Gość: Acimovic
IP: *.acn.waw.pl
12.10.02, 12:06
Misjonarze i przegrani
Badania ISP oprócz powracających z Ameryki objęły także reemigrantów z
Wielkiej Brytanii i Niemiec. Okazało się, że każdy z tych krajów ma swoją
własną specyfikę powrotów uwarunkowaną geograficznie i historycznie.
W Wielkiej Brytanii bardzo liczną grupę Polaków stanowią emigranci wojenni
i ci, którzy wyjechali zaraz po wojnie; postrzegali siebie jako uchodźców
politycznych, a pobyt za granicą jako tymczasowy. W tej grupie w sposób
szczególny kultywowano język, symbolikę, religię, zachowywano odrębność
kulturową i pielęgnowano ideę powrotu.
„Dla mnie nigdy nie ulegało wątpliwości, że kiedy Polska będzie wolna, to
moje miejsce będzie tam – deklaruje jeden z angielskich emigrantów. – Choć
nie przyszłoby mi do głowy, że rygor rosyjski kiedykolwiek się rozpadnie”.
Zmieniły się okoliczności i emigranci polityczni musieli pogodzić się z tym,
że stracili status uchodźcy i stali się emigrantami ekonomicznymi. Wówczas
część z nich zdecydowała się na powrót. W niektórych przypadkach decyzje
takie podejmowali ze względu na dzieci. Sami nie czuli się ani Anglikami w
Anglii, ani Polakami w Polsce. Żeby oszczędzić dzieciom tego typu dylematów,
zamiast wychowywać je w Anglii na Anglików, postanowili wychować ich na
Polaków w Polsce.
Wśród powracających z Wielkiej Brytanii sporą grupę stanowią emigranci
drugiego pokolenia, urodzeni i wykształceni za granicą, nie znający Polski.
Dla nich nie był to więc powrót do siebie, ale do symbolicznej ojczyzny;
wypełnienie woli rodziców.
Jednak motywy sentymentalne splatały się mocno z ekonomicznymi. Z jednej
strony poczucie misji i świadomość, że Polska ich potrzebuje, z drugiej
strony ich realne kwalifikacje – tak jak w przypadku taktyków z Ameryki –
miały o wiele większą wartość tu niż tam. Ponadto deklarują, że w porównaniu
ze zgrzybiałą Anglią tu wszystko było dla nich nowe, ciekawe, dynamiczne;
wszystko było wyzwaniem, eksperymentem.
W przypadku Niemiec było inaczej. Rolę pionierów polskiego kapitalizmu
odegrali nie ci, którzy wyjechali tam na stałe, ale przede wszystkim drobni
handlarze, którzy na własnej skórze uczyli się zasad wolnego rynku, i
gastarbeiterzy, którzy nierzadko stali się po latach polskimi
przedstawicielami swoich pracodawców.
Wśród ankietowanych przez ISP emigrantów, którzy zdecydowali się wrócić,
spora grupa deklaruje się jako przegrani. Stosunkowo często jako motyw
decyzji podają także niechęć, jaką niemieckie społeczeństwo otacza
imigrantów.
„Jeżeli tylko Niemcy usłyszeli akcent, to już był pewien dystans. Ciężko się
żyje, jeżeli przy każdej sytuacji trzeba udowadniać, że jest się normalnym
człowiekiem. Parę razy spotkało mnie »rauss«, można było usłyszeć to w
sklepach. Stwierdziłem, że to nie jest moje miejsce. Stwierdziłem, że trzeba
się spakować” – wspomina jeden z powracających.
W Stanach przyjeżdżający szybko zaczynają się czuć jak u siebie, bo to kraj
emigrantów, w Niemczech nie było to takie proste. W latach 80. wyjeżdżali
tam ludzie aktywni, wykształceni i niełatwo było im znaleźć pracę
odpowiednią do ich kwalifikacji. Mieli poczucie wykluczenia, izolacji.
Sprzyjały temu także trwające latami formalności, które spędzali na zasiłku.
„Rząd ci daje na utrzymanie, ale nie możesz podjąć pracy, nawet jak ją
znajdziesz – opowiada jedna z Polek. – Człowiek głupio się czuje, bo żyje na
zasiłku, cały dzień siedzi w domu, ale nie może pracować, bo jak złapią, to
wywalą. Więc nie ryzykujesz raczej, bo nie chcesz stracić mieszkania,
zasiłku, mebli, szkoły...”.
Uzależnienie od zasiłku nie sprzyjało integracji, szansę na sukces mieli
tylko ci, którzy w porę potrafili odłączyć się od kurka z socjalem.
– Z moich obserwacji wynika, że Polacy, którym się w Niemczech naprawdę
udało, mają silne firmy, dobre praktyki lekarskie czy adwokackie, nie myślą
o powrocie do kraju – mówi Andrzej Lein, prowadzący we Frankfurcie firmę
transportową. – Wracali przede wszystkim ci, którzy zaczęli coś robić, ale
średnio się sprawdzili. Rynek niemiecki wymaga ogromnej dyscypliny i
polskie „jakoś to będzie” tu nie przechodzi. Wykorzystali więc niemieckie
doświadczenie i polską szansę odnosząc sukces w kraju.
Recesja w eldorado
Ponad połowa ankietowanych przez ISP powracających zza granicy Polaków
określiła swoją sytuację materialną na emigracji jako przeciętną i
deklarują, że tutaj znacznie się ona poprawiła. W sumie głosy podzieliły się
po równo: jedna trzecia chce zostać w kraju na stałe, jedna trzecia myśli o
wyjeździe, a reszta nie jest jeszcze zdecydowana.
Powrót do ojczyzny był zmianą na gorsze przede wszystkim dla tych, którzy w
Ameryce pracowali fizycznie, mieszkali w polskich enklawach, nie interesował
ich społeczny awans. To ci, których Edward Redliński
nazwał „szczuropolakami”. Oni też najczęściej mówią o ponownym wyjeździe z
Polski. Jednak frustrację pogłębia fakt, że podczas gdy w czasach socjalizmu
wyjazd za granicę był synonimem zaradności, dziś postrzegany jest raczej
jako przegrana. Ale recesja dotknęła także tych, którzy przywieźli kapitał i
założyli własne firmy. Coraz częściej narzekają, że „Polska nie jest krajem
dla pracodawców, ale dla pracobiorców i podatkobiorców”. Ich także dotknął
brak stabilizacji i niepewność jutra.
– Najlepiej radzą sobie najemni profesjonaliści – mówi Tomasz Magda, który
prowadzi w Warszawie firmę headhunterską. – Moją branżę recesja dotknęła w
sposób dramatyczny, ale jeszcze nie narzekam. Poza tym recesja to tylko cykl
gospodarczy, który mija, a nie koniec świata – dodaje z optymizmem. Jednak
gdyby dziś miał doradzać Polakom w Ameryce, czy wracać do ojczyzny, to by
się zawahał. – W przypadku powiedzmy czterdziestoletniego inżyniera, który
tam ma prosperującą firmę, zdecydowanie nie. Ale młodzi po studiach niech
stają tu do konkurencji, muszą jednak mieć świadomość, że już nie jest
łatwo. Przyjeżdżający z Zachodu mają dziś sporo mankamentów: chcą więcej
zarabiać, nie znają realiów, nie mają kontaktów. Na plus można im zaliczyć
kulturę pracy, która w Polsce ciągle jest sto pięćdziesiąt lat do tyłu, i
nieroszczeniową postawę, która tu jest zdumiewająca nawet u młodych ludzi.
W cieniu wież
Boom się skończył i fala powrotu białych kołnierzyków bez wątpienia osłabła.
Jednak Polacy ciągle przyjeżdżają z Ameryki do starego kraju.
– Spotykam tutaj kolejnych znajomych z Nowego Jorku: muzyków, plastyków,
architektów – mówi Andrzej Czeczot, rysownik, który po 15 latach wrócił do
kraju. Gdy na dobre ruszyła praca nad jego filmem „Eden”, zamieszkał z
rodziną w Łodzi, mimo dramatycznych protestów 22-letniego wówczas syna. –
Poszanowanie prawa i porządku weszło mu w krew i nie bardzo mógł się
przystosować do polskiej mentalności. Z przerażeniem patrzył na fioletową od
wódki Łódź. Jest zdolnym malarzem i to też działa trochę przeciwko niemu, bo
u nas nie lubi się dzieci znanych rodziców. Z drugiej strony w Ameryce droga
do kariery jest dłuższa, trudno się przebić przez masę zdolnych ludzi.
Polska to mały kraj, łatwiej zaistnieć.
Tym też Andrzej Czeczot tłumaczy powroty nowojorskich znajomych. W Ameryce
sukces nie jest dany na zawsze. Ma się swoje 15 minut, ale konkurencja jest
piekielna i stale czuje się na plecach oddech młodych, którzy włączają się
do wyścigu. – Żyje się w strasznym napięciu i ludzie w końcu mają tego dość.
Wracają do Polski, gdzie rynek jest łatwiejszy, a kariera zrobiona na
Zachodzie stanowi atut. Coraz chętniej o powrocie do kraju mówią ludzie
starsi, którzy z nostalgią wspominają zapach lasów, smak ogórków małosolnych
czy szare podwórka swoich miast. Nie bez znaczenia jest też trauma 11
września, która