itd. to taki zwiazek ani indywidualnie, ani społecznie nie ma żadnej wartosci.
                            • Gość: Ciec Re: Domorosłe jakies wnioski "naukowe" :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 24.02.13, 23:18
                              kora3 napisała:

                              > Myslę, ze z Tobą na ten temat powznie nie mozna rozmawiac, bo jesteś przerazart
                              > y ideologią. Wybaczte slowa, ale jesli ktoś za hedonizm uwaza oczekiwanie, że m
                              > az w pełni sił bedzie szukał pracy, czy nie bedzie szarpał żony i rzucał w nią
                              > przedmiotami, to chyba ma źle zhierarchiwizowany system wartości.

                              Nie probuj ideologii, bo to moze unieprzyjemnic dyskusje. Na razie nie widze zadnej informacji od kamy ktora pozwolilaby obiektywnie zrozumiec sytuacje. Jedyne co widze, to zaburzenie uczciwej komunikacji (o czym sama wczesniej pisalas).
                              • kora3 jasne, 24.02.13, 23:30
                                przecież wszystkie piszące tu (akurat panie byly chyba w wiekszosci, zgodnie zresztą z ZAPYTANIEM w temacie wątku) przyznałyśmy, że sprawa jest nam znana z zatem jednostronnie (jak to na forach zwykle) i pobieżnie. Stąd pojawiły sie różne dywagacje.

                                Koniec końców, moje rozmowczynie tak czy owak przyznały, jako i ja ze jak jest niewiemy, wiec nie wiemy też czy decyzja Kamy o rozwodzie jest ostatecna, czy chwilowa, czy zrobiła coś dla poprawy sytuacji, czy nie itd. No i taka jest prawda.
                                Prawda też jest taka (i też przynana przez panie "broniące" meza kamy i tego malzeństwa), ze czasem naprawde nie warto walczyć (vide wypowiedź Matyldy do mnie - zna pare szczegółow chyba:)) oraz taka, ze niezaleznie od tego, czy ktoś uwaza, ze jednak warto było, a zainteresowany nie chce, to nie chce i na siłę niczego nie posklejasz.
                        • kora3 Zakladam, że trwasz w tym małzeństwie ćwierć wieku 24.02.13, 23:05
                          bo jest Ci dobrze:) Wielu ludzi jest takich i fajnie. Natomiast jesli komuś nie jest doibrze, to można próbowac zmienić sytuacje, ale jesli sie nie da trzeba sie rozstać. Szkoda życia.
                          • Gość: Ciec Re: Zakladam, że trwasz w tym małzeństwie ćwierć IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 24.02.13, 23:14
                            kora3 napisała:

                            > bo jest Ci dobrze:) Wielu ludzi jest takich i fajnie. Natomiast jesli komuś nie
                            > jest doibrze, to można próbowac zmienić sytuacje, ale jesli sie nie da trzeba
                            > sie rozstać. Szkoda życia.

                            Szkoda tylko ze w wielu krajach >50% malzenstw sie rozlatuje. Ciagle trudno mi przyjac ze to normalne. Masz dzieci?
                            • kora3 A do czego ta info jest ci potrzebna? 24.02.13, 23:24
                              Nie, nie mam z wyboru. Wiem, zaraz sie dowiem ... :) Tylko dziwnie jakoś widze, ze ludzie mający dzieci TEZ sie rozwodzą :) i to czesciej niż niemający, bo mających jest wiecej niż bezdzietnych. Wiem zaraz bedzie, ze wielodzietni sie nie rozwodzą - ale to nieprawda. Nie rozwodza sie wielodzietni biedacy, bo nie mają jak - ludzie dobreze sytuowani, takze wielodzietni rozwodzą się, bo ich stać. Oczuywiscie, jesli uznają, ze nie chcą dalej razem zyć, a nie załozenia :)
                              • Gość: Ciec Re: A do czego ta info jest ci potrzebna? IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 25.02.13, 02:00
                                Latwiej jest podejmowac decyzje o rozwodzie gdy nie masz dzieci. Malo ludzi sie zastanawia nad prawami i losami dzieci po rozwodzie, a to duzy problem. W Ameryce widac to na populacji African-Americans. Nawet Obama zauwazyl ze samotne matki, albo matki z boyfriendami to glowne zrodlo biedy i degryngolady w tej grupie etnicznej (niezaleznie od socjalu). Oczywiscie, wiele zalezy od wsparcia rodziny. Znam przypadki rozwodow w Polsce, nawet w mojej rodzinie, ktore skonczyly sie w miare dobrze. A to dzieki temu, ze Polska ma tradycje wsparcia ze strony poszerzonej rodziny (nie tylko w sensie materialnym, ale w sensie wzorcow osobowych). Wiekszosc rodzin w Polsce ciagle sklada sie z matki, ojca i dzieci. Gdy wiekszosc przestanie byc wiekszoscia, jak w przypadku grup etnicznych w USA, wtedy zaczna sie choroby spoleczne na skale grup etnicznych w USA. Niestety, atak na rodzine jest faktem i jest atakiem polityczno-ideologicznym. Rozcienczanie wzorcow rodzinnych na dowolne zwiazki, w tym homoseksualne zle wrozy na przyszlosc.
                                • kora3 Być moze 25.02.13, 11:39
                                  łatwiej:)
                                  Ja wiem, że gdybym miała z eksmezem dziecko/dzieci także bym się z nim rozstała. Widzę też, ze decyzję o rozwodzie podejmują , z różnych przyczyn ludzie dzieci majacy także.

                                  Co do reszty wywodu - opowiem Ci pewną historię.
                                  Wiele lat temu pewną młodą kobietę (28 l. ) i małe dziecko (4 l.) opuścił definitrywnie i na zawsze mąż i ojciec. Kobieta bardzo cierpiała. Owszem - rodzina okazywała jej wsparcie w tej sytuacji.
                                  Po trzech latach od odejścia meza kobieta ta, która już sie nieco otrząsneła, zaczela spotykać się z pewnym mężczyzną - nieco od niej starszym kawalerem, ktorego znała jeszcze jako mezatka z pracy, z tym , ze wówczas zwyczajnie na "dzień dobry". Po roku związała sie z nim, wyszła zan za mąż. Ten męzczyzna traktował jej dziecko, jak własne, ono jego również jak ojca. Od tamtych chwil upłynęło już 33 lata i stan jest nadal taki sam.
                                  Możesz mieć wątpliwości co do tego, czy mam realną wiedzę na temat. Mam - ta kobieta jest moją matką:), a jej mąż moim ojcem.

                                  Wiem, pewnie zaraz mi wyklarujesz, że nie chcialam mieć dzieci i nie uwazam rozwodu za zło, bo sama jestem z rozbitej rodziny:)

                                  Ale ja jestem z rodziny rozbitej przez los, albo jak wolisz Boga: moj ojciec biologiczny bardzo młodo zmarł po prostu. Czy byłaby jakaś w moim życiu roznica, gdyby był nie pozradnym czlowiekiem, który umarl, a np. degeneratem, który odszedłby porzucając zonę i dziecko i nie itetresując sie nimi? W zasadzie NIE.
                                  Ja go tak czy owak nie pamietam i jedynym ojcem jakiego znam, wspaniałym zresztą jest mąż mojej mamy, czyli nominalnie mój ojczym.

                                  W swoim życiu jednak spotkałam wielu ludzi, którzy pochodzili z rodzin rozbitych przez rówzwód. Najczesciej pozostali jako dzieci z matkami. I różnie bywało z ojcami. Znalam takie osoby, które kontakt z ojcami miały świetny - współne wakacje, czeste widywanie sie itd. Ale i takie, których ojciec wcale sie nimi nie interesował, alimenty ściągal komornik, a bywało, ze taki tatuś sie uchylał.

                                  Pochodze z pokolenia, którego rodzice znacznie rzadziej niż rodzice obecnych maluchów, czy nastolatków żyli w zwiazach nieformalnych i mieli z nich dzieci. Wiec te wszystkie dzieci mające tatusiów - widmo po rozstaniu rodziców były dziećmi małzeńskimi. To wcale nie powodowało, że miały lepszych ojców, ani gorszych. Miały ROZNYCH, jak i teraz. I różnie bywało w ich rodzinach po rozstaniu rodziców. tak samo, jak róznie bywało w tych rodzinach, gdzie rodzice się nie rozstawali.

                                  Mója kolezanka z podwórka miała może z 6 lat,jako i ja, kiedy powiedziała mi, że bardzo mi zazdrości, że mój tatuś umarł i go nie ma. Byłąm zdziwiona, bo choć nie czułam bólu po stracie ojca (dziecko szybciej zapomina), to jednak wiedziałam, ze jego smierć dla mamy, dziadków z obu stron i innych ludzi była wielką tragedią. Ale kiedy zobaczyłam co robi taruś tej dziewczynki (to było swieżo po przeprowadzce mojej i mamy do miasta gdzie mieszkali moi dziadkowie) to się dziwić przestałam. Ten gośc lezał pijany w kałuży, nawalony jak stokrotka sikłą bez krępacji pod blokiem, wyklinał i bił matkę tej dziewczynki. W duchu przyznawałąm jej rację - lepiej byłoby, gdyby on zwyczajnie zniknął.

                                  A propos tego, że ludziom trudno sie rozstać, gdy mają dzieci - niedawno rozwiodl się mój dobry znajomy. Ma 3 dzieci, jest po 50-tce. Jego małzeńskie zycie od dawna nie istnieje, ale nie rozwodził się właśnie ze względu na dzieci. Teraz wszystkie są już dorosłe. Spotkal się z nimi nim podał o rozwod, zeby porozmawiać. Sredni syn mu powiedział "Tato, czy Ty myslisz, że my ślepi jesteśmy? Przecież widieliśmy, że zyjecie mamą obok siebie. Dziw, ze dopiero teraz jedno z was podjęło słuszną decyzję. Ułoż sobie życie tato, nim bedzie za późno, bo to co było w waszym małzeństwie, to był jakiś "układ", a nie związek". Ma chlopak rację - co to za małzeństwo ludzi mieszkających w jednym domu w osobnych pokojach, wymieniających organizacyjne uwagi, uprzejmie i tylko tyle?
                                  • Gość: Ciec Re: Być moze IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 25.02.13, 17:30
                                    > Możesz mieć wątpliwości co do tego, czy mam realną wiedzę na temat. Mam - ta ko
                                    > bieta jest moją matką:), a jej mąż moim ojcem.

                                    Czapka z glowy dla twojego Ojczyma!. Zauwaz ze holdowal "starym" wartosciom, czyli malzenstwu i rodzinie. Bral odpowiedzialnosc, etc. Nawet KK zrozumial ze nie kazdy wchodzi z tym nastawieniem do malzenstwa. Stad tyle uniewaznien malzenstw. Prawoslawie poszlo jeszcze dalej: zezwala na jeden rozwod.

                                    Takich jak twoj Ojczym jest teraz coraz mniej. Wola byc "partnerami seksualnymi" z mozliwosciami otwartymi na przyszlosc, albo wchodzic w "malzenstwa jednoplciowe" zeby miec ulgi podatkowe i pokazywac srodkowy paluszek i genitalia na paradach rownosci. Dzieci juz nie sa wartoscia podobnie jak odpowiedzialnosc za drugiego czlowieka. W Polsce to jeszcze nie zaszlo tak daleko, ale objawy dekadencji sa widoczne nawet tutaj.

                                    • kora3 Mylisz się Cieciu :) 26.02.13, 11:41
                                      Mój ojciec jest urodzonym luberalem, jako i ja i być moze także dlatego tak łatwo nam było stworzyć łącząca nas wieź.
                                      On jest z moją matką, bo ją po prostu kocha:) - nie idzie o jakies "hołdowanie starym zasadom". Rozmawialiśmy już gdy byłam dorosła z moim ojcem o poczatkach ich związku z mamą. Przyznał, ze miał obawy i mama też je miała. Dotychczasowy kawaler miał zostać nagle opiekunem dla dwojki dzieci (moja mama opiekowała się już w tym czasie córką swej siostry). Obawiał się czy my go zaakceptujemy z siostrą, czy nas pokocha - to nie tak hop siup i jestesmy szczesliwą rodzinką.

                                      Mam bardzo wiele miłości i szacunku dla mego taty, ale nie uwazam, że należy mu "czapkować" za to, że się z wzajemnością zakochał:)

                                      Konserwatyzmu w moim tacie nie ma za grosz:) Powiedziałabym, ze jest naeet bardziej liberalny, niż moja mama, choc ona tez konserwatyzmem nie grzeszy raczej.
                                      Kiedy oznajmiłam rodzicom, ze rozstaję się z mezem, mama mnie zapytała czy jestem pewna, czy się nie da "naprawić", a tata tylko zapytał, czy nie chcę z nim juz być. Powiedzialam, ze zdecydowanie nie chcę, co skwitował jednym zdaniem: "Zatem nie ma o czym mówić, dzwonimy do adwokata" . Sam wiesz widziesz, że "starym zasadom" pt. "rozwód nie wchodzi w grę" bynajmniej nie hołduje:) Podobnie moim rodzicom nigdy nie preszkadzało, że nie zamierzam brać ślubów, takze z obecnym partnerem - tak wiec sam widzisz, że jakoś nadmiernie konserwatywni to moi rodzice nie są :)
                                      • massaranduba Re: Mylisz się Cieciu :) 26.02.13, 12:35
                                        kora3 napisała:

                                        > Mam bardzo wiele miłości i szacunku dla mego taty, ale nie uwazam, że należy mu
                                        > "czapkować" za to, że się z wzajemnością zakochał:)

                                        Uwielbiam to katolickie przekonanie, ze swietosc malzenstwa polega na poswiecaniu sie :-) No jak nie worek pokutny, to brzemie obowiazku, no nie ma bata, zeby czlowiek po prostu mogl z radoscia realizowac sie w zwiazku, bo taka wiez bez bolu i smetnego wypelniania powinnosci to nic nie warta jest przeciez ;-) I chocbys Kora tlumaczyla jak Abel krowie na rowie, to i tak nie zrozumieja, ze poswiecenie nie idzie w parze z miloscia. Jak dajesz to nie wyliczasz i robisz to z radoscia. Albo martyrologia albo szczescie, bo pogodzic to sie tego raczej nie da :-)
                                        • Gość: Ciec Re: Mylisz się Cieciu :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 13:20
                                          > Uwielbiam to katolickie przekonanie, ze swietosc malzenstwa polega na poswiecan
                                          > iu sie :-)

                                          Wiem ze sie nie poswiecasz i nawet nie kapujesz o co leci. Do tego potrzeba osobistej pokory i jakiegos kierunku w zyciu. Kobiety po czterdziestce i bezdzietne przechodza 2 rodzaje ewolucji: jedne chca udowodnic ze wszyscy inni sa idiotami, szczegolnie jesli maja wiecej dzieci, a drugie maja troche tesknoty ze czegos im zabraklo w zyciu. Ta druga grupa tez chce udowodnic ze inni sa idiotami bo krytykuja metody "naukowego poczecia" po czasie (in vitro).

                                          Faktem pozostaje ze nie dbaja farmerzy co robia indianerzy. Jedni oraja a drudzy siedza na forum calymi dniami i pieprza po proznicy. Kazdy kto mial jakies marzenia w zyciu, poswiecal wiele wysilku dla ich realizacji. Jedni zdobyli dobra edukacje, pozycje zawodowa, rodzinna etc., a inni uwazali ze im sie nalezy mimo ze mieli takie same szanse.
                                          • kora3 No, ja na przyklad uwazałam i uwazam, że 26.02.13, 13:39
                                            mnie się należy:)
                                            Uwazam i uwazałam, ze należy mi się szacunek, poszanowianie godności, nietylaknośc cielesna:) Uwazam, że za dobrą pracę należy mi się dobra płaca, za lojalnośc lojalnośc itd. I wiesz, może to jakaś "magia", ale ja to dostaję :)

                                            Kazdy kto mial jakies ma
                                            > rzenia w zyciu, poswiecal wiele wysilku dla ich realizacji


                                            Ale dlaczego zaraz musi być kolejna "martyrologia" w postaci wielkiego wysiłku?
                                            Ja tam skończyłąm studia jakie chciałam (polibuda) i nie uwazam tego za wyczyn, ani nie kosztowało mnie to wielkiego wysiłku:) - potem wlaściwie hobbystycznie poszłam na zupełnie inne studia podyplomowe (uniwersyteckie) i też je bez wysiłku skończyłam, a ze mi w ich trakcie zapriponowano fajną pracę w tym zawodzie, to sobie zmieniłam branże i też nie uwazam tego za wysiłek.

                                            Dlaczego niektórzy muszą jakieś proste zwyczajne rzeczy zaraz wiązać z wielkimi wysiłkami, poświeceniami itd.?:)
                                        • kora3 no coś w tym Masso jest :) 26.02.13, 13:29
                                          Katolicy zawsze podkreślają, ze miłośc (małzeńska rzecz jasna) to nie uczucie, a wybór i postawa. Nie - miłośc to miłośc, a obowiązek to obowiązek.
                                          To, że każdy związek ewoluuje i miłośc w nim (jesli jest) też -to prawda. Tzw. stan ostrego zakochanie nie trwa wiecznie:) a jesli trwa to jest to stan chorobliwy i anormalny dla organizmu. Ale to, że po iluś tam latach związku nie ma na widok ukochanego/nej motyli w brzuchu za każdym razem, ani nie traci się przytomności, to nie znaczy, ze się nie kocha.

                                          Najlepiej widać to wówczas, gdy dojdzie, tak jak u nas teraz do przymusowego rozstania. Kiedy mój facet pracował tu na miejscu, to czesto zdarzało się, że się mijaliśmy w domu (z racji pracy), albo wracał, kiedy już spałam np. ale zawsze był te 20 pare kilometrow stad. Teraz przez roboczy tydzień dzieli nas 400 i choć nie ejstem "przyspawaną" do faceta kobietą, ani on mężczyzną - cerberem to pierwszy tydzień, dwa tej nowej pracy jego strasznie były dla nas trudne:) Teraz jest już ok. W piątki ogrania mnie radosne oczekiwanie, nawet nie zawsze uświadomione:) Jego też, bo np. dzwoni co chwilę "Już tu jestem, już tam" itd.
                                          Nie mamy nastu lat i jesteśmy w związku prawie 6 lat, po kilku miesiącach znajomości zamieszkaliśmy razem, wiec nie jest to jakaś pierwsza faza zwiazku, ale iskrzy i tak ma być.

                                          Na "postawie i obowiązku" nie da się zbudować szczesliwego związku. To tak, jak z pracą, której ktoś nie lubi, ale MUSI wykonywać - bedzie w niej po prostu przecietny i do tyego sfreustrowany, ale jakoś tam wykona. A jesli sie swoją pracę lubi, to o żadnym obowiązku się nie mysli :)
                                          • Gość: Ciec Re: no coś w tym Masso jest :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 13:55
                                            kora3 napisała:

                                            > Katolicy zawsze podkreślają, ze miłośc (małzeńska rzecz jasna) to nie uczucie,
                                            > a wybór i postawa. Nie - miłośc to miłośc, a obowiązek to obowiązek.

                                            Dla katolikow zasada milosci Boga i blizniego sa podstawa. A juz nie mowie o najblizszej rodzinie ktora jest owocem milosci. I rzeczywiscie malzenstwo od tysiacleci bylo uznawane za podstawowa instytucje do prokreacji i wychowania dzieci. Katolicy zaaprobowali te sprawdzona definicje rodziny. Wprowadzanie dowolnych zwiazkow nie jest czyms nowym, ale spolecznosci oparte na czyms takim po prostu nie przetrwaly (zwykle prawa biologiczne wysmiewane przez liberalow).

                                            > Nie mamy nastu lat i jesteśmy w związku prawie 6 lat, po kilku miesiącach znajo
                                            > mości zamieszkaliśmy razem, wiec nie jest to jakaś pierwsza faza zwiazku, ale i
                                            > skrzy i tak ma być.

                                            A ty myslisz ze ja bylem "przyspawany" do mojej rodziny przez 25 lat? Ze moje dzieci to jakies powory zadajace mi bol?. O booooosze jakie ty masz skrzywione pojecie o katolikach. Potworna pogarda i wykrzywianie zeby udowodnic ze jestes lepsza. Ja nic nie musze udowadniac na cudzy koszt. Chcialem tylko ogolnie porozmawiac jaki wplyw na przezycie spolecznosci maja rozne filozofie. Wiem jednak ze takie horyzonty cie nie interesuja, wiec pozwol ze zakoncze te dyskusje. Jesli ci to pomaga sie dowartosciowac, to mozesz sobie myslec ze jestem zacofany, z kompletnym brakiem nowoczesnej edukacji, przykuty do zony i dzieci lancuchami i zgrzytajacy zebami z tego powodu. Cokolwiek napisze i tak nie ma znaczenia bo ty wiesz lepiej, wiec po co sie wysilac?.

                                            • kora3 Chyba jesteś przeczulony na swoim punkcie 26.02.13, 14:03
                                              Cieciu - serio.

                                              Po pierwsze - pisząc, ze ja nie jestem typem kobiety "przyspawanej" do faceta nie miałam wcale, ze w katolicyzmie ludzie są "przyspawani" . Po prostu istnieje typ kobiet - zupełnie neizalezny od ich swiatopoglądu - które właśnie sa "przyspawane" - muszą lubić to co ich "miś", interesować sie tym co on, w każdej sprawie podejmowac decyzję jaka jemu pasuje itd
                                              • Gość: Ciec Re: Chyba jesteś przeczulony na swoim punkcie IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 14:16
                                                >typ kobiet - zupełnie neizalezny od ich swiatopoglądu - które właśnie sa "przy
                                                > spawane" - muszą lubić to co ich "miś", interesować sie tym co on, w każdej spr
                                                > awie podejmowac decyzję jaka jemu pasuje itd

                                                Owszem istnieje. Ale rozmaite massaranduby uwazaja ze to przypadlosc katolicka i przystepuja do atakow osobistych (sfrustrowana feministka?). Ja, jak wiekszosc dobrych malzenstw, traktuje moja zone jako rownego partnera. Szczegolnie ze mamy zblizona edukacje i zainteresowania, ale to nie jest najwazniejsze. Faktem jest jednak, ze do malzenstwa ludzie musza sie jakos dobrac bo nie kazdy zwiazek bedzie funkcjonowal na dluzsza mete.
                                                • massaranduba Re: Chyba jesteś przeczulony na swoim punkcie 26.02.13, 14:47
                                                  Gość portalu: Ciec napisał(a):

                                                  > Owszem istnieje. Ale rozmaite massaranduby uwazaja ze to przypadlosc katolicka
                                                  > i przystepuja do atakow osobistych (sfrustrowana feministka?)

                                                  A kogoz to ja takim atakiem osobistym urazilam ? Ciebie ? :-D

                                                  > Ja, jak wiekszos
                                                  > c dobrych malzenstw, traktuje moja zone jako rownego partnera.

                                                  Jezeli sie kogos traktuje jak rownego partnera, to sie nie bedzie od niego wymagalo poswiecen, bo to sprzeczne z logika. Partner stoi na rowni ze mna, a wiec nie ma miedzy nami stosunku zaleznosci, zycie jednej osoby nie determinuje zycia tej drugiej, wiec sam sobie przeczysz piszac o partnerstwie, ktore wedlug ciebie jest rownoznaczne z poswieceniem.

                                                  > Faktem
                                                  > jest jednak, ze do malzenstwa ludzie musza sie jakos dobrac bo nie kazdy zwiaz
                                                  > ek bedzie funkcjonowal na dluzsza mete.

                                                  No i o tym wlasnie mowa, zwiazek w ktorym trzeba strasznie duzo energii wkladac, zeby bylo dobrze nie jest udanym zwiazkiem. Dlatego jesli trafi sie na wlasciwa osobe, to mozna zwyczajnie byc szczesliwym bez poswiecania sie.
                                                  • Gość: Ciec To ty przyciemniasz i upraszczasz IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 19:50
                                                    > A kogoz to ja takim atakiem osobistym urazilam ? Ciebie ? :-D

                                                    Sluze szablonikiem i etykietka: "Uwielbiam to katolickie przekonanie, ze swietosc malzenstwa polega na poswiecaniu sie :-) No jak nie worek pokutny, to brzemie obowiazku.."

                                                    "...chocbys Kora tlumaczyla jak Abel krowie na rowie, to i tak nie zrozumieja..."


                                                    >Jezeli sie kogos traktuje jak rownego partnera, to sie nie bedzie od niego wymagalo >poswiecen, bo to sprzeczne z logika.

                                                    Twoja "logika" jest jeszcze jednym nieporozumieniem. Jesli ten facet kamy nie moze znalezc pracy w Radomiu, to moze pojechac do Holandii czy Norwegii. Bylem w takiej sytuacji, tysiace kilometrow od rodziny i bylo to autentyczne poswiecenie. W takiej sytuacji sa tysiace mezczyzn za granicami Polski, ktorzy regularnie posylaja pieniadze rodzinie i napelniaja Norwegow przekonaniem ze tylko mezczyzni sa katolikami (95% uczestnikow mszy niedzielnych w Norwegii to mezczyzni).
                                                  • kora3 wiesz co? 27.02.13, 00:41
                                                    Mój ojciec wiele, wiele lat przed aneksja PL do UE pracował zagranicą. Nieraz bylo to 3 lata bez zjazdu do PL (takei były wówczas układuy na swiecie) i wcalenie uwaza tego za poswiecenie. Dla niego to była NORMALKA. Taka praca, takie warunki.

                                                    Kolejny raz kłania sie to o czym pisalam wczesniej:) Dla niektórych studia, ugotowanie żarcie, posprzatanie toi wiekie poswiecenie i wysiłek :) to sa NORMALNE sprawy człowieku :)
                                                    Teraz pewnie mamy uznac , ze praca mojego faceta to wielki wysiłek, bo MUSI zapracowac na om:) NieW On z palcem w de robiąc to co kocha na ten dom zarabiał na miejscu. Uznaliśmy wspólnie, ze warto przyjąc awans (nie musial) i prace trudniejsza, gorszą dlań emocjinalnie i dojazdową.Bo dawała mu inne mozliwosci.Nkkt go nie zmuszał, ani nie brakłoby na nic gdyby jej nie bral. Nie ma co dorabic ideolo:)
                                                  • Gość: Ciec Re: wiesz co? IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:50
                                                    Społeczeństwo

                                                    Autor:
                                                    (gość portalu) Zaloguj się
                                                    Temat:
                                                    Treść:
                                                    Pogrubienie
                                                    Kursywa
                                                    Podkreslenie
                                                    Wideo
                                                    Link
                                                    Powiadamiaj mnie mailem o odpowiedziach w wątku
                                                    E-mail:

                                                    Na podany adres zostanie wysłany e-mail potwierdzający a następnie dalsze powiadomienia

                                                    Wysłany przez Ciebie post może pojawić się z opóźnieniem do kilku minut.


                                                    Odpowiadasz na:
                                                    kora3 napisała:

                                                    > Mój ojciec wiele, wiele lat przed aneksja PL do UE pracował zagranicą. Nieraz b
                                                    > ylo to 3 lata bez zjazdu do PL (takei były wówczas układuy na swiecie) i wcalen
                                                    > ie uwaza tego za poswiecenie. Dla niego to była NORMALKA. Taka praca, takie war
                                                    > unki.

                                                    Rozumiem. W tym czasie niektorzy mogli jezdzic inni nie. Tak system PRL premiowal swoich. Co do mnie, kazda separacja od rodziny byla poswieceniem i nic na to nie poradze.

                                                    > Kolejny raz kłania sie to o czym pisalam wczesniej:) Dla niektórych studia, ugo
                                                    > towanie żarcie, posprzatanie toi wiekie poswiecenie i wysiłek :) to sa NORMALNE
                                                    > sprawy człowieku :)

                                                    Ta "dyskusja" osiagnela nowe dno. Ja pisze o ROZLACE z RODZINA!!!!! Nie o studiach czy gotowaniu. Czy masz az takie trudnosci ze zrozumieniem jezyka polskiego ze wszysto wykrecasz kota ogonem????

                                                    Rozumiem ze twoj tatus byl kochany, calymi latami siedzial za granica gdy inni w PRL stali po zwyczajna i papier toaletowy. Ale ja nie o tym pisze!!!!
                                                  • kora3 Bardzo typowe :) nic nie umiem, ale też chcę :) 27.02.13, 01:10
                                                    I jeszcze - nie chce mi się, boję się, ale mnie też dajcie

                                                    NIKT nie zabraniał za PRL-u wyjeżdzac na kontrakty. Mój tatuś nie był partyjny ani nie prowadził zajec z KO. Jest inżynierem energetykiem. Z firmy, gdzie przepracował ponad 40 lat wyjezdzała kupa ludzi - chetnych do pracy (a nie opierdzielanki ) i nie bojąca się pracy w upale, w trudnych warunkach. Fakt, kadra kierownicza musiala znac angielski, żeby sie dogadać.

                                                    Ale jasne. Bylo sporo niezdowolonych i sfrustrowanych jak Ty - robic sie nie chciało, ale ZARABIAC chętnie:) Zazdrość zarla, ale checie do pracy i umiejtnoisci nie było.

                                                    Nic sie nie zmieniło:) Ile razy moj facet wysłuchiwał, ile to jego pion l zarabia:) A inni hehe DOBRZY za biurkiem :) połowę albo 2/3 mniej. Zawsze powtarza : brakuje nam ludzi, są szkolenia, zapraszam do nas. Na 1,5 tys. mozliwych zgłasza się KILKU chetnych :) Bo to niebezpieczne i trza umieć coś a nie tylko zazdrościc kasy. :) Narzekać i "zawiscić " kazdy głupi umie :)
                                                    Dam Co roczny zapas papieru toaletowego i co chcesz tylko sie z nim, albo byle jakim jego podwładnym zamień:) Dasz radę ?:)
                                                  • Gość: Ciec Re: Bardzo typowe :) nic nie umiem, ale też chcę IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 03:08
                                                    > NIKT nie zabraniał za PRL-u wyjeżdzac na kontrakty. Mój tatuś nie był partyjny
                                                    > ani nie prowadził zajec z KO. Jest inżynierem energetykiem.

                                                    No wiesz, chyba zylas w innym PRLu. Moj tez byl inzynierem energetykiem. Nawet mial patenty. Nikt go nigdy nie awansowal: "dobry fachowiec ale bezpartyjny". Gdy chcial pojechac na kontrakt, to dali mu ludzi do szkolenia ktorych potem wyslali, a jemu powiedzieli ze "jest potrzebny na miejscu". Tymczasem dyrektor, szef PZPR i zwiazkow zawodowych jechali zeby "nadzorowac" (najwyrazniej nie byli potrzebni w kraju bo moj ojciec de facto byl dyrektorem z tytulem P/O "pelniacy obowiazki").

                                                    Pokornie stal w kolejkach od 4 rano po chleb, a potem inni czlonkowie rodziny stali po zwyczajna (raz ze zmielonym szczurem w srodku), paste do zebow, papier toaletowy i inne koniecznosci zyciowe. Nie uwazal tego za poswiecenie ale uwazal ze ten system nie byl wart funta klakow. Ci co pojechali za granice szli do peweksu i o dziwo, nie narzekali. Ja mysle ze to wina mojego ojca bo odmowil wstapienia do partii.
                                                  • kora3 Tak, piużalaj się :) 27.02.13, 10:14
                                                    Moi rodzice nigdy partyjni nie byli, ani biologiczny ojciec, ani mama ani tata, dziadkowie również.
                                                    W kolejkach też się stało - wiadoma rzecz.
                                                    Ale jesli chodzi o wyjazdy na kontrakty to nie było jakiegoś problemy w kazdtm razie wfirmie, gdzie pracował mój ojciec, z tym, ze fachowiec bezparyjny był:) Wiem to na bank, bo podwładnym mego ojca był gośc, którego brat i stryj byli ksieżmi, a siostra zakonnicą :) i też jeździł.

                                                    Nie kazdy natomiast miał i ma predyspozycje do takiej pracy, nie kazdy umie poradzic sobie z rozłąką z rodziną. No i w kadrze kierownieczej potrzebna była znajomośc jezyka, w niższej o ile wiem - niekonieczna
                                                  • majaa Re: Tak, piużalaj się :) 27.02.13, 10:25
                                                    kora3 napisała:

                                                    > Ale jesli chodzi o wyjazdy na kontrakty to nie było jakiegoś problemy w kazdtm
                                                    > razie wfirmie, gdzie pracował mój ojciec, z tym, ze fachowiec bezparyjny był:)
                                                    > Wiem to na bank, bo podwładnym mego ojca był gośc, którego brat i stryj byli ks
                                                    > ieżmi, a siostra zakonnicą :) i też jeździł.

                                                    Ja tylko w kwestii formalnej;) To, że połowa rodziny faceta była związana z kościołem, to bynajmniej nie musi oznaczać, że sam facet był bezpartyjny. Mógł się wyłamać z rodziny, nie?;)
                                                  • kora3 Majka, ale my go znamy :) 27.02.13, 10:55
                                                    To gośc bezpartyjny był zawsze. Wiem, ze rodzina o niczym nie swiadczy :) - ale w jego przuypadku tak wlasnie bylo, że "swiadczyła":)
                                                  • kora3 A poza tym wszystkim Maju :) 27.02.13, 11:03
                                                    Wiesz, ja mam uczulenie na ludzi, którzy zawsze u kogoś widzą lepsze, droższe, dogodniejsze, a oni ciezko przez los pokrzywdzeni. Bo tacy ludzie zwykle widza tylko plusy czyjego "lepszego życia", ale minusów za grosz. Nie widza też tego, ze ktoś musi wiecej od nich robić, umieć itd. Widzą tylko to, ze komuś "lepiej" np. finansowo.

                                                    Mamy takich znajomych - wiecznie narzekają i porównują się z innymi. Bo tamci mają wiecej kasy, bo tamci mają wieksze lokum, lepszy samochód, bo awansowali - cokolwiek. A oni nie.
                                                    Trudno jednak, by ktoś awansował kogoś, kto na 5 lat pracy gdzieś "dobrego" był w niej 2 lata, trudno, zeby ktos znalazł lepszą prace, skoro jej nie szuka, a w swojej robi tylko tyle, żeby nie podpaść - proste. Jednak tego nie widzą - widzą tylko lepsze owoce pracy, cy trudu innych, ale samej pracy, czy trudu - nie. Moze im się wydaje, ze jak się tak sami obijają, to wszyscy tak robią tylko tym wszystkim innym krocie za obijanie płacą :)
                                                  • majaa Re: A poza tym wszystkim Maju :) 27.02.13, 11:53
                                                    Mnie też drażnią tacy ludzie, wierz mi. Tylko dlaczego z góry zakładasz, że Cieć właśnie do nich należy? Taka ocena może być bardzo krzywdząca. Ja akurat nie sądzę, żeby mu tu chodziło o użalanie się nad sobą. To dobrze, że Twojemu tacie tak się udało. Ale za komuny naprawdę nie wszystko było takie jasne, proste i oczywiste. I wcale nieprawda, że każdy zdolny, mądry i pracowity był odpowiednio doceniany i honorowany tylko za same te zalety, a "pod górkę" miały tylko leniwe głąby. Zresztą przecież nawet i teraz nie jest to regułą. Trzeba pamiętać, że w komunie władza (w szerokim pojęciu, i ta państwowa, i ta zakładowa) miała znacznie większe prawo i możliwości do okazywania swoich "humorów". Obywatel za to miał prawa mocno ograniczone.
                                                  • kora3 Re: A poza tym wszystkim Maju :) 27.02.13, 12:48
                                                    wiesz, założyłam tak z powodu stopnia zacietrzewienia kolegi w tym temacie:)
                                                    Poniekąd sama mogłabym mu odpowiedzieć, że wowczas rzadko sie zdarzało, zeby osoba bezpartyjna dochodziła do dyrektorskiego stołka (nawet p.po), bo faktycznie rzadko tak bylo, ale wierze mu, bo bywało. Ojciec mojego kolegi, bezpartyjny człek, był dyrektorem sporego zakłądu pracy.

                                                    Rzecz w tym, że Cieć tak napisał, jakby za PRL_u tylko ludzie partyjni mogli wyjechać na kontrakt, mieć lepszą prcę, albo li też studia skoczyć. Tak nie było.

                                                    A JEST tak zawsze, że jeden malepiej, a inny gorzej, np. finansowo, zdrowotnie,itp. Pretenske mozna mieć do losu :)
                                                • kora3 Hola hola 27.02.13, 00:16
                                                  To Massa "coś tam ci robi" piszac, czy ja :)? Bo najpierw było, ze ja, teraz ze ona.

                                                  Massa nic nie pisała o przyspawanych backachg, pisałam o nich JA - tylko to, e JA taka nie jestem. Nic nie było o tym, że takie kobiety są katoliczkami. czy nie. Z prostej przyczyny - przyspawane bywają kobiety róznego światopoglądu - niezależnie od poziomu intelektu, zaiteresowań, czy samodzielności np. finansowej w zwiazku w porównianiu z partnerem/mezem/chlopakiem.
                                                  Nie wmawiaj wiec nam teraz ze ktorakolwiek z nas mowila o katoliczkach :)
                                                  • Gość: Ciec Hola hola: jestes przeczulona na swoim punkcie IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:26
                                                    kora3 napisała:

                                                    > To Massa "coś tam ci robi" piszac, czy ja :)? Bo najpierw było, ze ja, teraz ze
                                                    > ona.

                                                    Przeczytaj najpierw kogo cytuje i komu odpowiadam.
                                                  • kora3 Pisałeś do mnie Cieciu 27.02.13, 00:30
                                                    o ile pamietam, że przypisuje przyspawenaie katoliczkoim i mam wrogi do katolików oraz pogardliwystosunek. Kazdy moze sobie to przeczytać:) Potem czepiłeś się Massy :)
                                                    Bądź facetem z jajami i przyznaj, ze nadinterporetrowałeś a nie wykrecaj sie teraz :)
                                                  • Gość: Ciec Re: Pisałeś do mnie Cieciu IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:34
                                                    Massa pytala kiedy byla obrazliwa i dlaczego. Odpisalem zaraz pod pytaniem. I kto tu nie ma jaj????
                                                  • Gość: Ciec Re: Pisałeś do mnie Cieciu IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:41
                                                    Jeszcze raz: przeczytaj komu odpowiadam i kogo cytuje. To fakt ze ona zwraca sie do ciebie z ta krowa wiec powinnas wiedziec kto co napisal. Ja nie mieszam jej do dyskusji tylko ona sama sie miesza i osmiesza.
                                                  • kora3 To nie twe słowa w odp. na moje ?:) 27.02.13, 00:50

                                                    Kora napisala:
                                                    Nie mamy nastu lat i jesteśmy w związku prawie 6 lat, po kilku miesiącach znajo
                                                    > mości zamieszkaliśmy razem, wiec nie jest to jakaś pierwsza faza zwiazku, ale i
                                                    > skrzy i tak ma być.

                                                    Ciec napisał:
                                                    A ty myslisz ze ja bylem "przyspawany" do mojej rodziny przez 25 lat? Ze moje dzieci to jakies powory zadajace mi bol?. O booooosze jakie ty masz skrzywione pojecie o katolikach. Potworna pogarda i wykrzywianie zeby udowodnic ze jestes lepsza. J

                                                    Mam halucynacje? Nie mam - wiec wszystko jasne :) I kto nie ma nabiału?:)
                                                  • Gość: Ciec Re: To nie twe słowa w odp. na moje ?:) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:53
                                                    To bylo do ciebie. Ale ty odpisalas bez cytatu pod massa. To bardzo niechlujnie naginac watki.
                                                  • kora3 Do mnie było czy nie ?:) nt 27.02.13, 01:12

                                                  • Gość: Ciec Do mnie było czy nie ?:) nt: osobiscie IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 03:20
                                                    forum.gazeta.pl/forum/w,29,142680313,142816309,Re_Chyba_jestes_przeczulony_na_swoim_punkcie.html
                                                    Nie bylo do ciebie. Bylo do tej Mass*duby. I rozumiem dlaczego usilujesz mnie wcisnac w szablonik, mieszac watki etc. Po prostu twoje argumenty sa siermiezne, two tatus byl normalnym obywatelem ale "liberalem" ktoremu bylo wszystko jedno czy mieszka z rodzina czy bez. Moze nie byl partyjny, ale stanowczo nie byl praktykujacym katolikiem co liczylo sie wysoko w kregach PZPR. A juz mowienie ze kazdy mogl wyjechac na kontrakt z PRLu podwaza twoja wiarygodnosc do tego stopnia ze zdecydowanie nie jestes zdolna do obiektywnej oceny i uczciwej dyskusji. Dlatego nie bede sie wiecej odzywal w tym watku. W miedzyczasie insynuujesz ze inni nie byli wykwalifikowani do wyjazdow bo nie umieli pracowac tak jak twoj tatus.
                                                  • kora3 hehe - poziom piaskownicowy :) 27.02.13, 10:03
                                                    Facet z jajami przynajmniej umiałby przyznać się do kogo co pisał :)
                                        • majaa Re: Mylisz się Cieciu :) 26.02.13, 13:34
                                          Wybacz, ale kompletną bzdurą jest stwierdzenie, że poświęcenie nie idzie w parze z miłością. Trudno jest bowiem się poświęcać, zwłaszcza drugiemu człowiekowi, jeśli nic szczególnego się do niego nie czuje. Poza tym, nie rozumiem, dlaczego poświęcenie kojarzy Ci się wyłącznie z martyrologią? Przecież poświęcać się komuś lub czemuś można też z wielką radością i pasją.
                                          • kora3 Maju, owszem, można 26.02.13, 13:58
                                            poświecac się dla kogoś, z kim nie jest się blisko. Np. z litości, z poczucia obowiązku. Ja sie tak parę razy poświecałam swej pracy - dla zupełnie obcych ludzi, z którymi żadna więź mnie nie łączyła. Bo bylo mi ich szkoda i wiedzialam, ze sobie nie poradzą. Dlatego poświecalam swój czs i energię, a czasem kasę na to, żeby załatwić sprawy, których dla nich wcale z racji zawodowych załatwiać nie musiałam.
                                            • Gość: Ciec Re: Maju, owszem, można IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 14:08
                                              > poświecac się dla kogoś, z kim nie jest się blisko. Np. z litości, z poczucia o
                                              > bowiązku. Ja sie tak parę razy poświecałam swej pracy - dla zupełnie obcych lu
                                              > dzi,

                                              A dla mnie nie ma "obcych ludzi", i pomagam z milosci a nie z litosci. Czesto pomagam ludziom ktorych nigdy nie spotkalem osobiscie ale bylem w stanie pomoc. Jesli nie jestem w stanie, szukam odpowiednich organizacji charytatywnych i deklaruje finansowe wsparcie.
                                              • kora3 Pitupitu :) 27.02.13, 01:23
                                                Popracuj jeden dzien na serio pomagają to pogadamy :) Kasa to nie wszystko - masz sytuacje ,ze3 pomoc jest potrzeba na dziś i kasę za ydzuień mizesz w tyłęk wsadzić - teorią zaganiasz bo nie masz takich spraw
                                                :)
                                            • majaa Re: Maju, owszem, można 26.02.13, 14:33
                                              Tak, ja wiem, Koro, że można się poświęcać jeszcze z innych powodów, ale chodziło mi akurat konkretnie o nieprawdziwe stwierdzenie Massy. Prawdziwi chrześcijanie twierdzą zresztą, że ta litość czy poczucie obowiązku też poniekąd wynikają z miłości - takiej ogólnie pojętej miłości, życzliwości do wszystkich ludzi:)
                                              • massaranduba Re: Maju, owszem, można 26.02.13, 15:40
                                                majaa napisała:

                                                > Prawdziwi chrześcija
                                                > nie twierdzą zresztą, że ta litość czy poczucie obowiązku też poniekąd wynikają
                                                > z miłości - takiej ogólnie pojętej miłości, życzliwości do wszystkich ludzi:)

                                                A slyszalas moze o zonach alkoholikow, ktore niosa swoj krzyz ? To jest wlasnie najlepszy przyklad poswiecania sie z falszywie pojetej milosci. Zamiast wiec wywalic delikwenta na zbity pysk opiekuje sie nim i stwarza idealne warunki, zeby mogl pic sobie dalej. Kazdy terapeuta od uzaleznien powie ci, ze dopoki alkoholik nie spadnie na samo dno, to nie nabierze checi aby wyjsc z nalogu. Tymczasem kochajaca zona skutecznie mu te terapie uniemozliwia, sama siebie przy okazji niszczac.
                                                • majaa Re: Maju, owszem, można 26.02.13, 17:37
                                                  Owszem, słyszałam, tylko że niestety to już jest problem tych konkretnych żon. Bo jeśli chcesz przez to powiedzieć, że chrześcijaństwo, czy może konkretniej - katolicyzm, promuje jakieś "chore", niszczące uczucia, to znaczy, że ani Ty ani te żony nie macie zielonego pojęcia na ten temat. To nie znaczy bynajmniej, że alkoholika nie można i nie da się kochać. Trzeba i można. Tylko że miłością mądrą, "twardą", gdzie dla jego dobra trzeba czasem postępować bezwzględnie.
                                              • kora3 Nawet jesli tak podejdziesz Maju 27.02.13, 00:25
                                                to nadal nie mozna porownać takiego czegoś z miłoscią autentyczną -mozna mówić o milosci bliżniego.
                                                Wyjasnie Ci to na przykladzie: jest kilka osob, za które gotowa bylabym oddać życie - moi rodzice, partner, siostra i siostrzeniec, paru przyjaciół. I jest wiele, dla których mogłabym się nbiewyspać, zrezygnoiwac z wyjscia na imprezę, czy wyjazdu, z jakiegoś zakupu, żeby poswiecic dla nich pieniądze, czas, energie itd. To sa RÓZNE sprawy. Nie mizna rozpatrywac tego tak samo.

                                                Kiedy miałam powazne kłopoty moj przyjaciel od (obecnie) 26 lat (wowczas ok. 15) przyleciał z NY ryzykując karierę by mnie wspierac. Dla OBCEJ osoby by tego nie zrobil. co nie znaczy, ze odmówiłby jej pomocy. Pomagałby na ile mógłby stamtąd- na tym polega ta róznica
                                                • majaa Re: Nawet jesli tak podejdziesz Maju 27.02.13, 10:19
                                                  :) Wiesz co, Koro, odnoszę wrażenie, że choć mówimy tym samym językiem, to mamy spore kłopoty z porozumieniem. Sorki, ale nie pierwszy już raz tłumaczysz mi rzeczy oczywiste:) Toż ja wiem, że miłość do męża czy dziecka różni się od tzw. miłości bliźniego. Miłość, jak to mówią, nie jedno ma imię;) Ale czy to znaczy, że nie jest miłością autentyczną? Co to znaczy, według Ciebie, "miłość autentyczna" i dlaczego uważasz, że miłość do bliźniego taka nie jest?
                                                  • kora3 No faktycznie trudno nam się porozumieć Maju 27.02.13, 10:51
                                                    Zacznijmy od miłości bliźniego zatem. Miałam kiedyś okazję rozmawiac w temacie z fajnym ksiedzem:) Chrześcijańska miłośc bliźniego nie oznacza, że mamy autentycznie kochać, czy nawet lubić wszystkich. Oznacza, że mamy nie krzywdzić, nie życzyć źle, w miare mozliwosci pomóc jesli ktoś potrzebuje pomocy - tyle. Wiem, ze to oczywistośc, ale tak czesto szafuje się tym wyrazeniem, ze ludzie sobie wyobrazają Bóg wie co na jego temat:) Oczywiscie niektórzy.

                                                    Czy to jest miłośc autentyczna:) No cóż - tu mozna się zastanawiac. Przede wszystkim nad tym dlaczego ktoś okazuje ową "miłośc bliźniego"? Bo ma taki charakter? Bo chce być zbawiony? Bo żal mu kogoś? Bo w końcu - realizuje się w taki sposób?
                                                    Z jakichkolwiek pobudek ktoś pomaga np. i tak pomoc jest pomocą i dobrze, ze jest. Rzecz w tym, że trudno tu mówić o miłości w sensie w jakim ją zwykle pojmujemy.

                                                    Miłość dwojga ludzi to jednak coś innego niż miłośc bliźniego. Poza zrozumieniem. szacunkiem itd., które powinniśmy okazywać KAZDEMU, jest tu coś wiecej i nie udawajmy, że nie.

                                                    Pomiedzy kochającymi się na serio ludzmi jest szczegolna więź. Nie ma znaczenia, czy jest też jakaś formalna, bo przecież z przyjaciółmi zadnych umow się nie zawiera, a są to osoby bliskie, choć status cywilnoprawny mają nierzadko taki jak zupełnie obca osoba :)

                                                    Moj wywód dotyczył tego, że okazanie komuś pomocy, wsparcia wcale nie musi świadczyc o szczegolnej wiezi łączącej nas z tym kimś - ot zwyczajnie szkoda Ci kogoś, czujesz się jakoś tam zań odpowiedzialna itd.

                                                    No trudno to przyznasz porównać do zwiazku i miłości w nim, czy w ogóle miłości do kogoś bliskiego (niekonieczmie zaraz w damsko-meskiej relacji).
                                                    Ostatnio miałam taki czas, ze najpierw byłam 3 tyg. uziemiona w domu (niesprawna noga), a potem miałam ciezką grypę. Nie mam tu rodziny żadnej, a mój partner pracuje w tygodniu daleko poza domem.
                                                    Zakupy, sprzątanie jakieś, wykup leków - to wszystko załatwiali moi przyjaciele. Osoby mi bliskie, acz zupełnie nieformalnie. Jednak, gdy moja sąsiadka z naprzeciwka przypadkiem dowiedziala się, zem chora (tak wpadla pożyczyć kawy, bo jej się nie chciało iśc do sklepu:)), to dała mi reprymendę - za to, ze nie zapukałam, nie powiedzialam, ze mam taka sytuację i czegoś mi potrzeba, bo przecież by mi kupili, przynieśli, zrobili itd.

                                                    Ładny gest ze strony sąsiadów - znamy się, lubimy, ale jakoś bardzo blisko nie jesteśmy. No, ale ssiadka w potrzebie - NORMALNE, że chcieli pkmóc, tym bardziej, ze dla nich to nie jakiś wysiłek wielki parę bułek wiecej przynieść z piekarni. Tymczasem moi przyjaciele czasem jechali z drugiego końca miasta :) Bo to wlasnie PRZYJACIELE - na tym to polega.

                                                    Gdyby ich nie było? No też dałąbym radę - mój facet przyjeżdza w piątkoqwe noce, po drodze moglby duze zakupy zrobić, czy w sobotę, a po coś na cito zawsze mozna posłać taksówkarza. Ale jak powiedziałąm mojemu eksparterowi, że nie musi przyjeżdzać, zamówię na taksi, to sie niemal obraził. "Co to Ty mnie nie masz, innych ludzi, żeby ci taksowkarz zakupy robił? Daj mi godzinę." Normalna sprawa.
                                                    Czy rzucałby wszystko dla kogoś obcego? Pewnie w normalnych warunkach - nie. Itu jest ta róznica miedzy bliskością, a ogolnie "miłością bliźniego" :)
                                                  • majaa Re: OK, teraz... 27.02.13, 11:33
                                                    wiem, o co Ci chodziło z tą miłością i mogę się z tym w zasadzie zgodzić:) Tak więc nie ma w tym żadnej przesady, że miłość nie jedno ma imię, nie zawsze oznacza dokładnie to samo, choć takim samym słowem się ją określa:)
                                                  • kora3 Owszem, tyle, ze mnie nazwa "miłośc bliźniego" 27.02.13, 12:51
                                                    na zwyczajną przyzwoitośc jakoś nie pasuje. Miłośc to miłośc, a przyzwoitośc, życzliwosc, to co innego dla mnie
                                          • Gość: Ciec Re: Mylisz się Cieciu :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 13:59
                                            majaa napisała:

                                            > Wybacz, ale kompletną bzdurą jest stwierdzenie, że poświęcenie nie idzie w parz
                                            > e z miłością.

                                            Wyjelas mi to z ust wiec nie wiem dlaczego sie stawiasz? To ta jakas tam duba zaczela od przesmiewania slowa "poswiecenie", ale to ci nie przeszkodzilo zeby mnie za to zaatakowac. Jeszcze jedna potrzebujaca dowartosciowania?
                                            • majaa Re: Mylisz się Cieciu :) 26.02.13, 14:14
                                              Gość portalu: Ciec napisał(a):

                                              > majaa napisała:
                                              >
                                              > > Wybacz, ale kompletną bzdurą jest stwierdzenie, że poświęcenie nie idzie
                                              > w parz
                                              > > e z miłością.
                                              >
                                              > Wyjelas mi to z ust wiec nie wiem dlaczego sie stawiasz? To ta jakas tam duba z
                                              > aczela od przesmiewania slowa "poswiecenie", ale to ci nie przeszkodzilo zeby m
                                              > nie za to zaatakowac. Jeszcze jedna potrzebujaca dowartosciowania?

                                              :) Ale o co Ci chodzi? Komu ja się "stawiam" i w jakim sensie? W żadnym też razie Cię nie atakowałam, bo całkowicie zgadzam się z tym, co napisałeś. To raczej Ty mnie teraz atakujesz i to zupełnie niesłusznie:)
                                              • Gość: Ciec Re: Mylisz się Cieciu :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 14:20
                                                > > > Wybacz, ale kompletną bzdurą jest stwierdzenie, że poświęcenie nie
                                                > idzie
                                                > > w parz
                                                > > > e z miłością.

                                                Moze to nieporozumienie. Ale pod tytulem "Mylisz się Cieciu :)" zobaczylem powyzsze zdanie o bzdurze. Jesli to bylo do tej mass*duby to jakos powinnas byla zaznaczyc.
                                            • majaa Re: OK,Cieciu :) 26.02.13, 14:21
                                              Gość portalu: Ciec napisał(a):

                                              > majaa napisała:
                                              >
                                              > > Wybacz, ale kompletną bzdurą jest stwierdzenie, że poświęcenie nie idzie
                                              > w parz
                                              > > e z miłością.
                                              >
                                              > Wyjelas mi to z ust wiec nie wiem dlaczego sie stawiasz? To ta jakas tam duba z
                                              > aczela od przesmiewania slowa "poswiecenie", ale to ci nie przeszkodzilo zeby m
                                              > nie za to zaatakowac. Jeszcze jedna potrzebujaca dowartosciowania?

                                              Chyba już wiem, o co Ci chodzi - nie zmieniłam tytułu i tamten mój post wciąż nazywa się "mylisz się Cieciu":D
                                      • Gość: Ciec Re: Mylisz się Cieciu :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 13:23
                                        kora3 napisała:

                                        > Mój ojciec jest urodzonym luberalem, jako i ja i być moze także dlatego tak łat
                                        > wo nam było stworzyć łącząca nas wieź.

                                        Liberalem mowisz, a jednak zostal malzonkiem a nie partnerem seksualnym. A jednak staromodnie kochal twoja matke i wybral zycie rodzinne. Staromodni liberalowie ciagle jednak nie zaszli tak dalego jak nowe pokolenie.
                                        • kora3 Re: Mylisz się Cieciu :) 26.02.13, 13:44
                                          Myslę, że się pobrali ze względow praktyczny akurat. Mój ojciec pracował na kontraktach wielu odległych krajach. W tamtych czasach paszportu nie dostawało się ot tak, bo się złozyło wniosek :) Żona miałą wieksze szanse na paszport na wyjazd do mea, niż obca osoba. Poza tym kwestie bankowe, kont walutowych itd.
                                          • Gość: Ciec Re: Mylisz się Cieciu :) IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 26.02.13, 14:03
                                            > ot tak, bo się złozyło wniosek :) Żona miałą wieksze szanse na paszport na wyj
                                            > azd do mea, niż obca osoba. Poza tym kwestie bankowe, kont walutowych itd.

                                            Odwiedziny w szpitalu, spadek i ulgi podatkowe. To sa czolowe argumenty zwolennikow zwiazkow jednoplciowych. A ja sie ozenilem z milosci i z checi posiadania rodziny skladajacej sie z matki, ojca i dzieci. Ot takie zacofane idealy katolickie.
                                            • kora3 odwiedziny w szpitalu 27.02.13, 00:27
                                              to i wowczas, ja teraz dalo się załatwić notarialnie, a nijakie ulgi moim rozicom nigdy nie przyslugiwały - za duży dochód mieli :)

                                              Mozna się żenić, albo nie - nikt nie zabrania. Rozwodzenia sie też i cool:)
                                              • Gość: Ciec Re: odwiedziny w szpitalu IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:33
                                                kora3 napisała:

                                                > to i wowczas, ja teraz dalo się załatwić notarialnie

                                                To skad te wojny o malzenstwo dla homoseksualistow???? Jako liberalna kobieta powinnas mnie oswiecic.
                                                • kora3 uwazam, że 27.02.13, 00:45
                                                  homo powinni miec prawo wspólnie sie rizliczać bedac w stalym związku i prowadząc wspólne gospodarwtwo.
                                                  tak samo zresztą jak kazda inna wsolnota gospodarcza - rodzina z małoletnimi dziecmi, doroslymi, kilkoro przyjaciół/ znajomych, rodzeństwo. To dla mnie logiczne
                                                  • Gość: Ciec Re: uwazam, że IP: *.lightspeed.sntcca.sbcglobal.net 27.02.13, 00:56
                                                    kora3 napisała:

                                                    > homo powinni miec prawo wspólnie sie rizliczać bedac w stalym związku i prowadz
                                                    > ąc wspólne gospodarwtwo.
                                                    > tak samo zresztą jak kazda inna wsolnota gospodarcza - rodzina z małoletnimi dz
                                                    > iecmi, doroslymi, kilkoro przyjaciół/ znajomych, rodzeństwo. To dla mnie logicz
                                                    > ne

                                                    Zgoda. Jak piszesz, to wszystko mozna zalatwic notarialnie bez podkopywania instytucji malzenstwa.
                                                  • kora3 nie , nie mozna 27.02.13, 01:17
                                                    Jesli załozmy dwojka przyjacioł/ rodzeństwa/ rodzice z dosrosłym bezrobotnym dzieckiem prowadzą razem gospodarstwo, to nie moga rzem się rozliczyć.
                                                    Nie walcze o swew prawa (miłośc blizniego) - my i tak na zadne ulgi sie nie łapalibyśmy :)
                                                  • Gość: baronin Re: gwalt psychiczny na dzieciach IP: *.pools.arcor-ip.net 27.02.13, 11:04
                                                    pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_alienacji_rodzicielskiej
                                                    czy ten problem jest w Polsce brany pod uwage
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka