radeberger
01.07.10, 11:28
Franciszka Cieluch miała 78 lat. 26 kwietnia z udarem mózgu trafiła do wrocławskiego szpitala kolejowego. Po pobycie tam i częściowej rehabilitacji wypisano ją do domu z zaleceniem stałej opieki lekarskiej. Rodzinie chorej - córce Teresie i mężowi - polecono kontakt z jednym z zakładów opiekuńczo-leczniczych świadczących pomoc pacjentom. Wybór rodziny padł na ZOL ss. Boromeuszek przy ul. Rydygiera, gdzie Franciszka Cieluch trafiła 10 maja. Za pobyt rodzina płaciła dziennie 100 zł. Za tę sumę chora miała znajdować się pod stałą opieką lekarską, być poddawana ćwiczeniom rehabilitacyjnym, przyjmować przepisane leki i specjalistyczne posiłki.
- Mama była diabetykiem, powinna przyjmować odpowiednią dietę. Tymczasem na śniadanie dostawała głównie sery i pasztet, których jej jeść nie wolno - opowiada Teresa Cieluch, odwiedzająca matkę podczas pobytu w ZOL codziennie. - Moje uwagi zbywano stwierdzeniami, że posiłki są dostarczane przez Caritas i siostry nie są w stanie traktować każdego indywidualnie. Szybko zauważyłam, że stan mamy się pogarsza. Gdy prosiłam o spotkanie z lekarzem, okazywało się, że zawsze ma do roboty akurat coś innego. Przez dziewięć dni nie widziałam go ani razu! Podobnie rzecz miała się z siostrami: przez cały dzień potrafiły zajrzeć na chwilkę, tylko po to, by stwierdzić, że skoro ja jestem, to one zajmą się czymś innym.
19 maja w nocy Teresa Cieluch otrzymała telefon z ZOL, że mama doznała kolejnego udaru i została przewieziona karetką do Szpitala Wojskowego na Weigla. Z karty zlecenia wyjazdu karetki pogotowia wynika, że kobietę zabrano do szpitala w stanie ciężkim, nieprzytomną, bez żadnego kontaktu z otoczeniem.
Ordynator oddziału neurologii w szpitalu wojskowym nie zgodził się na rozmowę o stanie zdrowia swojej pacjentki. Obowiązuje go tajemnica lekarska.
Dla córki pani Franciszki sprawa jest oczywista: - To pobyt na Rydygiera doprowadził mamę do takiego stanu.
Teresa Cieluch postanawia, że matka już do ZOL nie wróci. 20 maja jedzie, by złożyć wymówienie i odebrać dokumenty związane z chorobą matki. Zostają jej one wydane dopiero 25 maja. W domu ze zdziwieniem stwierdza, że jest wśród nich datowana na ten dzień karta informacyjna pacjenta, a w niej adnotacja: "Pacjentka wypisana do domu w stanie dobrym z zaleceniem przyjmowania leków i kontroli" i długą listą ćwiczeń, którym rzekomo była poddawana.
O sposób traktowania pacjentki zapytaliśmy dyrektor ZOL s. Annę Janczar. To jej podpis widnieje na karcie, z której wynika, że Franciszkę Cieluch wypisano do domu w stanie dobrym. Siostra początkowo nie przypomina sobie ani pacjentki, ani faktu, że podpisywała taki dokument. Obiecuje jednak sprawę wyjaśnić. Kiedy skontaktowała się z nami wczoraj, oskarżenia o złe traktowanie podopiecznej w całości odrzuciła.
A co z dokumentem, na którym widnieje jej podpis? - Adnotacja o wypisaniu pani Franciszki Cieluch do domu została jej córce wydana przez pomyłkę - tłumaczy siostra dyrektor. - Po prostu już 19 maja pani Teresa oświadczyła nam, że chce zabrać mamę do domu i tego dnia, z wyprzedzeniem, przygotowano kartę pacjentki. Kiedy w nocy zabrało ją pogotowie, karty nie usunięto z akt i przez przypadek trafiła ona do rodziny chorej - twierdzi.
"Gazeta": - Jakim więc cudem na dokumencie jest data 20 maja?
S. Anna: - Bo choć dokument wystawiano 19 maja, to skoro miała zostać wypisana do domu 20, to właśnie taką datę wpisano.
Teresa Cieluch: - To kłamstwo. Po raz pierwszy o tym, że zamierzam zabrać stamtąd mamę, oświadczyłam siostrom 20 maja, już po tym, jak zabrała ją stamtąd karetka. Bo to był główny powód mojej decyzji.
25 czerwca Franciszka Cieluch, nie odzyskawszy przytomności, zmarła w szpitalu przy Weigla. Rodzina chce, by sprawę jej śmierci wyjaśnił prokurator.
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław