sierzant.podsiadlik
13.01.07, 15:48
Kochani –
oto prolog. Dopisujcie co trza. Przypominam, że nasz ulubieniec komisarz
Podsiadlik nie może być postacią główną – drugoplanową jak najbardziej.
Miłej zabawy!
PROLOG
Platany nikły w półmroku, a cisza otulała delikatnie ich przyległości, kiedy
Pelagia Patyczek wybierała się na swój rytualny nocny spacer po parku
Żywiciela. Dyżurny lekarz z domu „Pod Gruszą” zabronił jej wprawdzie tych
przechadzek, używając argumentów z pogranicza kryminalistyki (przestępstwa
czyhają wszędzie!) i statystyki (więcej przestępstw czyha tym bardziej!), ale
Pelagia tym bardziej nie mogła się oprzeć pokusie i codziennie, około północy,
wymykała się potajemnie z XIII kolonii. Spacery dzienne jej nie
satysfakcjonowały; za dnia było widać, że stary Żoliborz naprawdę jest stary.
W nocy jednak – ach! – w nocy wracały wspomnienia. Dzięki ciemnościom można
było pomarzyć, że znów ma się dziewiętnaście lat i na spacerze z aktualnym
absztyfikantem przeżywa się dreszcz podniecenia z powodu ucałowania przez
tegoż dłoni odzianej w gustowną, koronkową rękawiczkę. Co prawda, wspomnienia
dotyczyły właściwie parku Żeromskiego, ale tu w zakresie nocnych eskapad
pojawiał się mały problem w postaci zamkniętej bramy. Dla pani Pelagii nie
była to jednak żadna przeszkoda; wyobraźnia, pieczołowicie hodowana dzięki
odpowiednim lekturom, bez trudu zamieniała Teatr Komedia w Fort Sokolnickiego,
pomnik Żywiciela w dziewczynę z dzbanem, a niekiedy na okrasę dodawała też
staw z nenufarami.
Ulubionym punktem spaceru była zawsze ławeczka pod platanami, gdzie pani
Pelagia dla kurażu konsumowała odrobinę ukrytego w torebce likieru
czekoladowego i oddawała się uważnej kontemplacji otoczenia. O tak, mimo
wszystko Pelagia Patyczek wzięła sobie do serca słowa lekarza i wobec
czyhających na bezbronne staruszki przestępców włączyła do swojego
przechadzkowego planu samodzielne czyhanie na element kryminogenny. Jej
torebka, oprócz butelki z trunkiem, kryła zabieraną w tym celu składaną
siekierkę oraz wałek do ciasta. Niestety, ku jej bezdennemu rozczarowaniu,
żadni przestępcy nie pojawiali się od lat w okolicy; starsza pani jednak
uparcie czekała, wyobrażając sobie tabuny patologicznych typów, którzy wpadną
w przygotowaną przez nią pułapkę. Jak na razie, musiała się zadowolić
wyłącznie wypróbowaniem torebkowego arsenału na dwóch funkcjonariuszach Straży
Miejskiej, którzy chcieli wlepić jej mandat za konsumpcję na świeżym
powietrzu; błysk siekierki stanowczo przekonał ich do ewakuacji w bardziej
cywilizowane rejony.
Dochodziła pierwsza. Pani Pelagia właśnie pociągnęła ostatni łyk likieru i z
żalem rzuciła ostatnie spojrzenie dookoła, kiedy jej wzrok przykuł mroczny
zakamarek pobliskich krzaków, w którym coś się zdecydowanie wyróżniało.
Niedowierzając, zajrzała najpierw do butelki, ale ujrzała tylko swojskie, acz
nieprzyjemne puste dno. Zerknęła jeszcze raz w kierunku krzaków; ewidentnie
zamiast spodziewanej czerni, kryło się tam coś białego. Należało działać.
Schowała zatem butelkę do torebki, wyciągając przy tej okazji wałek i druciane
okulary, pieczołowicie założyła przyrząd optyczny na nos, schwyciła narzędzie
zaczepno-obronne i skradając się na palcach, podeszła w kierunku
zaobserwowanej anomalii. Z kronikarskiego obowiązku należy nadmienić, że
podczas tej czynności trochę zaczęło łupać ją w krzyżu, ale podniecenie
zaistniałą sytuacją było silniejsze. Wreszcie, dotarłszy w krzaki, schwyciła
mocniej wałek, poprawiła na nosie okulary, rozejrzała się czujnie dookoła, po
czym ostrożnie odchyliła gałęzie.
Cisza otulająca platanowe przyległości zdziwiła się, jak głośno można krzyczeć.