W Albanii byliśmy w dwie pary, z kolegą Albańczykiem, więc on dogadywał się
na miejscu. Przez to płaciliśmy mniej niż zagraniczni turyści za np. bilety
wstępu. Nie było też problemu z pytaniem o drogę, bo oznakowanie jest raczej
marne. Jechaliśmy przez Słowację, Węgry, Serbię i Czarnogórę. W Belgradzie
natknęliśmy się na spitego Stasiuka, który miał tam wieczór autorski, promując
przetłumaczonego na serbski "Białego kruka". Ponoć też zmierzał do Albanii,
ale nie udało nam się go zagadnąć, bo maszerował wężykiem.
----
Do Albanii wjechaliśmy 4 sierpnia po południu przejściem z Czarnogóry przez
Sukobin. Przejście małe, droga doń niezła, żadnych kolejek i opłat za
"dezynfekcję". Pierwszy widok za przejściem to grupa ludzi na drodze i
mercedes do góry kołami który dopiero co spadł z wysokiej skarpy. Drugi to
drewniany wąski most u wjazdu do Shkoder. Wymieniliśmy kasę w kantorze wymiany
walut. Kantor był ubrany w dres, siedział na plastikowym krzesełku koło hotelu
Rozafa, a obok niego stał strażnik. Kurs 1E=120 leke. Hotel Rozafa wyglądał
słabo, obok był mały hotelik no name z twardą w negocjacjach cenowych babą.
Zgodziliśmy się na dwójki z łazienkami i tv za ok. 20E, bo robiło się ciemno.
Na skwerze w centrum panowie grali w szachy i domino, piknikowały rodziny. Po
zmroku zaczęła się pasarela krótkimi zachowanymi uliczkami starego miasta. Nie
ma ich wiele, było tam kiedyś trzęsienie ziemi, które zniszczyło miasto. Jest
tam kilka nowych meczetów, w tym jeden zwany Ołowianym Meczetem (takie ma
pokrycie dachu).
Ok 22 pasarela się skończyła i przysiedliśmy w barze na fernecie. W Shkodrze
była kiedyś fabryka papierosów DS, które za komuny trafiały nawet czasem do
Polski. Jest też klub sportowy Vllaznia (Braterstwo). Na drugi dzień rundka
spacerowa po mieście. Był to dzień wypłaty i pod nielicznymi bankomatami
tłoczyli się zaaferowani obywatele. Jak się okazało, kasę wypłaca się od razu,
w razie gdyby zabrakło. Ludzie nie ufają bankom, po krachu piramid finansowych
w 1997. Po tym wydarzeniu, jak wiemy, w Albanii zapanowało bezhołowie, podobno
rozkradano koszary z bronią, w małym mieście pod Gjirokastrem przez dobre pół
roku rządzili reketierzy z karabinami, policja i autobusy się tam nie
zapuszczały. Targowisko z butami - setki na oko uzywanych
butów wypchanych gazetą, po jednym w stosach. Dziurawe chodniki - nie ma
budżetu, bo nikt nie płaci podatków. Warczące generatory przy sklepach i
lokalach, bo miasto nie płaci za prąd i wyłączają. Dziurawe drogi, ale tylko w
mieście. Poza - już lepiej. Podjechaliśmy na Rozafę, gdzie są ruiny tureckiej
twierdzy. Turystów może z 2 i kilka zakochanych par. Twierdza została
zbudowana po odczarowaniu złego uroku w ten sposób, że zamurowano w niej
podobno żywcem i stopniowo młodą kobietę o tym imieniu.
Widoki z Rozafy piękne - na miasto i góry za nim, na zakola rzeki, na jezioro
Szkoderskie. Jadąc wzdłuż jeziora pojechaliśmy do Krui.
Kruja to głównie twierdza, odbudowana według planów córki Envera Hoxhy, nowe
muzeum Skanderberga i ciekawe muzeum etnograficzne w postaci zachowanego domu
bogatego mieszczanina, z wytwornym salonem dla panów, pokojem panny młodej z
freskami na ścianach, kuchnią itp.
Po drodze do twierdzy jest wąska uliczka straganów z pamiątkami, niemal jedyne
miejsce w Albanii gdzie można kupić autentyczną starzyznę i różne gadżety,
choć jest trochę indyjskiego czy chińskiego badziewia. Są warsztaty tkackie,
gdzie można kupić albo zamówić makatkę czy dywan. Różne starocie dla
kolekcjonerów tematycznych. Bardzo atrakcyjne wizualnie miejsce,a sprzedawcy
jeszcze nie tak nachalni jak np. w krajach arabskich czy w Turcji.
Kupiliśmy obowiązkowo popielniczkę w kształcie bunkra, kokilki i młynek do kawy.
Dalej przez Fushe Kruje (Kruja płaska, w odróżnieniu od tej na górze) do
Tirany. Wjazd jak trzeci świat, wszędzie lavash czyli kto ma kawałek placu
kupuje karcher i otwiera myjnię. Dziury na drodze i rondach. Chaotyczny ruch.
W centrum oświetlone wieczorem niebieskim światłem najważniejsze budynki:
opera, muzeum narodowe ze słynną mozaiką socjalistyczną w treści i zabytkowy
meczet z XVIIIw. Pojechaliśmy do biednej dzielnicy gdzie mieszkał Beni, kumpel
z dzieciństwa naszego kolegi, do którego byliśmy zaproszeni na wesele.
Beni mieszka z rodzicami i babcią, dwie siostry już są zamężne, w
trzypokojowym domu z łazienką przez podwórze. Uliczki są bez nazwy, po błocie
biegają dzieci, psy i koty, mieszka trochę Cyganów. Jeśli nie jedzie się do
swoich, nie jest to bezpieczna okolica. Rodzina Beniego sympatyczna i
gościnna, ale mówili tylko po albańsku, więc za dużo nie pogwarzyliśmy.
Koledzy po całusach i uściskach wyciągnęli jakieś foty z młodości, a my
czailiśmy się kiedy puszczą wodę i będzie można się choć trochę umyć. Woda w
Albanii jest na stałe w kranach tylko w hotelach - leci ze zbiorników. Ci,
którzy nie mają zbiorników mogą liczyć na wodę 2 razy dziennie przez godzinę
lub dwie i nie zawsze ciepłą.
Przez ściany było słychać wszystko, co działo się w sąsiednich mieszkaniach.
Do tego ciasnego domu ma sprowadzić się wkrótce żona Beniego, o połowę od
niego młodsza. Wieczorem, gdy wyjeżdżaliśmy samochodem, pojawił się pijany
sąsiad, który dla zabawy pstrykał nie nabitym pistoletem przed nosem naszego
kierowcy.
Rano poszliśmy na miasto. Wszędzie od rana bary pełne facetów przy kawie i
kieliszku raki, z komórami migającymi na stolikach. Miasto wygląda
nienajgorzej w centrum - burmistrz Edi Rama nakazał pomalowanie fasad na żywe,
kontrastowe kolory, więc przynajmniej wygląda to nieźle. W byłym mauzoleum
Hoxhy - piramidzie - działa teraz bar Mumia
W jego willi nie wiadomo co jest, ale jest w dobrym stanie i w jej okolicy są
najdroższe mieszkania. Generalnie wydaje się że Albania wyparła Hoxhę z
podświadomości, nie ma o nim najmniejszej wzmianki nigdzie, nie dowiedzieliśmy
się też gdzie właściwie przeniesiono jego zwłoki po usunięciu ich z piramidy.
Jest za to kilka miejsc poświęconych Matce Teresie z Kalkuty (Nene Tereza)
Za górami widocznymi na horyzoncie Hoxha miał prywatne, zamknięte miasto, do
którego nikt nie mógł wjechać i nie wiadomo było gdzie jest dokładnie. Nie
wiemy co się z nim teraz stało, czy je rozkradli, czy ktoś je przejął. W całym
mieście widac było plakaty po niedawnych wyborach, które najpierw anulowano, a
potem okazało się, że wygrał je Sali Berisha. Generalnie wygrywają na zmianę:
on, albo Fatos Nano. Nano ma kilka posiadłości poza Albanią i widocznie w
ostatniej kadencji już nazbierał swoje, bo znów wróciła kolej na Berishę.
Rywale, jak tylko pojawiał się inny kandydat, łączyli siły i wypychali go z
politycznego ringu.
Obeszliśmy Tiranę, znudzony Beni wlókł się za nami, osowiały, bo odchudzał się
przed ślubem i nic nie jadł - popijał tylko raki w kolejnych barach. Zjedliśmy
w barze Popular zerkając na stary albański film, który akurat leciał. Mam
gdzieś zanotowany jego tytuł, potem może dopiszę. Film był kostiumowy, dział
się w przedwojennej ALbanii, o młodej kobiecie, którą zakontraktowano na
małżeństwo z 14letnim chłopcem. Miała już pracować fizycznie w domu i na polu
przyszłych teściów, i czekać aż jej małoletni przyszły mąż dorośnie do wieku
ślubnego. Kobieta była harda i nie chciała myć mu nóg, nosić go na plecach
razem ze stertą chrustu, a kiedy przesoliłą zupę, dostała od teścia łyżką w
czoło. Morał - przed Hoxhą było źle albańskiej kobiecie.
Wieczorem pojechaliśmy odwiedzić Kelę, siostrę naszego kolegi, która zamężna z
wojskowym, mieszkała na osiedlu na północnym wschodzie miasta. Osiedle miało
swój płatny parking w postaci grupki kolesi kasujących 100 leke za
przypilnowanie samochodu przez noc i paru parszywych psów.
Do bloków szło się omijając dziury, studzienki bez włazów, sterty gruzu i
śmieci. Bramy nie mają drzwi a okna na klatce schodowej to tylko dziury.
Oczywiście brak wody. Czteroosobowa rodzina mieszkała w dwupokojowym służbowym
mieszkaniu z kuchnią we wnęce. Na sz